Wczytuję...

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA…

Masz Telefon, Tablet i aktywne konto Google ? Sprawdź jak łatwo skonfigurować powiadomienia dla materiałów Video z kanału Liga Fanów TV.

ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE

Nie masz zespołu? Chciałbyś zagrać w Lidze Fanów? Uwielbiasz piłkę nożną? Wychodzimy naprzeciw waszym oczekiwaniom i proponujemy komfortowe rozwiązanie!

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

ZMIANY NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA NA YOUTUBE
ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE
ZMIANY NA FACEBOOKU!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 9.

29
Lis

Za nami ostatni weekend w Lidze Fanów. Śmiało można powiedzieć, że runda jesienna przyniosła wiele ciekawych spotkań i pokazała, że cała Liga jest piekielnie mocna. Na podsumowania jeszcze przyjdzie czas, ale to co jest zauważalne gołym okiem, to bardzo spłaszczona tabela na każdym poziomie rozgrywek. Wiosna z pewnością będzie dla wszystkich emocjonująca! Zapraszamy na cotygodniowe podsumowanie piłkarskich wydarzeń w stolicy.

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 9.

 

EKSTRAKLASA

Niezwykle ciekawie zapowiadało się spotkanie Tura Ochota z Contrą. Ekipa Michała Raciborskiego w tej rundzie gra naprawdę bardzo dobrze i w kilku spotkaniach zabrakło chyba doświadczenia, by zdobycz punktowa była jeszcze większa. Tur to na tyle doświadczona drużyna, że nawet gdy ma słabszy dzień, to potrafi wygrywać i to stanowi o sile tego teamu. Goście pojawili się bez nominalnego bramkarza w składzie i między słupkami musiał stanąć zawodnik z pola. Padło na Roberta Hankiewicza i już na początku meczu pokazał on, że ma talent do tego fachu, popisując się piękną paradą. Być może to będzie alternatywa na rundę rewanżową na tę pozycję. Contra, w chyba najmocniejszym składzie jaki widzieliśmy tej jesieni, w pierwszej połowie cały czas grała bez kompleksów i oglądaliśmy wyrównane spotkanie. Szczególnie aktywny był Dawid Biela, który imponuje formą w tej rundzie. Ekipa z Ochoty trochę chyba zaskoczona dobrą postawą przeciwników, nie mogła uzyskać widocznej przewagi. Do przerwy mamy remis 3:3. Po zmianie stron cały czas nie mieliśmy rozstrzygnięcia i gdy Tur wychodził na prowadzenie, to gospodarze szybko wyrównywali. Końcówkę mamy niezwykle dramatyczną. Przy jednobramkowej przewadze obecnego mistrza, Contra stara się za wszelką cenę wyrównać, ale nie zdejmuje bramkarza jak w poprzednich spotkaniach i doświadczona drużyna z Ochoty skutecznie się broni dzięki czemu dowozi skromne zwycięstwo. Tym samym z 8 zwycięstwami i porażką wspólne z East Windem uciekli reszcie stawki i prawdopodobnie walka o mistrzostwo rozegra się pomiędzy tymi dwoma zespołami. Contra musiała czekać na wyniki pozostałych meczów, ale ostatecznie udało jej się zająć czwartą lokatę.

Pojedynek FC Wilanowa z East Windem miał być najciekawszym starciem w Ekstraklasie. Jednak szybko się okazało, że gospodarze nie dysponują takim składem, żeby być w stanie postraszyć drużynę Sebastiana Dąbrowskiego. Goście szybko pokazali, że o punkty drużynie Maćka Pawlickiego będzie bardzo ciężko. Pierwsza połowa to wynik 0:3. Wilanów miał swoje szanse, ale tego dnia szwankowała skuteczność. Świetnie grał Filip Junowicz, który z powodu kontuzji musiał zejść z boiska w starciu z Turem, ale szybko się wyleczył i mógł pomóc kolegom w ostatniej kolejce na jesieni. W przerwie trwała mobilizacja w szeregach gospodarzy, ale już początek drugiej połowy nie zwiastował niczego dobrego. Duet Damian Patoka - Sebastian Dąbrowski szalał w ofensywie i szybko goście udowodnili, że piłkarsko tego dnia byli po prostu lepsi. Jeszcze Wilanów próbował gry z lotnym bramkarzem zdejmując z placu Jacka Żołnierskiego, ale tego dnia byli tak niedokładni, że nic dobrego z tego zabiegu taktycznego nie wynikło. East Wind wygrywa wysoko, aplikując rywalowi ostatecznie aż 10 bramek i z takim samym dorobkiem punktowym co Tur kończy jesienne zmagania. Wilanów zagrał słabą rundę , ale wciąż zachował szanse na podium i jeżeli tacy zawodnicy jak Rafał Polakowski czy Łukasz Rostowski na wiosnę będą się częściej pojawiać, to jest jeszcze szansa na uratowanie sezonu.

Z małym poślizgiem rozpoczął się mecz FC Kebavity z Wawalions, ponieważ chwilę musieliśmy poczekać na zespół Buraka Cana, który przyjechał na obiekt tuż przed pierwszym gwizdkiem. Obie drużyny dobrze się znają, rywalizowały między sobą w innej lidze, więc trudno było się spodziewać jakiegoś zaskoczenia z jednej bądź drugiej strony. Znacznie lepiej w to starcie weszli zawodnicy Wawalions, którzy dość szybko otworzyli wynik spotkania. Na 0-2 po indywidualnej akcji podwyższył Maksym Yanchenko i gospodarze byli nieco zaskoczeni takim obrotem spraw. Bramka kontaktowa jednak wisiała w powietrzu, ponieważ goście często faulowali rywala przed polem karnym, a to dla zawodników Kebavity świetna okazja do strzelenia bramki. Co prawda dwukrotnie się nie udało, ale za trzecim razem w końcu ten stały fragment gry został zamieniony na bramkę, a dodatkowo za faul zawodnik Wawalions został ukarany żółtą kartką. Jeszcze przed przerwą mieliśmy remis, kiedy to Moatasem Aziz strzelił gola na 2-2. Z takim wynikiem obie ekipy udały się na odpoczynek. Po zmianie stron prawdziwy popis dał Ihor Linchenko, który w drugiej części strzelił 4 ważne bramki dla Wawalions. Najpierw chwilę po rozpoczęciu drugiej części trafił na 2-3, następnie po tym, jak jego kolega skierował piłkę do własnej siatki, znów wyprowadził swój zespół na prowadzenie 3-4. Kebavita próbowała odrabiać straty, ale gdy tylko łapała kontakt z rywalem Ihor dbał, by jego zespół utrzymywał bezpieczne prowadzenie. Ostatecznie Kebavita przegrywa 5-7 i może żałować, bo wygrana przybliżyłaby ich znacznie do podium, natomiast Wawalions mogli świętować przekonujące zwycięstwo, dzięki któremu wyszli ze strefy spadkowej.

W meczu zespołów z dolnej części tabeli zmierzyli się gracze Chemika Bemowo i Tylko Zwycięstwo. Chemik bez większości swoich gwiazd, wciąż pozostawał nieznacznym faworytem tego spotkania. Jak się okazało, od początku przewagę miała jedna drużyna i nie była to ekipa gospodarzy. Od pierwszych minut lepiej wyglądał zespół Tylko Zwycięstwo, to oni wyprowadzili pierwszą groźną akcję, kiedy to Andrzej Morawski podawał do Mateusz Jałkowskiego, ale tym razem na posterunku był bramkarz Chemika. Skoro napastnikowi gości nie wyszła asysta, postanowił sam wziąć się za strzelanie i dość szybko zanotował na swoim koncie hat-tricka, przy którym głównie asystował mu Adam Rozwadowski. Gdy gracze Chemika wciąż nie mogli dojść do siebie, rywal wyprowadzał kolejne ciosy. I tak na 4-0 podwyższył Mateusz Jałkowski, a kolejnym golem na listę strzelców wpisał się Mateusz Górski. Przy tej ostatniej bramce Mateusz uderzył mocno z dystansu i piłka odbiła się od dwóch słupków zanim wpadła do siatki obok bezradnego bramkarza. Po pierwszych 25 minutach mieliśmy 5-0. W drugiej części przy takim rezultacie Tylko Zwycięstwo mogło spokojnie grać to, co najbardziej lubi. Cofnięci do obrony, mogli liczyć na liczne kontry. Chemik próbował konstruować akcje, ale szło mu to topornie, sami zawodnicy nie dowierzali, że grają tak słabo w tym spotkaniu i nie dziwimy się, bo raczej za wiele im nie wychodziło. Gospodarzy stać było tylko na dwie bramki Norberta Jędrzejczyka, natomiast swój stan posiadania jeszcze powiększył Andrzej Morawski zdobywając łącznie 5 goli. Tylko Zwycięstwo wygrywa pewnie i co najważniejsze zasłużenie 2-8. Można teraz tylko gdybać co by było, gdyby ich najlepszy napastnik pojawił się na meczu z Anonymmous. Chemik wpada do strefy spadkowej i na wiosnę musi się postarać o zdecydowanie lepszą formę.

Anonymmous po pierwszym zwycięstwie sprzed tygodnia, mieli nadzieję na korzystny wynik z grającymi w kratkę Moczymordami. Patrząc na składy obu drużyn zapowiadał się ciekawy mecz, bo o ile gospodarze wyglądali kadrowo solidnie jak na ten sezon, to u gości brakowało Zbyszka Obłuskiego, a wiemy ile on znaczy dla graczy z Mokotowa. Już pierwsza połowa pokazała, że Maciek Miękina może liczyć na korzystne rozstrzygnięcie. Świetnie grała cała drużyna, widać było pomysł na to spotkanie i nareszcie obrona którą dyrygował Damian Borowski grała bardzo solidnie. Ten zawodnik grał w tym dniu perfekcyjnie. Moczymordy próbowały nawiązać walkę, ale tego dnia nic im nie wychodziło. Próbował kreować grę Dominik Skorża, ale sam w pojedynkę, wobec dobrze dysponowanego rywala, nie miał szans za wiele zdziałać. Do tego nieźle bronił bramkarz Anonimowych i to dało wymierny efekt. Do przerwy mieliśmy wynik 5:1. Maciek Miękina wiedząc, że przeciwnicy to klasowa drużyna cały czas dbał o koncentrację swojej drużyny. Druga połowa była bardziej wyrównana, choć gospodarze mając korzystny wynik nie forsowali już tak bardzo tempa i skupili się bardziej na zabezpieczeniu tyłów. Goście nie mieli w ofensywie dwóch swoich napastników, co było aż nadto widoczne na boisku, że nie miał kto wykańczać akcji które stwarzały Moczymordy. Po końcowym gwizdku mamy wynik 7:2. Anonimowi łapią tlen i na wiosnę zawalczą o pozostanie w elicie. Moczymordy obroniły trzecią lokatę mimo porażki ,ale za plecami jest ciasno i kilka ekip ma ochotę powalczyć o medale na koniec sezonu.

LIGA 1

Ciekawe spotkanie odbyło się w niedzielny poranek na Arenie Grenady, gdzie spotkały się drużyny, które ostatnio nie miały dobrej passy. Papadensy przegrały dwa spotkania z rzędu i czekał na nich LTM Warsaw, który po niezłym starcie złapał zadyszkę i musiał koniecznie zapunktować, aby nie stracić kontaktu z czołówką. Lepiej w mecz weszła ekipa Dominika Podlewskiego i dość szybko objęła prowadzenie. Jednak z każdą minutą było widać coraz lepszą grę gości. Spokój z tyłu dawał Łukasz Szala, a w ofensywie rozkręcał się duet Kaka - Dryna. Jeszcze przed przerwą to właśnie team Irka Webera wyszedł na prowadzenie i po 25 minutach mamy wynik 2:3. Po zmianie stron wydawało się, że gospodarze zrobią wszystko, aby odrobić straty. Tyle że nie była już to ta sama machina, która na początku rundy ogrywała kolejnych rywali. To goście byli zabójczo skuteczni tego dnia, a Michał Dryński praktycznie co strzelał to wpadało do bramki rywala. LTM zasłużenie wygrywa 3:8 i na wiosnę na pewno powalczy o podium, bo ma zawodników, którzy prezentują duże umiejętności. Na pewno Irek Weber zadba, aby powiększyć w zimę kadrę, bo to wąski skład spowodował, że w niektórych meczach musieli dużo grać zmiennicy, którzy są niestety dużo słabsi niż pierwsza szóstka. Papadensy muszą na wiosnę powrócić do gry z początku sezonu, bo inaczej marzenia o ekstraklasie i derbach z Contrą będzie trzeba przełożyć na kolejny rok.

Spotkanie FC Hazardu 86 z FC Górką mogło wyłonić lidera po rundzie jesiennej. Obydwie ekipy grały dobrze do tej pory i oczekiwaliśmy wyrównanego spotkania, bo przecież w obu ekipach jest sporo zawodników, którzy prezentują wysoki poziom. Górka jednak miała problemy ze składem i dwaj zawodnicy, którzy przybyli na mecz, nie byli raczej zdolni do gry na sto procent. Początek rywalizacji to szybka bramka dla gospodarzy i gdy wydawało się, że ekipa Michała Malińskiego pójdzie za ciosem, to mecz się wyrównał i Górka mocno dążyła do odrobienia jednobramkowej straty. Obie drużyny były nastawione na walkę, stąd nie brakowało stykowych sytuacji. W końcówce pierwszej połowy to Hazard ponownie grał lepiej i udokumentował to dwoma bramkami. Do przerwy wynik brzmiał 3:0. Po zmianie stron mieliśmy zryw Górki, ale nie zakończył się on trafieniem do siatki rywala. To gospodarze ponownie zapisali się w protokole i było już 4:0. Wtedy doszło do przełomowego momentu, który pozbawił nasna dobre emocji w tym spotkaniu. Piotr Wardzyński nie wytrzymał i zaczął dosadnie komentować decyzje sędziego, za co otrzymał kartkę. Po chwili emocje przeszły na kolejnego gracza, który również dostał kartkę, ale koloru czerwonego i w podwójnym osłabieniu Górka traci lawinowo bramki i jest po meczu. Ostatecznie wynik zatrzymał się na 9:0 i na pewno nie oddaje poziomu sportowego obu drużyn. Był konsekwencją nagannego zachowania graczy z Tarchomina zarówno w stosunku do sędziego jak i kolegów z zespołu. Hazard jak się okaże później zostaje liderem, a Górka kończy jesień na drugiej pozycji.

Niezłomni w tej rundzie pechowo przegrali kilka meczów w końcówce i na pewno w starciu z Tiki Taką liczyli na komplet punktów. Radek Małecki miał jak zawsze w tej rundzie problem ze skompletowaniem szóstki i wobec tego, że na mecz ostatecznie stawiło się tylko pięciu zawodników, Niezłomni pozwolili dobrać gościom zawodnika, by zagrać w pełnym składzie. Nie wiedzieli jednak, że ten zawodnik zrobi taką różnicę, choć trzeba przyznać, że w pojedynkę się meczu raczej nie wygra, więc pozostaniemy przy stwierdzeniu że miał duży udział w pierwszym zwycięstwie tej drużyny. Pierwsza połowa to bicie głową w mur ekipy gospodarzy. Dobrze też bronił Radek Małecki, co pozwoliło jego kolegom spokojnie czyhać na kontry. Trzy z nich się udały i do przerwy mieliśmy nieoczekiwanie wynik 0:3. Po zmianie stron Niezłomni atakowali coraz groźniej, ale długo czekaliśmy na bramkę, która odblokowałaby niemoc tej ekipy. Tiki Taka mądrze się broniła ,ale z każdą minutą słabła, grając cały mecz bez zmian. Końcówka to już istny horror, gdy na przestrzeni kilku minut padają seryjnie bramki dla zawodników z Ukrainy. Do końcowego gwizdka trwa napór i ostrzał bramki gości. Ostatecznie udaje się dowieźć korzystny wynik i trzy punkty w ostatnim meczu lądują na koncie Tiki Takerów. Niezłomni kończą rundę na przedostatnim miejscu i na wiosnę trzeba się brać do roboty ,aby utrzymać się w lidze.

Spotkanie Hiszpanów z Bulbezem zawsze elektryzuje niezależnie od tego, jakie miejsce w lidze zajmują te zespoły. Goście nadzwyczaj dobrze radzą sobie w lidze, ale kilka razy po prostu mieli furę szczęścia. Hiszpanie natomiast zawodzą i aby jeszcze mieć szanse na walkę o górę tabeli, musieli wygrać ostatnie spotkanie w rundzie. Początek meczu był wymarzony dla graczy z Półwyspu Iberyjskiego. Dwa strzały, dwa rykoszety, gdzie piłka znalazła drogę do siatki i mamy 2:0 na tablicy wyników. Bulbez po chwilowej konsternacji zaczął grać mądrzej niż na początku spotkania, czego efektem był gol Marcina Osowskiego, którego podobne bramki oglądamy już od trzech kolejek. Nic więcej ciekawego nie wydarzyło się na boisku w pierwszej połowie i na przerwę z prowadzeniem zeszli Hiszpanie. Po zmianie stron szybko wyrównuje Maciek Paluchowski i gdy wydaje się, że Bulbez kolejny raz na farcie ugra kolejne co punkty, to gospodarze ponownie wypunktowali ekipę z Bemowa. Rafał Duk nie upilnował Marco Rodrigueza i mieliśmy już 4:2, bo chwilę wcześniej Alvaro Cobo strzela na 3:2. Goście nie rezygnują i po dwójkowej akcji ponownie łapią kontakt. Co więcej, mają kolejne sytuacje na remis, ale bramka Hiszpanów wydaje się zaczarowana. W końcówce Alvaro Cobo zamyka mecz, po błędzie niepewnej tego dnia obrony Bulbezu. Wynik końcowy to 5:3 i Hiszpanie pokazują, że będą walczyć na wiosnę o jak najwyższe miejsce. Bulbez chyba limit szczęścia wyczerpał, choć jesień kończy na pudle, to na wiosnę z taka gra raczej tego miejsca nie utrzyma.

Z dotychczasowych 8 spotkań Mixamatora z Drunk Teamem zespół Łukasza Walo schodził z boiska pokonany tylko dwukrotnie, z czego ostatni raz był jeszcze w 2017 roku. Goście chcąc podtrzymać tę tradycję szybko wyszli na prowadzenie po golu Michała Janowskiego w drugiej minucie spotkania. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać, gdyż już w kolejnej akcji Kamil Kamiński wyrównał. Kolejne minuty to pokaz ofensywnej piłki z obu stron, jednak to goście byli krok przed rywalami. Wynik do przerwy ustalił Michał Janowski, wykorzystując podanie od Mateusza Polkowskiego i do przerwy na tablicy widniało 2:4Po zmianie stron inicjatywa zdecydowanie należała do gospodarzy, którzy od gwizdka rozpoczynającego drugą część naciskali na Drunk Team. Już w 32' minucie byliśmy świadkami remisu, po golach Żenii Baiewa oraz Kamila Krupy. Drunk Team długo nie mógł przeciwstawić się rywalowi i na dogodną sytuację goście musieli czekać aż do 37' minuty, jednak Łukasz Walo nie zdołał pokonać bramkarza gospodarzy. Niewykorzystane sytuacje się mszczą, więc już po chwili Mixamator wyszedł na pierwsze w tym meczu prowadzenie, po bramce którą zdobył Kamil Kamiński. Mecz do końca trzymał w napięciu, ponieważ obie drużyny szły cios za cios. Na kilka minut Drunk Team wyrównał, ale nie miał powodów do radości, ponieważ już po chwili na 6:5 strzelił Damian Starosta. W 49' minucie rozpaczliwy atak gości doprowadził do wyrównania, po tym jak piłka po serii rykoszetów z rzutu rożnego wpadła do bramki gospodarzy. Miksy kończą rundę w środkowej części tabeli, ale strata do podium jest niewielka. Drunk Team natomiast uplasował się nad strefą spadkową, ale i tak może uznać rundę za udaną, bo przed sezonem był skazywany na pożarcie.

LIGA 2A

Czy pierwsza wygrana w poprzednim meczu Junaka pozwoli na równorzędną walkę z rozpędzoną FC Karmelicką? Takie pytanie nasuwało się przed ostatnią, 9. kolejką rundy. Już od początku zawodów obie drużyny bardzo intensywnie rozpoczęły mecz. Mieliśmy z tego powodu fragmenty trochę chaotycznej gry, jednak na nudę nie można było narzekać. Junak próbował swoich sił z uderzeniami z dystansu, oddając kilka groźnych strzałów zza pola karnego, natomiast FC Karmelicka dwukrotnie była o włos od strzelenia bramki, za każdym razem piłka trafiała w słupek, przez co cały czas utrzymywał się wynik remisowy. Mimo większej inicjatywy gości, to Junak czaił się i wyprowadzał groźne kontrataki. Warto również wyróżnić za postawę bramkarza gospodarzy – Andrzeja Groszkowskiego. Do przerwy bezbramkowo, choć nie nudno. Po zmianie stron na prowadzenie 0:1 po golu Witka Jasińskiego wyszli goście. To trochę uśpiło piłkarzy Karmelickiej, ponieważ Junak wziął się ostro do pracy i wykorzystał kolejne sytuacje jakie sobie stworzył. Najpierw po błędzie Mateusza Godlewskiego bramkę kontaktową zdobył Paweł Groszkowski, by po bardzo udanym fragmencie gry w wykonaniu Łukasza Wesołowskiego i jego dwóch golach Junak wyszedł na prowadzenie 3:1. Nerwy w szeregach gości nie zapowiadały przełamania niemocy. W końcu udało się Karmelickiej zepchnąć rywala do mocnej defensywy i po kolejnych skutecznych akcjach zamienionych na bramki, doprowadzili do remisu 3:3. Rzutem na taśmę, w ostatniej akcji meczu, po genialnej akcji Karola Trzcińskiego bramkę na wagę zwycięstwa strzelił do pustej bramki Witek Jasiński. Po tym poznaje się liderów drużyny, którzy potrafią ciężar spotkania wziąć na swoje barki i to widzieliśmy w tym emocjonującym spotkaniu.

Chwilę później na murawę weszły ekipy FC Melange oraz Warszawskiej Ferajny. Było to zderzenie doświadczenia z młodością i ciekawi byliśmy, która strona wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku. Z większym impetem zaczęli goście, którzy od początku spotkania, bez żadnych kompleksów, nacierali na gospodarzy. Technika zdecydowanie przeważała po stronie młodzieży. Przy zmasowanym ataku Ferajny świetnie radził sobie Bartek Jakubiel, który nie dawał się pokonać. W chwili łapania oddechu przez gości, golkiper FC Melange oddał mocny strzał w kierunku bramki przeciwnika. Jednak został on zablokowany, a piłka zaplątała się między nogami rywali. Wtedy Łukasz Słowik zdołał wyłuskać piłkę i oddał strzał, po którym bramkarz Ferajny musiał po raz pierwszy wyciągać futbolówkę z siatki. Mecz stał się bardzo wyrównany, ale to gospodarze byli bardziej skuteczniejsi, co potwierdzili strzelając bramkę na 2:0. Bartosz Jakubiel wypatrzył i obsłużył dokładnym przerzutem wbiegającego z lewego skrzydła Kamila Marciniaka, który niczym rasowy napastnik oddał strzał z pierwszej piłki po długim słupku, dając radość sobie i kolegom z drużyny. Warszawska Ferajna nie zamierzała jednak opuszczać głów. W odpowiedzi, po skrzydle mocno pociągnął Adrian Dembiński zostawiając rywali z tyłu, dograł mocno do wbiegającego Kacpra Domańskiego, który z pełnym poświęceniem wpakował piłkę do bramki na wślizgu. Po pierwszych 25 minutach 2:1 dla Melanżowników. Po przerwie rewelacyjną okazję na podwyższenie wyniku miała drużyna gospodarzy. Grający fantastyczne zawody Łukasz Słowik niesamowicie obrócił się z przeciwnikami na plecach i oddał strzał , który obił tylko słupek. W następnej akcji się już nie pomylił i ustalił wynik spotkania na 3:1, dzięki czemu drużyna FC Melange umocniła się na czwartej pozycji.

Starcie ostatniej w tabeli Joga Bonito z Mocnym Melodramatem było niezwykle ważne dla obu ekip. Gospodarze jeszcze nie wygrali tej jesieni i w ostatnim meczu chcieli przerwać tą passę i pozytywnie zakończyć rundę. Goście walczą o mistrzostwo ligi i choć stracili już punkty w tej kampanii, to mieli małą stratę do lidera – Chłopców z Bródna. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i na boisku wcale nie widać było tak znaczącej różnicy w tabeli między tymi ekipami. Joga starała się atakować i wykorzystać to, że między słupkami teamu z Woli stał po raz kolejny zawodnik z pola. Do przerwy mamy wynik 1:2 i sprawa końcowego rezultatu pozostawała wciąż otwarta. Po zmianie stron goście biorą się do roboty, a szczególnie aktywny jest Michał Kielak, który widząc, że rezultat spotkania cały czas jest na styku, stara się napędzać ataki swojej ekipy. Joga nie zamierzała jednak tanio sprzedać skóry i cały czas liczyła na zdobycz punktową. W końcówce podopieczni Piotra Parola włączyli wyższy bieg i ostatecznie pokonują rywali 4:7. Joga przed rundą rewanżową jest w ciężkiej sytuacji i w zimę muszą poszukać wzmocnień by powalczyć o utrzymanie. Mocny Melodramat wciąż liczy na mistrzostwo i patrząc na kadrę tej ekipy nie jest bez szans i patrząc na całą rundę wcale nie prezentował się gorzej niż Chłopcy z Bródna.

Po raz pierwszy w historii naprzeciw siebie stanęły zespoły Saskiej Kępy oraz Wiernego Służewca. W mecz lepiej weszli gospodarze, którzy szybko odskoczyli na dwubramkowe prowadzenie. Jednak gracze Wiernego nie składali broni i już w 13' minucie strzelili bramkę kontaktową, której autorem był Tomasz Adamczyk. Nie na wiele się to zdało, bowiem zawodnicy Saskiej Kępy ponownie dwukrotnie pokonali Grzegorza Łapacza i odskoczyli na pewnie prowadzenie 4:1. Duża była w tym zasługa Daniela Piecyka, który rozgrywał świetne zawody w bramce reprezentantów południowej Pragi. Jednak nawet on nie miał nic do powiedzenia, gdy Piotr Gratkowski przed przerwą zmniejszył prowadzenie gospodarzy do stanu 4:2. Saska Kępa po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę błyskawicznie odjechała przeciwnikom. 3 bramki w dwie minuty rozwiały wątpliwości, kto wygra ostatnie w tej rundzie spotkanie ligi 2B. Reszta meczu przebiegała pod dyktando Wiernego, jednak Daniel Piecyk dbał o to, by gospodarze nie oddali głupio zwycięstwa w tym spotkaniu. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 8:5, który ustalił w 47' minucie Hubert Stawiński sprytnym uderzeniem piętką. Niestety Wierny zapłacił wysoką cenę za swoją nieskuteczność, wydaje się że w tym meczu mógł poszukać punktów, które pozwoliły odskoczyć na w miarę bezpieczną odległość nad strefą spadkową. Oba zespoły przezimują w dolnej części tabeli, ale w tej rudzie zarówno Saska jak i Wierny pokazały, że przy stabilniejszej formie stać ich na wyższe miejsca.

Ostatni mecz jesieni na Arenie Picassa miał zdecydowanego faworyta, którym była drużyna Chłopców z Bródna. Goście dość szybko odskoczyli na dwubramkowe prowadzenie po golach Bartosza Słobodziana oraz Roberta Bajdały. Jednak Virtualne Ń nie wypadło sroce spod ogona. Już w 10' minucie było 1:2 po golu Michała Burakowskiego. Zawodnik ten już po chwili cieszył się dubletem i na tablicy widniał wynik 2:2. Z czasem jednak zawodnicy gospodarzy zaczęły trapić kontuzje nabyte w trakcie sezonu - już w 18' minucie zejść z boiska musiał Tomasz Łapiński, któremu odnowiła się kontuzja pachwiny. Chłopcy z Bródna nie za nic mieli problemy kadrowe gospodarzy i jeszcze przed przerwą wbili Virtualnym dwie bramki. Do przerwy mamy wynik 2:4 i małe widoki na to, by gospodarze byli w stanie odwrócić losy tego spotkania. Zwłaszcza że niestety, druga część spotkania wiązała się z następnymi kontuzjami. Z biegiem czasu z urazami schodzili kolejni zawodnicy gospodarzy, jednak pozostali walczyli z wielką determinacją. Niestety, sama wola walki nie wystarczyła - strzały Szymona Kolasy i Roberta Zająca kończyły w rękawicach dobrze dysponowanego bramkarza gości. Chłopcy z Bródna natomiast nie mieli litości dla przeciwnika i wykorzystując jego problemy, zaaplikował rywalowi kolejne bramki. Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem gości, co w dużej mierze jest efektem aż 4 kontuzji u zawodników gospodarzy. Lider ligi w ostatnich minutach odjechał osłabionym rywalom i z wyniku 2:5 zrobiło się 3:10.

LIGA 2B

Z perspektywy zalet obu zespołów mogliśmy sądzić, że starcie Deportivo La Chickeno z Truskawką na Torcie nie będzie jednostronne. Była jedna niewiadoma, czy mimo braku w swoich szeregach Konrada Szkopińskiego, gospodarze są w stanie wygrać z niepokonaną w tym sezonie Truskawką? Uważaliśmy, że tak. Obie drużyny od pierwszych minut narzuciły naprawdę wysokie tempo, jednak na boisku obyło się bez fajerwerków. Zarówno piłkarze Czikenów, jak i Truskawki czekali na to, co zrobi przeciwników. Fragmentami widać było, że szanowanie piłki nie wynikało z braku chęci do gry, czy walki o punkty, a z szacunku do umiejętności rywali. Mimo to oba zespołu dochodziły do swoich sytuacji. W pierwszej części gry to goście zdołali strzelić bramkę jako pierwsi. Na 0:1 strzelił lider Truskawki Tomasz Cymerman. I taki wynik utrzymał się do końca pierwszej połowy. Po zmianie stron Deportivo dosłownie rzuciło się na bramkę Truskawki i wydawało się, że możemy być świadkami pierwszej przegranej lidera w tym sezonie. W 4 minuty Czikeny zdobyły trzy bramki, dwie autorstwa Ernesta Woźniaka i jedną Sebastiana Koska. Determinacja gości od wyniku 3:1 wzięła górę, wrzucili wyższy bieg i konsekwentnie zmniejszali straty. Olbrzymią zaletą Truskawki było to, że ciężar spotkania nie leżał na barkach jednego zawodnika, a całej drużyny. Doprowadziło to do tego, że Truskawka finalnie zwyciężyła 3:6 i tym samym już oficjalnie była niepokonana w tej rundzie.

W kolejnym meczu, tym razem na Arenie Grenady, naprzeciw siebie stanęły ekipy Diabła Trzeci Róg oraz Alei Seksu i Biznesu. W ekipie gości pojawili się dawno nie widziani zawodnicy, którzy stanowili o sile tego zespołu w poprzednim sezonie, co w połączeniu z pozostałymi graczami, którym szło coraz lepiej w lidze, mogło dawać nadzieję na korzystny rezultat. Pierwsza połowa jednak nie wskazywała na to, by Aleja zdobyła w końcu jakieś punkty. Diabły raczej kontrolowały przebieg wydarzeń punktując rywala, natomiast niektórzy zawodnicy gości więcej czasu spędzili na pokrzykiwaniu na kolegów niż grze, więc nie dziwne, że w pierwszej połowie ani razu nie trafili do bramki oponenta. Dobrze za to w ekipie DRT funkcjonował ofensywny duet Mateusz Pawlik ( dwie asysty i bramka) – Maciej Biernacki (dwie bramki), który w głównej mierze był odpowiedzialny za zdobywanie goli. Dorzucając do tego bramkę Michała Trzcińskiego do przerwy mieliśmy wynik 4-0 dla Diabłów. Wydawało się że druga część będzie podobna do pierwszej, gdzie gospodarze będą powiększać swoją przewagę, a ataki rywala będą rozbijane przez defensywę lub pewnie bronione przez golkipera. Jakże inna była druga część od naszych przewidywań. Diabły ogarnęła niemoc strzelecka, a co więcej, Aleja z każdą minutą wyglądała coraz lepiej i była coraz bliżej złapania kontaktu z rywalem. Po dwukrotnym trafieniu Michała Galbarczyka zrobiło się 4-2 i gospodarze jakby przeczuwając co się święci, zaczęli pokrzykiwać na siebie, żeby się zmobilizować do dalszej gry. Nie przyniosło to skutku, bowiem najpierw Arek Kaźmierczak strzela bramkę kontaktową, by potem po rzucie rożnym wyrównać stan meczu. Spotkanie kończy się remisem 4-4 i choć Diabły miały nieco pecha, że Aleja zebrała niezły skład właśnie na ich spotkanie, to przede wszystkim stracili punkty na własne życzenie.

W kolejnym meczu od pierwszych akcji spotkania widać było, że Złączeni będą w niedzielnym spotkaniu stroną dominującą. Nawet niespodziewana bramka FC Rivers, otwierająca wynik spotkania nie wybiła ich z rytmu. Zespół z Grodziska prowadził konsekwentnie swoją grę, niezależnie od wyniku jaki panował na boisku. Kanonada Złączonych trwała w najlepsze - strzelaniu przodowali Piotr Gipsiak i Jakub Zimka. Duet ten dopiął swego w 10' minucie, dzięki czemu mieliśmy remis. Złączeni poszli za ciosem i do przerwy zaaplikowali gościom jeszcze 5 trafień. Na przerwę schodzili więc z komfortowym prowadzeniem 6:1. Druga połowa to przede wszystkim czas podrażnionych FC Rivers. Już w 26' Mikołaj Pekowski strzelił na 6:2 i dał sygnał, że jeszcze nie wszystko musi być stracone w tej rywalizacji. Jednak kolejne nieskuteczne ataki często dawały gospodarzom okazje do kontrataków. W wyniku tego kolejne minuty mijały na wymianie ciosów pomiędzy drużynami, na bramkę jednych, drudzy odpowiadali tym samym. Po golu Michała Olejnika z rzutu wolnego w 37' nastąpił przestój, tak jakby obie drużyny wystrzelały się ze wszystkiego, co miały przygotowane na to spotkanie. Impas strzelecki przerwał dopiero Leszek Parzniewski golem w 48' minucie. Goście naprawdę z zaangażowaniem walczyli o dobry wynik, jednak błędy w obronie oraz świetna dyspozycja Bartłomieja Cylca sprawiły, że FC River kończą rundę jesienną z 12 punktami na 7. Miejscu. Złączeni natomiast umocnili się na drugiej pozycji, po bardzo dobrej grze w tej części sezonu.

Będące w strefie spadkowej Young Guns podejmowało ALPAN, który także tej rundy do najlepszych nie zaliczy. Gospodarze dysponowali solidnym składem, a u gości udało się zebrać ledwo 6 osób, co na ilość zawodników jakich ma zgłoszona ta drużyna było dość zaskakujące. Pierwsza połowa to mądra gra gości wiedzących o tym, że nie mając zmian trzeba rozłożyć siły na całe spotkanie. Dobra gra w defensywie dawała szanse ALPAN-owi na grę z kontry. Drużyna Marka Saneckiego nie miała za wiele klarownych sytuacji, a nawet gdy już się udało sforsować obronę przeciwnika to dobrze spisywał się Sebastian Figlewicz. Pierwsza, wyrównana połowa, kończy się minimalnym zwycięstwem ALPAN-u 1:2. Druga część była o wiele ciekawsza. Najpierw gospodarzom, mimo że tracą gola na 1:3, udaje się dogonić przeciwników, aż wreszcie wychodzą na upragnione prowadzenie 4:3 i wydaje się, że podmęczony rywal nie będzie w stanie nic już zdziałać w tym spotkaniu. Gdzieś zawodnicy teamu Rafała Dębskiego znajdują resztki pokładów energii i udaje się im zremisować. Michał Podobas strzela na 4:4 i za chwilę ma jeszcze sytuacje na wagę trzech punktów, ale nie daje rady pokonać w sytuacji sam na sam Adriana Kłoskowskiego. Z perspektywy całego meczu sprawiedliwy podział punktów na koniec rundy. Obie drużyny muszą poprawić grę i kadrę na wiosnę jeśli chcą ugrać cokolwiek w tej lidze. Wiemy że ALPAN czeka wietrzenie szatni, a Young Guns musi zadbać o kilku wartościowych zawodników, by uzupełnić wąski skład który grał na jesieni.

W ostatnim meczu ligi 2B Lujwaffe Tarchomin stanęło naprzeciwko Walking Dead. Gospodarze przy korzystnych wynikach w innych meczach mogli liczyć na awans nawet na trzecie miejsce. Z kolei z dziesiątkowani goście chcieli przetrwać mecz z jak najmniejszymi stratami. Pomóc w tym miał ich najlepszy zawodnik Krzysztof Kulibski, jednak naprzeciwko lidera Trupów stanął Piotrek Dobrzeniecki, który jest wiceliderem listy strzelców. Od pierwszych minut gospodarze kontrolowali przebieg spotkania i tylko nieporadność pod bramką rywala doprowadziła do tego, że nie wyszli szybciej na prowadzenie. W końcu udało się przełamać i to parokrotnie, dzięki czemu Luje wyszły na bezpieczną przewagę. Walking Dead mogli liczyć na pojedyncze zrywy, i to się dwukrotnie udało za sprawą Krzysztofa Kulibskiego i Pawła Waligórskiego. Do przerwy było 6:2, ale goście tracili siły z minuty na minutę. Okrojony skład Trupów musiał się zebrać swoje żniwo, ale chyba nikt nie spodziewał się takiej dominacji rywala. Nawet sami zawodnicy Lujwaffe, którzy świetnie bawili się pakując kolejne bramki Adrianowi Dworakowskiemu, mimo że wybronił mnóstwo uderzeń. Prym w strzelaniu bramek miał lider Lujów – Piotr Dobrzeniecki, ale cały zespół pracował na jego wynik który zamknął się na 9 bramkach. Oprócz niego hat tricki ustrzelili Filip Dróżdż, oraz Marcin Konopka. W drugiej części Walkind Dead był już całkowicie rozbity i tylko czekali na ostatni gwizdek sędziego. Wynik 20:2 zdecydowanie oddaje to działo się na boisku.

LIGA 3A

Meczem otwierającym rywalizację w lidze 3A były derby Woli: Old Eagles Koło podejmowało ADP Wolską Ferajną. Dla obu ekip było to ważne spotkanie, choć ich cele znaczącą się różniły. Dość szybko wynik został otworzony przez Sylwestra Madeja, ale już parę minut później Artur Majewski doprowadził do remisu. Wymiana ciosów nie ustawała, bo od razu Orzełki ponownie wyszły na prowadzenie, lecz po chwili na 2-2 z rzutu wolnego strzelił Konrad Ciesielczyk. Był to ostatni gol ADP w pierwszej części meczu, za to do siatki rywala trafiali jeszcze trzykrotnie zawodnicy z Koła. Gospodarze mieli więcej sytuacji w premierowych 25 minutach i mogli prowadzić wyżej, ale brakowało im lepszego wykończenia. I tak, do przerwy najpierw Orzełki ponownie wychodzą na prowadzenie 3-2, potem w zamieszaniu w polu karnym Tomek Trybucy dostaje podanie od przeciwnika i podwyższa na 4-2, a wynik pierwszej części ustala Piotr Parol. Chwilę po przerwie straty do stanu 5-3 zmniejsza Artur Majewski strzałem głową po rzucie rożnym. Po momencie równej gry, obie drużyny znów poszły na wymianę ciosów gdzie w 4 minuty padły cztery bramki, z czego aż trzy należały do Orzełków. Kuriozalna była bramka na 7-3, kiedy to zawodnicy ADP sygnalizowali zagranie ręką i stanęli, jednak gwizdek sędziego milczał, gra toczyła się dalej, czego konsekwencją był stracony gol. Ostatecznie po tej kanonadzie z obu stron, mecz kończy się zwycięstwem Old Eagles 10-5, dzięki czemu zespół z Koła wciąż ma małą stratę do podium. ADP natomiast utknęło w strefie spadkowej i może być im ciężko się z niej wydostać.

Mecz Orzełów Stolicy i Bękartów Warszawy czyli drużyn z drugiego i trzeciego miejsca zapowiadał się niezwykle interesująco. Gdyby Zakon Bonifratrów wygrał swój mecz zapewniając sobie najniższy stopień podium, byłoby przesądzone, że jedna z drużyn spędzi zimę poza top3. Waga spotkania nie splątała nóg zawodnikom i już od początku byliśmy świadkami otwartego spotkania. Już w 5' minucie Orzeły wzbiły się na prowadzenie po bramce wypracowanej przez Arkadiusza Ciołka. Po chwili Adam Józefowski precyzyjnym uderzeniem po ziemi wyrównał wynik spotkania. Na kolejne trafienie musieliśmy czekać do ostatnich minut pierwszej połowy, kiedy to Maciej Kiełpsz dwukrotnie pokonał bramkarza gości. Do przerwy Orzeły pewnie prowadziły 3:1. Kiedy po zmianie stron gospodarze natychmiast zdobyli bramkę na 4:1 można było założyć, że to oni właśnie będą wicemistrzami jesieni. Orzeły rozkoszowały się bezpiecznym wynikiem i pozwalali Bękartom na coraz więcej. To okazało się zgubne. Przełamanie gości nastąpiło w 37' minucie - bramkę zdobył Mateusz Budzich i od tego momentu ich panowanie na boisku było niezaprzeczalne. W 43' minucie było już tylko 4:3, po golu Kirilla Tsvirko. Bękarty cały czas szły za ciosem i już po chwili Adam Józefowski wyrównał z rzutu karnego. Goście nie zatrzymali się i wyskoczyli na prowadzenie w 48' minucie, kiedy to Adam Józefowski skompletował hattricka uderzeniem z metra. Rozpaczliwe ataki Orzełów w ostatnich sekundach meczu nie przyniosły skutku, w wyniku czego niespodziewany comeback Bękartów Warszawy stał się faktem i to właśnie oni zakończyli rundę jesienną na pozycji wicelidera ligi 3A.

W ramach ostatniej kolejki rundy jesiennej KS Iglica Warszawa podejmowała Zakon Bonifratrów na arenie Picassa. Obie ekipy przed tym spotkaniem sąsiadowały ze sobą w środku tabeli, ale to Zakonnicy mieli szansę na wskoczenie na ostatniej prostej na podium. W mecz lepiej weszła drużyna gospodarzy, szybko zdobywając bramkę na 1:0, której autorem był Mateusz Kleniewski. Gol ten padł po rzucie rożnym, a dobrym dograniem popisał się Radek Sówka. Po stracie gola Zakon Bonifratrów przebudził się z chwilowego przestoju i wrócił do gry. Kolejne minuty spotkania były bardzo wyrównane, ale nie przyniosły one więcej bramek i na przerwę zespoły schodziły przy jednobramkowym prowadzeniu Iglicy. Po przerwie gra gości wyglądała o niebo lepiej i stopniowo zaczęli przeważać nad rywalem. Z czasem pozwoliło im to doprowadzić do wyrównania po trafieniu Jerzego Kurowieckiego, któremu dogrywał Łukasz Konopko. Rosnąca frustracja wśród zawodników KS Iglicy obniżała ich morale w zespole oraz skupienie na grze, które było kluczowe dla osiągnięcia korzystnego rezultatu. Co warte podkreślenia, arbiter aż czterokrotnie sięgał po żółty kartonik z czego trzy razy pokazał go zawodnikom Iglicy. W tym dwa razy został ukarany Radek Sówka, przez co musiał przedwcześnie opuścić plac gry. Moment dekoncentracji Iglicy wykorzystała drużyna gości, która wyszła na prowadzenie po golu Marcina Stachacza. Wynik meczu na 1:3 ustalił Marcin Stachacz, który po raz drugi wpisał się na listę strzelców. Na pochwały zasługuje także bramkarz Zakonu, który pewnie interweniował w tym spotkaniu. Goście kończą sezon wysoko, natomiast z pewnością Iglica inaczej wyobrażała sobie zakończenie rundy.

Rywalizację w lidze 3A kończył mecz Mikstury z Elitarnymi Gocław. Goście, aby optymistycznie zamknąć tę rundę, musieli zwyciężyć z Miksturą, która jest, przynajmniej na razie, ich bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie. Był więc to typowy mecz o 6 punktów. Wynik spotkania otworzył Piotr Traczyk, pakując piłkę do pustej bramki po podaniu Patryka Zycha. Elitarni szybko zdążyli odpowiedzieć na tę bramkę i od tej pory skutecznie finalizowali swoje kontrataki. Widać było, że ten sposób konstruowania akcji bardzo odpowiadał zawodnikom z Gocławia. Istotną rolę w tej części gry trzeba przypisać Marcinowi Głębockiemu, który skutecznie ratował z opresji kolegów z drużyny. Do przerwy Elitarni spełnili połowę planu, gdyż prowadzili 1:3. Aby w pełni spełnić założenia przedmeczowe musieli jeszcze zachować podobną dyspozycję w drugiej części. Drugą połowę zawodnicy Mikstury rozpoczęli doskonale, szybko odrobili straty, by następnie wyjść na prowadzenie 4:3. Ekipa z Gocławia w ogóle się tym nie przejmowała i wzięła się za odrobienie strat. Elitarni dosłownie rzucili się na bramkę gości. Ich determinacja się opłaciła i ostatecznie zwyciężyli bardzo istotny mecz 4:5. Piłkarze Mikstury mogą być rozczarowani, ponieważ równie dobrze to oni mogli święcić wygraną, ale brak na takim meczu Damiana Patoki czy Filipa Junowicza też zrobił swoje, bo to zawodnicy, którzy potrafią przechylić szalę zwycięstwa na korzyść swojej ekipy, a tego ewidentnie zabrakło.

LIGA 3B

Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem FC Jordanek miał niemałe problemy, bowiem ich bramkarz miał wypadek i nie mógł dojechać na mecz, ale NieDzielni zgodzili się, by między słupkami rywala stanął golkiper z innej drużyny. Od początku spotkania obaj bramkarze spisywali się całkiem nieźle, ale to gównie Niedzieli w pierwszej części przeważali. I to przekuło się na bramki dla zespołu Marcina Aksamitowskiego, kiedy to Mateusz Nejman strzelił dwa gole w krótkim okresie czasu, a chwilę później skompletował już hat-tricka. Niedzielni wychodzili z kolejnymi atakami, natomiast Jordanek był w tej fazie meczu w odwrocie. Dopiero gdy po raz czwarty na listę strzelców wpisał się Mateusz Nejman, po asyście Karoliny Figiel, coś w zespole gospodarzy ruszyło i oni również oddali kilka strzałów na bramkę rywala, ale bezskutecznie. Pierwszą część kończy się wynikiem 0-4. W drugiej połowie znów lepiej zaczęli goście i powiększyli prowadzenie do stanu 0-6. Wtedy to w końcu przełamali się zawodnicy Jordanka i w krótkim odstępie czasu dwukrotnie skutecznie przebili się przez obronę przeciwnika. Nie ostało się to bez riposty Niedzielnych, którzy od raz trafili na 2-7. Goście strzelili w tym spotkaniu jeszcze raz, ale w ich grze pojawiła się już nonszalancja i rozprężenie, przez co stracili jeszcze 2 bramki. Ostatecznie rywalizacja kończy się zwycięstwem gości 4-8, choć wynik mógł być wyższy, lecz całkiem nieźle radzili sobie tego dnia bramkarze obu zespołów.

Przy meczu pomiędzy Spartą, a FC Cuba Libre można było sobie zadać jedno pytanie: czy w ostatniej kolejce rundy jesiennej Sparta nie potknie się i utrzyma miejsce w czołowej trójce? Gości nie wolno było skazywać na porażkę, jednak biorąc pod uwagę ich możliwości, faworyt był jeden. Już od pierwszego gwizdka Sparta kontrolowała przebieg spotkania. Wysoka defensywa oraz dobra organizacja gry w fazie ataku pozwalała na kreowanie wielu sytuacji podbramkowych. Wynik spotkania otworzył po podaniu Artura Markiewicza, Krzysztof Kowalski. W kolejnej akcji bliscy strzelenia wyrównanego gola byli „Cubańczycy", na ich nieszczęście piłkę z linii bramkowej wybił defensor Sparty, a w następną doskonałą okazję zmarnował Hubert Woźniak. Gospodarze z powrotem wrócili na odpowiednie tory i szybko wyszli na prowadzenie 3:0, stale konstruując kolejne ataki na bramkę rywala. Wynik do przerwy na 4:0 ustalił Krzysztof Kowalski, który strzałem z woleja pokonał Daniela Kosińskiego. Po zmianie stron gospodarze dalej napadali na obronę przeciwników, dążąc do kolejnych bramek. W tej części spotkania jeszcze większą aktywnością wykazywał się Artur Markiewicz, który był nie do zatrzymania przez obronę gości. Zawodnicy Sparty grali bardzo zespołowo, liczyła się przede wszystkim drużyna, a nie indywidualne statystki i prawie każdy zapisał się w jakiś sposób w protokole meczowym.Doskonałe zawody gospodarzy podsumowali Piotr Kowalczyk z Krzysztofem Kowalskim, którzy przeprowadzili akcję na 12:0. Był to ostatni gol jaki padł w tym spotkaniu. Jeśli podobną formę Artur Markiewicz i Krzysztof Kowalski zaprezentują wiosną, to miejsce na podium jest niemal pewne.

Na to spotkanie na szczycie czekaliśmy od dawna, ale zamiast wyrównanego pojedynku byliśmy świadkami meczu do jednej bramki. Narodowe Śródmieście nie dało szans FC Nova Group i wygrało wysoko aż 8-0! To spotkanie zapowiadaliśmy jako pojedynki Damian Talarek vs Daniel Makus czy Kamil Skwierczyński vs Łukasz Wirski, ale jak się okazało, po stronie Novych pierwszy z zawodników nie był w stanie wejść na odpowiednie obroty, a ten drugi w ogóle nie pojawił się na boisku. Pierwsza połowa jeszcze nie zwiastowała tak wysokiej wygranej zespołu Marka Szklennika. Dwie pierwsze bramki dla Narodowego padły podczas 15 minut gry, gdzie strzelcem był Damian Talarek, a asystował mu Kamil Skwierczyński. Gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza część, na minutę przed końcem do bramki rywala trafia Damian Brzeziński i do przerwy mamy 3-0. Novi mieli też swoje okazje, ale dobrze między słupkami spisywał się Marek Reszczyński, który nie dał się pokonać. W drugiej połowie długo nie oglądaliśmy bramek, choć okazji nie brakowało. Dopiero w 35 minucie meczu Damian Talarek kompletuje hat-tricka, a goście powoli godzą się z porażką. Dziesięć ostatnich minut spotkania to już przewaga Narodowego. W 40 minucie arbiter dyktuje rzut karny, który pewnie na bramkę zamienia Damian Talarek, który do końca rywalizacji jeszcze dwukrotnie trafia do siatki i kończy mecz z dorobkiem 5 goli. Po stronie Narodowego trafienia zaliczyli jeszcze Damian Brzeziński, a wynik spotkania na 8-0 ustalił Grzegorz Grabowski. Narodowe Śródmieście wykonało w pełni swój plan. Pokonało najgroźniejszego rywala, zakończyło rundę w 9 zwycięstwami, a Damian Talarek zrównał się bramkami z Łukaszem Wirskim wykorzystując jego nieobecność. Z pewnością po meczu było co świętować.

W kolejnym meczu ostatniej kolejki rundy jesiennej NAF Genduś podejmował Awanturę Warszawa na arenie Picassa. Obie drużyny przed tym spotkaniem sąsiadowały ze sobą w tabeli, więc można było spodziewać się wyrównanego meczu. Jak się okazało, tego dnia w lepszej dyspozycji była ekipa Awantury Warszawa. Już w pierwszych minutach spotkania na 0:1 trafił Grzegorz Himkowski po podaniu od Macieja Mikołajczyka. Kolejna bramka była autorstwa Konrada Szałankiewicza, któremu dogrywał Albert Zimoch. Z minuty na minutę przewaga gości rosła, a z nią pojawiały się kolejne okazję na zdobycie bramek. Po wielu bezowocnych próbach w końcu na 0:3 strzelił Sebastian Dominiak. Jednak nie musiał on czekać długo na kolejną bramkę, bo po chwili ponownie skierował piłkę do siatki, tym razem po podaniu od Macieja Mikołajczyka. Rozstrzeliwanie gospodarzy trwało, a kolejne trafienie dołożył Patryk Królak. Przed końcem pierwszej części spotkania gościom udało się strzelić pierwszą bramkę w tym meczu, której autorem był Adam Królak. Do przerwy 1:5 dla Awantury i raczej nic nie wskazywało na to że losy spotkania mogą się odwrócić. W drugiej połowie goście nieco zwolnili tempo gry, ale nie było to dla nich przeszkodą w zdobywaniu kolejnych bramek. Na 1:6 trafił Sebastian Dominiak, a podawał do niego Maciej Mikołajczyk. Następnie lekko stratę zmniejszył ponownie Adam Królak. Goście nie zamierzali jednak zostawiać niczego przypadkowi i podwyższyli przewagę o kolejne dwie bramki. Na 3:8 podanie Tomasza Nesterowicza na bramkę zamienił Wojciech Szczerba, natomiast wynik na 3:9 ustalił Grzegorz Himkowski. Awantura wygrała pewnie i zasłużenie utrzymując bezpieczną przewagę z pierwszej części. Dzięki wygranej traci tylko jeden punkt do drugiego miejsca i z pewnością włączy się do walki o medale na wiosnę.

W meczu kończącym zmagania w lidze 3B do rywalizacji przystąpiły drużyny coraz lepiej spisującego się FC Albatros i grającego w kratkę FC Po Nalewce. W pierwszej części mecz był wyrównany, obfitował w sytuacje strzeleckie, ale nie wszystkie zostały w pełni wykorzystane. Prowadzenie objęli zawodnicy gości, po golu Grzegorza Wojteckiego. Po tej bramce mieliśmy okres przewagi FC Po Nalewce, ale dobrze między słupkami spisywał się Marcin Letki, dzięki czemu rywale nie powiększali swojej przewagi. Jednak w końcu bramkarz Albatrosów musiał skapitulować i po golu Michała Wypniewskiego goście prowadzili już 0-2. Na odpowiedź oponenta nie trzeba było długo czekać i dość szybko Yaroslaw Luniev zdobywa bramkę kontaktową. Do końcowego gwizdka, oznajmiającego koniec pierwszej części, nie zobaczyliśmy już bramek i do przerwy mamy wynik 1-2. Obie ekipy przyzwoicie zaprezentowały się podczas 25 minut, oglądaliśmy dobre zacięte spotkanie, które dawało nadzieję na jeszcze większe emocje w drugiej połowie. Po zmianie stron piłkarsko niezła gra przerodziła się w mecz walki. Za spięcie po faulu i kilka niepotrzebnych słów obaj kapitanowie dostali po żółtej kartce, później za faul karę minutową musiał odbyć kolejny zawodnik Albatrosów. Znacznie lepiej w drugiej części radzili sobie zawodnicy Po Nalewce, którzy zaczęli punktować kolejno rywala powiększając swoją przewagę. Gospodarze mimo kilku sytuacji zdołali strzelić już tylko jedną bramkę i ostatecznie przegrali spotkanie 2-6 pozostając przynajmniej do wiosny w strefie spadkowej.

LIGA 4A

Dość wyjątkowo – bo w sobotę, na arenie Grenady rozegraliśmy zalegle starcie 2 kolejki pomiędzy Przypadkowymi Grajkami, a LTM Warsaw. Obie ekipy znajdowały się w środku tabeli, tak więc szykował nam się pojedynek o 6 punktów. Gospodarze mogli sobie zapewnić do wiosny miejsce poza strefą spadkową, natomiast goście mieli nawet szansę na podium po rundzie jesiennej. Po kilku minutach od pierwszego gwizdka sędziego okazało się, że drużynie Irka Webera będzie niezmiernie ciężko przeciwstawić się składnej grze gospodarzy. Grajki wyszli na to spotkanie zmotywowani, z pełną wiarą w sukces, a w LTM-ie takiego nastawienia brakowało. Brakowało u gości współpracy między zawodnikami, wraz z kolejnymi traconymi bramkami spadało zaangażowanie i słabła wiara w zwycięstwo. Wbrew nazwie gospodarzy, w ich grze było mało przypadku, tworzyli zespół rozumiejący się bez słów, a co więcej byli skuteczni w ataku. Już do przerwy bezpieczne prowadzili 5:1. W drugiej odsłonie obraz spotkania nie uległ zmianie, dalej podopieczni Czarka Klimkowskiego kontrolowali przebieg meczu i nawet, gdy goście łapali kontakt strzelając bramkę, przeciwnicy szybko kolejnymi trafieniami wybijali ich z rytmu. Mecz kończy się wynikiem 9:2, gdzie kapitalne zawody rozegrał Maciej Krupiński zdobywając 5 goli i notując 1 asystę.

Przypadkowe Grajki otworzyły również niedzielne zmagania, a ich rywalem był zespół ADP Wolskiej Ferajny II. Gospodarze już pewni, że nie spędzą zimy w strefie spadkowej, grali o jak najlepszy wynik po rundzie jesiennej, ADP natomiast walczyło o to, by mieć jak najmniejszą stratę do bezpiecznej pozycji. Już od pierwszych minut było widać, że to zespół Czarka Klimkowskiego będzie w tym meczu stroną dominującą. Zaczęło się od szybkiej bramki Piotra Pieńkowskiego, na którą ADP odpowiedziała strzałem w poprzeczkę. Goście parokrotnie oddali strzał na bramkę Grajków, ale bezskutecznie. Po jednej z takich akcji z kontrą wyszli rywale i gospodarze prowadzili już 2-0. O ile Wolska Ferajna do tego momentu miała lekką przewagę, o tyle w dalszej fazie meczu znacznie lepiej radzili sobie podopieczni Czarka Klimkowskiego. Goście zaczęli grać zbyt nonszalancko w rozegraniu, a niedokładność i straty piłki w środku pola były dla ADP bardzo kosztowne. W ten sposób stracili kolejno trzecią, czwartą i piątą bramkę, a mogło ich być jeszcze więcej. Do tego pewnie interweniował Mateusz Tuzin, dzięki czemu do przerwy było aż 5-0. Po zmianie stron wciąż przeważały Grajki, na 6-0 bramkę głową po idealnym dośrodkowaniu strzelił Piotr Pieńkowski. ADP miało swoją szanse na gola, ale Mateusz Nejman nie wykorzystał rzutu karnego. Częściowo się zrehabilitował, trafiając później na 7-1. W końcówce czerwoną kartką został ukarany bramkarz Wolskiej Ferajny i musiał go zastąpić zawodnik z pola, który miał parę dobrych interwencji, ale tuż przed końcowym gwizdkiem i on musiał skapitulować. Wygrana 8-1 oddaje w pełni boiskową przewagę Grajków, którzy obecnie po rudzie jesiennej tracą tylko 2 punkty do podium

Mecz Awantury II Warszawa z Munją już od pierwszych minut nie układał po myśli gospodarzy. Kuriozalny samobój już w 3' minucie otworzył worek z bramkami dla gości. Do świetnie spisującego się duetu Michał Sztajerwald – Piotr Skwarczyński w ostatnich kolejkach dołączył Krystian Smokowski, dzięki czemu Munja gra świetną końcówkę rundy jesiennej. Trzygłowy smok zdobył razem 9 bramek i zanotował 5 asyst, a wiele akcji pokazywało świetne zgranie i zrozumienie panujące między zawodnikami Munji. Już w 15' minucie było 0:4 dla gości, a każdy z wyżej wymienionych wpisał się na listę strzelców. W dalszych minutach Munja nie zwalniała tempa i w 23' minucie było już 0:8! Pogrom już w pierwszej części spotkania znacznie poprawił humory graczom w czerwonych strojach. Bramkę honorową dla gospodarzy przed przerwą zdobył Sebastian Dominiak. Druga połowa to dalsza dominacja gości, którzy grali na luzie, ale zbyt często próbowali jednego podania za dużo, przez co wynik nie był bardziej okazalszy. W tych warunkach Sebastian Dominiak miał pole do popisu, ale było to zdecydowanie za późno, by odwrócić losy spotkania. W 43' minucie padła ostatnia bramka meczu, które ostatecznie skończyło się wynikiem 3:13. Awantura przed końcowym gwizdkiem miała jeszcze kilka okazji, jednak z pojedynków z zawodnikami gospodarzy, Maciej Affek zawsze wychodził obronną ręką.

LTM Warsaw II minionego weekendu grał dwa mecze i po porażce w sobotę z Przypadkowymi Grajkami, czekał na nich w niedziele Furduncio Brasil FC. Goście na to spotkanie przybyli znacznie osłabieni, bo nie zobaczyliśmy na boisku m.in. Luciano Santany i przede wszystkim Rafaela Andrade. To była szansa dla LTM-u na wygranie spotkania, jednak Brazylijczycy, mimo braków kadrowych, od początku byli skupieni na grze i tak naprawdę nie było widać, że absencje kluczowych zawodników są dla nich problemem. Grając konsekwentnie i dobrze w obronie konstruowali swoje ataki, a Vincenty Docent pod nieobecność swoich kolegów, wziął odpowiedzialność za grę swojej drużyny na swoje barki. LTM jakby zaskoczony dobrą grą rywali, nie stwarzał dużego zagrożenia pod bramką przeciwnika. Jedynie strzały z dystansu Krzyśka Kulibskiego były groźne, ale Adam Czerwiński tego dnia łapał niemal wszystko. Do przerwy wynik brzmiał 0:3. Po zmianie stron widzieliśmy kontynuacje gry z pierwszych 25 minut spotkania. Brazylijczycy mieli zawody pod kontrolą i LTM, mimo że starał się odwrócić losy spotkania, to tego dnia nie miał za wiele argumentów przemawiających na swoją korzyść. Jedynie Enoch Szymocha strzelił honorowego gola i mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 1:5. Funducio kończy rundę na trzecim miejscu, a LTM na szóstej lokacie, lecz na wiosnę w tej lidze wszystko się może odwrócić.

Starcie na szczycie ligi 4A zapowiadaliśmy jako spotkanie, które miało być świetnym widowiskiem. W końcu naprzeciw siebie stanęły dwie niepokonane dotychczas drużyny. I od pierwszego gwizdka obie ekipy udowodniły, że to nie przypadek, że właśnie OKS Nowy Raków i Gracze Gorszego Sortu dominują w tej klasie rozgrywkowej. Na boisku widać było sporo jakości i mecz mógł się podobać. Szczególnie aktywni w ofensywie byli Łukasz Kulesza i Igor Matusiak, dzięki czemu jako pierwsi do bramki rywali trafili goście. Po straconej bramce OKS dążył do wyrównania i jeszcze przed przerwą ten cel osiągnął. Nie kto inny jak kapitan Czarek Dudek strzela na 1:1 i taki wynik mamy do przerwy. Po zmianie stron goście wypracowują sobie przewagę. Ich akcje są groźniejsze i co najważniejsze, są skuteczni. Mimo że Artur Macek broni świetnie, to przy sytuacjach bramkowych nie miał szans i Gracze Gorszego Sortu wyszli ponownie na prowadzenie. Gospodarze starali się gonić niekorzystny wynik, ale defensywa gości była szczelna i przy tak grającej obronie rywala ciężko o dogodne pozycje bramkowe. W końcu rozbrzmiał gwizdek kończący mecz, gdy na tablicy widniał rezultat 2:5. Oznacza to, że Gracze Gorszego Sortu zostają liderem po rundzie jesiennej, ale dla OKSu okazja do rewanżu będzie już na wiosnę i mamy nadzieję, że ostatni mecz będzie decydował o mistrzostwie. Przerwana została seria bez porażki ekipy Czarka Dudka, ale przecież każda seria musi się kiedyś skończyć. Pewnie drużyna z Rakowa będzie chciała pobić swój rekord ponad roku bez porażki ligowej i zdobyć mistrzostwo, co na wiosnę wciąż jest sprawą otwartą.

W ostatnim meczu ligi 4A BRD Young Warriors zmierzyli się z Landtech F.C. Ci pierwsi po dwóch porażkach z czołówką ligi 4A wracają na właściwe tory, kalendarz tak się ułożył, że przeciwko nim, w ostatnich dwóch kolejkach, grali niżej plasowani rywale. Natomiast goście, po remisie z OKS Nowy Raków, nie powinni być skazywani na porażkę i z takim nastawieniem podeszli do rywalizacji. Początek spotkania ułożył się dla Landtechu bardzo optymistycznie, ponieważ stosunkowo szybko wyszli na prowadzenia 0:1. Mecz był ciekawy, mnóstwo kombinacyjnych akcji, dużo parad bramkarskich, szczególnie Adriana Nogiecia, mogły się po prostu podobać. Gospodarze strzelili wyrównującą bramkę na 1:1, jednak nadal mecz był bardzo wyrównany i trudno było z przebiegu gry wskazać faworyta do końcowego zwycięstwa.Do przerwy utrzymał się wynik 1:1. Gospodarze po zmianie stron chcieli w jakiś sposób rozpracować szyk obronny rywali, dlatego grali szeroko, posyłali piłki górą w tai sposób, aby doprowadzić do pojedynków 1 na 1 w bocznych sektorach boiska. Landtech mimo to dzielnie się trzymał, aż do utraty bramki na 2:1, kiedy to Michał Walo nie dał szans bramkarzowi. Wynik na 3:1 podwyższył po podaniu Arka Bieniuka, Adrian Kłoskowski. W odpowiedzi indywidualny rajd przez całe boisko przeprowadził Aleks Kuśmierz i Landtech nadal liczył się w walce o ligowe punkty. Ostatecznie to BRD Young Warriors zwyciężyli ten wyrównany mecz 5:3, jednak piłkarze gości wcale nie są jeszcze na straconej pozycji w perspektywie nawet miejsca na podium, jeśli będą występowali stałym składem, to są urwać punkty każdej drużynie.

LIGA 4B

Na początek rywalizacji w lidze 4B przyszło się zmierzyć zespołom Mikrostrzelb i Warsaw Raccoons. W tym meczu mieliśmy zdecydowanego faworyta i jak się okazało po meczu, typ był w pełni trafiony. Goście nieco się spóźnili i w trakcie meczu dochodzili kolejni zawodnicy, ale rywalizację rozpoczęli w pełnym składzie. Gospodarze chyba zbytnio na luzie podeszli do tego meczu, bo pierwsza groźna sytuacja została wykreowana przez Szopy, kiedy to jeden z ich zawodników oddał strzał, który niestety obił jedynie słupek. To chyba obudziło w końcu gospodarzy, którzy przejęli kontrolę w tym spotkaniu i coraz mocniej zaczęli dominować. Główną siłą napędową ofensywy Mikrostrzelb był Paweł Mazur, który otworzył wynik spotkania i kapitan gospodarzy Wojtek Przychodzień. Do przerwy mieliśmy wynik 6-0, gdzie piątą bramkę strzelił wcześniej wspomniany Paweł Mazur wykorzystując rzut karny. Po zmianie stron obraz meczu niezbyt się zmienił. Mikrostrzelby miały korzystny wynik, który konsekwentnie powiększali, kontrolując przebieg spotkania. Szopy pomimo usilnych starań, nie były w stanie skutecznie przedrzeć się przez obronę rywala i trudno im było wypracować sobie 100% sytuację. Tylko raz goście byli blisko zdobycia honorowej bramki, kiedy po raz drugi podczas tego meczu trafili w słupek. Szopy zamykają ligową tabelę bez ani jednego punktu, natomiast Mikrostrzelby zajęły pozycję w środku tabeli i równie blisko im do podium, co do strefy spadkowej.

W kolejnym meczu Phoenix Warsaw FC podejmował na Arenie Picassa FC Tartak. Zdecydowanym faworytem tego spotkania była drużyna gości, która ma mocne aspiracje na zdobycie mistrzostwa ligi 4B. Bez zaskoczenia, to ekipa Drwali wyszła jako pierwsza na prowadzenie. Autorem premierowego trafienia dla gości był Igor Niewiadomski, do którego dogrywał Łukasz Łukasiewicz. FC Tartak wciąż nacierał, a gospodarze zaczęli popełniać coraz więcej błędów. W chwili dogrania piłki do Karola Grudniewskiego przez Łukasza Łukasiewicza, bramkarz Phoenix wyszedł niepewnie z bramki, co wykorzystał wcześniej wspominany Karol, posyłając piłkę nad golkiperem gospodarzy. Na 0:3 piłkę do siatki skierował ponownie Karol Grudniewski po złym wybiciu Andrzeja Gorzkowskiego. Przed przerwą gospodarzom udało się zmniejszyć stratę na 1:3, po trafieniu Marka Rakowskiego, któremu podawał Daniel Karski. Druga część spotkania to dominacja zespołu FC Tartak. Najpierw wynik podwyższył po indywidualnej akcji Igor Niewiadomski. Następnie bramkarz Phoenix musiał ponownie wyciągać piłkę z bramki po golu Michała Borowca. Autorem trafienia na 1:6 był Łukasz Łukasiewicz, który wcześniej świetnie obsługiwał kolegów przy ich bramkach. Z hattricka w tym spotkaniu mógł się cieszyć Igor Niewiadomski, który wykorzystał okazję stworzoną przez Karola Grudniewskiego. Na 1:8 wynik spotkania ustalił po podaniu Karola Grudniewskiego Łukasz Łukasiewicz. Po końcowym gwizdku Drwale mogli cieszyć się z mistrzostwa jesieni, ale trzeba pamiętać, że po rundzie rewanżowej będzie się już liczył bezpośredni pojedynek, więc na pewno trzeba będzie na wiosnę pokonać Old Boys Derby.

W meczu zespołu CompatibL, który walczy o mistrzostwo, z zespołem KP Jastrząb, który będzie się starał utrzymać w lidze, faworyt być dość oczywisty. Mimo to, lepiej w mecz weszli zawodnicy gości, którzy przynajmniej na początku mieli wizualnie lekką przewagę, ale nie przełożyło się to na klarowne sytuacje strzeleckie. Za to świetnie swoje okazje wykorzystali rywale i najpierw Denys Pazenko otworzył wynik meczu, a następnie na 2-0 podwyższył Artur Kustov. Po tym golu do głosu znów doszły Jastrzębie. Sędzia za wślizg w polu karnym podyktował „jedenastkę" dla gości, którą wykorzystał Adam Kruszeński. Goście mieli świetną szansę na doprowadzenie do remisu, ale została ona zmarnowana. Chwilę później ponownie wyszli z dobrym atakiem, lecz znów zabrakło wykończenia. Do przerwy utrzymał się wynik 2-1, choć Jastrzębie zasługiwały na co najmniej remis. Po zmianie stron do pracy wzięli się zawodnicy CompatibL. Bramka na 3-1 padła po trafieniu samobójczym, a kolejna bramka to zasługa dobrej współpracy braci Volin. To już chyba do końca podcięło skrzydła gościom, których dobił Anton Klymak, zdobywając kolejne dwa gole. W drugiej części po stronie Jastrzębi trafił jeszcze Andrzej Świętochowski, ale i tak porażka była już przesądzona. W meczu jeszcze przy wyniku na styku widzieliśmy parę ostrych zagrań, a szczególnie w drużynie gości jeden z zawodników ukarany już żółtą kartką solidnie pracował na wykluczenie. Mimo walki należy pamiętać, że zdrowie jest jednak najważniejsze.

W meczu zamykającym kolejkę na Arenie Grenady spotkali się zawodnicy Green Teamu i Mobilisu. W tabeli obie ekipy dzieliły jedynie dwa punkty, do tego gospodarze mogli zrównać się punktami z trzecim miejscem, więc mimo dobrej formy gości, nie spodziewaliśmy się jednostronnego pojedynku. Niestety Zieloni zawiedli i nie dali rady przeciwstawić się przeciwnikowi. Już pierwsza połowa pokazała, że to będzie mecz do jednej bramki. W tej części spotkania świetnie grą Mobilisu dyrygował Ireneusz Kowal, który nie dość, że był bardzo skuteczny w ofensywie, to jeszcze mocno pracował w defensywie, pomagając swoim kolegom w obronie. W dużej mierze to jego zasługa, że goście wygrywali po premierowych 25 minutach aż 1-6. W drugiej części właściwie było już po meczu, Green Team nie wierząc z odwrócenie losów rywalizacji z każdą minutą gasł w oczach, natomiast Mobilis konsekwentnie powiększał swoją przewagę, rozklepując defensywę przeciwnika. Ostatecznie skończyło się na wyniku 2-11, który dobrze odzwierciedla boiskowe wydarzenia. Tak jak wspomnieliśmy wcześniej, głównym aktorem tego zwycięstwa był Ireneusz Kowal który zdobył 5 bramek i 2 asysty. Gdyby ten zawodnik pojawiał się częściej na boisku, pewnie Mobilis mógłby się bić nawet o podium. Green Team zagrał chyba najgorszy mecz w tej rundzie, ale wciąż ma duże szanse na sukces na koniec sezonu.

W ostatnim meczu ligi 4B, FC Alfa podejmowała Oldboys Derby na arenie Picassa. Goście walczyli o miano mistrza jesieni wspólnie z FC Tartakiem, który wygrał swój mecz kilka godzin wcześniej. Jako że o kolejności w tabeli bezpośredni pojedynek będzie się liczył dopiero po rozegraniu rewanżów, żeby przeskoczyć Drwali, Oldboys musieli wysoko pokonać Alfę, a wiadomo że to nie takie proste. Tymczasem już w pierwszej minucie spotkania, po podaniu Valentyna Baiko, do siatki trafił Andrzej Kalinowski wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Jednak radość nie trwała długo, gdyż za chwilę do remisu doprowadził Bartek Rykiel, któremu dogrywał Paweł Bąbel. Na ponowne prowadzenie drużynę gości wyprowadził Wojciech Nowak po podaniu od Michała Piątkowskiego. Kilka minut później ten sam zawodnik podwyższył wynik meczu po dograniu Łukasza Maziarza. Tuż przed przerwą Bartek Rykiel indywidualnie przebieg połowę boiska i oddał mocny strzał zdobywając kontaktową bramkę. Do przerwy po wyrównanych zawodach wynik brzmiał 2:3. W drugiej połowie Oldboys Derby trochę przysnęło, co bez skrupułów wykorzystała drużyna FC Alfy doprowadzając do wyrównania po bramce Pawła Bąbla. Determinacja oraz nieustający doping kibiców, którzy byli ze swoją drużyna mimo niskiej temperatury, pozwoliła wyjść gościom na prowadzenie po raz trzeci. Tym razem po raz trzeci na listę strzelców wpisał się Wojciech Nowak. Dzięki ciągłemu bombardowaniu rywali strzałami, gospodarze robili coraz więcej błędów w obronie, co poskutkowało golem samobójczym. Wynik meczu na 3:6 ustalił Wojciech Nowak i OldBoys utrzymuje się na drugiej pozycji.

LIGA 5A

Tytuł najważniejszego meczu tej rundy ligi 5A nie przeraził drużyn Szukamy Sponsora i Ekipy Remontowej, w związku z czym już od samego początku byliśmy świadkami widowiska, które toczyło się w zawrotnym tempie. Już w pierwszej akcji Bartek Pawelec oddał świetny strzał w okienko, który z trudem odbił Daniel Pocztowski. W 5' minucie fenomenalną szansę miał Mikołaj Szczurowski, jednak pojedynek wygrał Patryk Kowalczyk. W 7' minucie Ekipa Remontowa wyszła na prowadzenie po tym, jak do strzału Mikołaja Szczurowskiego doskoczył Jakub Plata i posłał piłkę do bramki gospodarzy. Na odpowiedź gospodarzy czekaliśmy do 12' minuty, kiedy to Mateusz Piórczyński wykorzystał podanie Krzysztofa Westenholza i pokonał Daniela Pocztowskiego w sytuacji jeden na jednego. Po chwili było już 2:1, ponieważ wrzut z autu w pole karne wykorzystał Mateusz Piórczyński i przelobował bramkarza gości. Przed końcem pierwszej połowy mogło być 2:2 jednak Patryk Kowalczyk ponownie był górą w pojedynku z Mikołajem Szczurowskim. Wynik do przerwy 2:1 sprawiał, że mogliśmy zacierać ręce na myśl o drugiej połowie. Po wznowieniu ofensywna gra trwała w najlepsze. Do 30' minuty było już 3:2 - na bramkę Piotra Maciuka natychmiast odpowiedział Mikołaj Szczurowski. Pomimo krótkiej ławki rezerwowych Poszukiwacze nie zwalniali tempa i po chwili odskoczyli na 4:2, po tym jak Mateusz Piórczyński skompletował hattricka. Ostatni kwadrans przebiegał pod znakiem zręcznej obrony gospodarzy przed Ekipą Remontową. Jednak w 37' gola na 4:3 zdobył Zbigniew Brzeziński i Poszukiwacze nie mogli pozwolić sobie na niefrasobliwość w obronie. Na ich szczęście Patryk Kowalczyk bronił jak natchniony - w 43' minucie po raz kolejny wygrał sam na sam, natomiast w 46' minucie instynktownie wyciągnął strzał z metra autorstwa Mikołaja Szczurowskiego. Ostatecznie Szukamy Sponsora zwyciężyli 4:3 i zakończyli jesień mając tyle samo punktów co Ekipa Remontowa oraz FC Albatros. Zapowiada się pasjonująca wiosna w lidze 5A!

Pogromcy Poprzeczek i A.D.S. Scorpion's są drużynami z dołu tabeli, jednak zarówno gospodarze, jak i goście mieli realne szanse na przezimowanie ponad strefą spadkową. Od pierwszej minuty oba zespoły dążyły do osiągnięcia jak najlepszego rezultatu i zakończenia tej rundy z przytupem. Na boisku widzieliśmy sporo akcji w wykonaniu Pogromców i Scorpions'ów. Momentami gra była chaotyczna i brakowało zawodnikom dokładności, ale gdy czasem brakuje jakości, to swoje trzeba wybiegać i to właśnie robiły oba zespoły. Początek spotkania idealny dla Pogromców, najpierw w zamieszaniu w polu karnym bramkę na 1:0 zdobył Mateusz Niewiadomy, by po chwili na 2:0 podwyższył Norbert Plak, strzelając niecodzienną bramkę, z ¾ boiska, wykorzystując fakt, że Jakub Rudziński był wysoko ustawiony. Rozpędzeni Pogromcy po strzale pod poprzeczkę Bartłomieja Rafała podwyższyli na 3:0 i wydawało się, że mecz będą mieli całkowicie pod kontrolą. Tak się nie stało, goście wreszcie skutecznie przedarli się przez obronę gospodarzy, kiedy na listę strzelców wpisał się Paweł Poniatowski. Warto zaznaczyć, że goście kreowali sobie mnóstwo sytuacji, jednak długo nie potrafili drugi raz pokonać Rafała Klimiuka. Jeszcze przed przerwą ta sztuka się im udała i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 3:2. Po zmianie stron nadal mieliśmy wiele stykowych sytuacji, trudno było jednoznacznie wskazać stroną przeważającą w tym meczu. Duża rotacja pozwoliła maksymalnie wykorzystać możliwości zawodników, dzięki czemu byliśmy świadkami skutecznych wymian ciosów gol za gol, jednak Scorpionsi nie potrafili w tym spotkaniu wyjść na prowadzenie. Wynik właściwie był niewiadomą do samego końca, gdzie zwycięską bramkę zdobył Bartłomiej Rafał dopiero w 50 minucie spotkania. Ostatecznie to Pogromcy zachowali więcej zimnej krwi i wygrali 8:7.

Następnym meczem w ramach ostatniej kolejki rundy jesiennej Orły Zabraniecka podejmowały FC Vietnam United na arenie Picassa. Było to spotkanie samego dołu tabeli w lidze 5A, ale biorąc pod uwagę że drużyny z miejsc 4-10 są dość wyrównane, to wygrana pozwalała na zachowanie sporych szans na walkę o czwartą lokatę na wiosnę. Ten mecz można byłoby nazwać spotkaniem dla koneserów amatorskiego futbolu. Jak w większości swoich spotkań to drużyna gości zaczęła od intensywnych ataków. Tym razem przyniosły one zamierzony skutek i goście jako pierwsi wyszli na prowadzenie po trafieniu Michała Ninh'a, który otrzymał podanie od Trunga Bui. Do wyrównania doprowadził David Swanwick po podaniu z rzutu rożnego od Damiana Ryneckiego. Następnie na prowadzenie gospodarzy wyprowadził Radosław Giler, a ponownie w roli podającego odnalazł się Damian Rynecki. Nie udało się Orłom utrzymać tego wyniku w pierwszej części, bowiem przed przerwą gola wyrównującego na 2-2 strzelił Rafał Podemniak, a drugą asystę w tym spotkaniu zaliczył Trung Bui. Lepiej w drugą część spotkania weszła drużyna gości, po raz drugi wychodząc na prowadzenie w tym meczu. Tym razem do siatki rywala trafił Dawid Mac, który oddał mocny strzał w prawe okno bramki. Gospodarze nie odpuszczali i w końcu udało im się ponownie doprowadzić do remisu za sprawą Łukasza Rytlewskiego. Gdy wydawało się że rywalizacja skończy się podziałem punktów, która nikogo nie zadowoli w ostatnich minutach spotkania David Swanwick dograł do niepilnowanego Jakuba Krysickiego, który zapewnił swojej drużynie komplet punktów oraz wyjście z czerwonej strefy.

W jedynym meczu ligi 5A rozgrywanym na Arenie Grenady zmierzyły się ekipy Borowików i Polskiego Drewna. Lepiej zaczęli gracze gości, którzy jako pierwsi trafili do bramki rywali, ale jak się okazało, było to pierwsze i ostatnie prowadzenie Polskiego Drewna. Po pewnym czasie Borowiki doprowadziły do wyrównania, następnie po indywidualnej akcji Pawła Żurka przejęły prowadzenie, by na sam koniec podwyższyć na 1-3. W odpowiedzi piłkę na środku boiska przejął Michał Kijan, który pewnie wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem posyłając piłkę tuż przy słupku. Wynik do przerwy ustalił Mateusz Krzysiak, który również po przejęciu futbolówki ruszył na połowę rywala i oddał strzał w samo okienko bramki Polskiego Drewna. Po pierwszych 25 minutach gospodarze wygrywali 4-2. Po zmianie stron Borowiki jeszcze podwyższyli swój stan posiadania trafiając na 5-2. Przy tym wyniku Polskie Drewno mało rzut wolny, z którym nieco się pospieszyli i piłka wylądowała poza linią boczną boiska. Jak widać rodzaj stałego fragmentu nie ma większego znaczenia i po wrzutce z autu udało się zmniejszyć stratę ponownie do dwóch bramek. W tej fazie spotkania Polskie Drewno miało lekką przewagę i kilka okazji do zdobycia gola, ale skończyło się bez finalizacji. Gdy mecz ponownie się wyrównał, obie ekipy poszły na wymianę ciosów, ale przewaga Borowików pozostawała bezpieczna. Mecz kończy się wynikiem 8-5 dzięki czemu gospodarze zajmują 4 miejsce, natomiast dość niespodziewanie Polskie Drewno do wiosny będzie przebywało w strefie spadkowej.

W ostatnim meczu ligi 5A FC Albatros podejmował International FC na arenie Picassa. Gospodarze cały czas gonili uciekającą Ekipę Remontową, a wiedząc już, że lider przegrał swoje spotkanie, przed Albatrosami otworzyła się szansa na zrównanie punktami z dwoma czołowymi drużynami. Mecz w pierwszej połowie był bardzo wyrównany i zacięty. Wynik spotkania po podaniu od Cezarego Małeckiego otworzył Michał Kowalczyk. Po chwili do remisu doprowadzili zawodnicy International FC. Taki stan rzeczy nie trwał długo, bo w kolejnych minutach ponownie na prowadzenie wyszli gospodarze, a egzekutorem okazał się ponownie duet Michał Kowalczyk z Cezarym Małeckim. Następnie drużynie FC Albatros udało się powiększyć przewagę po trafieniu Damiana Kurasiewicza. International FC nie zamierzało dać uciec rywalom i bramkę kontaktową na 3:2 trafił Felix Buniatyan. Tuż przed przerwą na 4:2 strzelił Kurasiewicz, który dobił własny strzał po tym jak piłka odbiła się od poprzeczki rywali. Druga połowa już zdecydowanie należała do gospodarzy, którzy zdołali w ciągu niej zapakować aż 7 bramek. Gracz Internationalu trafił dopiero na 9:3, kiedy to Łukasz Mikula, przejął piłkę na połowie rywala. W odpowiedzi drugie trafienie w meczu zaliczył Cezary Małecki. Na 10:4 strzelił ponownie Łukasz Mikula, który wykazał się czujnością po tym, jak bramkarz FC Albatros „wypluł" piłkę. Ponownie gospodarze zrewanżowali się za straconą bramkę. Tym razem do siatki rywali piłkę wpakował Maciej Dyjewski po błędzie bramkarza. Na osłodzenie porażki na 11:5 trafił Aleksander Tolpa ustalając tym samym końcowy wynik. Albatrosy dzięki lepszemu bilansowi bramowemu niespodziewanie przezimują na pozycji lidera ligi 5A

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
4 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
5 0

LIGA 1

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
0 0

LIGA 2A

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
3 0

LIGA 2B

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
5 0

LIGA 3A

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 3B

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
3 1

LIGA 4A

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
1 0

LIGA 4B

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 5A

Kolejka 9

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi