Wczytuję...

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA…

Masz Telefon, Tablet i aktywne konto Google ? Sprawdź jak łatwo skonfigurować powiadomienia dla materiałów Video z kanału Liga Fanów TV.

ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE

Nie masz zespołu? Chciałbyś zagrać w Lidze Fanów? Uwielbiasz piłkę nożną? Wychodzimy naprzeciw waszym oczekiwaniom i proponujemy komfortowe rozwiązanie!

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

ZMIANY NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA NA YOUTUBE
ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE
ZMIANY NA FACEBOOKU!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 8.

21
Lis

Sezon nabiera rumieńców! Przetasowania to już norma, a w telegraficznym skrócie wygląda to tak - Tur Ochota wygrywa szlagier z East Wind i zrównuje się z nim punktami, rozpędzony Bulbez Team Bemowo zasiada na fotelu vicelidera w 1 Lidze, Truskawka na Torcie i Narodowe Śródmieście mistrzami jesieni w swoich klasach rozgrywkowych, Mobilis wygrywa z FC Tartak i skraca dystans do podium. Co jeszcze nas spotkało? Zapraszamy na podsumowanie weekendu!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 8.

 

EKSTRAKLASA

O ile dwa wcześniejsze szlagiery Ekstraklasy zawiodły, o tyle w meczu Tura Ochota z East Windem w końcu zobaczyliśmy dobre piłkarsko spotkanie. Od pierwszych minut oba zespoły ruszyły do ataku i już od samego początku byliśmy świadkami intensywnej gry obfitującej w wiele sytuacji strzeleckich. Mimo to, przed długi czas nie zobaczyliśmy żadnej bramki, a z czasem gra nieco się uspokoiła i zespoły zaczęły szanować piłkę, próbując tworzyć ataki od obrony. Na pierwszą bramkę czekaliśmy aż do 18 minuty, kiedy to wynik spotkania otworzył Michał Nowak po podaniu Damiana Patoki. To zmotywowało zespół z Ochoty i w odpowiedzi najpierw trafili w słupek, a chwilę później po dwójkowej akcji Kowalski – Baranowski ten drugi wyrównuje stan posiadania. Po pierwszej części remis 1-1, choć wydaje się, że TUR lekko przeważał. Jeszcze w pierwszej połowie kontuzji nabawił się Filip Junowicz i być może miało to wpływ na dalszy przebieg meczu. Po zmianie stron kapitalną bramką popisał się Sebastian Dąbrowski, nie dając szans bramkarzowi na skuteczną interwencję. East Wind miał jeszcze świetną sytuację na 1-3, ale jeden z graczy posłał piłkę nad bramką. To była kluczowa akcja, po której przyszło 6 minut, które wstrząsnęły zespołem gości. W ciągu tych 6 minut padło aż 5 goli dla Tura. Strzelanie rozpoczął Konrad Kowalski, który strzelił dość kuriozalnego gola, przy którym nie popisał się dobrze broniący do tej pory golkiper East Windu. Chwilę później kapitan Tura podwyższył na 3-2, następnie dwie bramki dołożył Paweł Tarnowski oraz jedną Paweł Wojtkielewicz. Był to okres dominacji drużyny z Ochoty, gdzie East Wind nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Passę Tura przerwał dopiero Damian Patoka, strzelając na 6-3. Ostatnie słowo należało jednak do gospodarzy i po bramce Maćka Baranowskiego mecz kończy się zasłużonym zwycięstwem mistrza 7-3.

W drugim spotkaniu Ekstraklasy mierzyły się Moczymordy i FC Kebavita. Liczyliśmy na zacięty pojedynek, ale pierwsza część w wykonaniu zespołu Buraka Cana zupełnie zawiodła. Goście w premierowych 25 minutach snuli się po boisku i właściwie byli tłem dla drużyny z Mokotowa. Moczymordy już w pierwszych minutach objęły prowadzenie, najpierw wynik otworzył Zbyszek Obłuski, a następnie ten zawodnik asystował przy bramce Dominika Skorży. Te dwie bramki ustawiły spotkanie, Moczymordy dalej prowadziły grę, tak naprawdę mogli i powinni wygrywać wyżej już w pierwszej części. Kebavita nie miała zupełnie pomysłu na rozmontowanie obrony rywala, piłka pomiędzy zawodnikami krążyła wolno, a gra była statyczna. Na 3-0 podwyższył Zbyszek Obłuski, który strzelił gola z rzutu wolnego. Piłka była ustawiona na linii pola karnego i mimo muru złożonego z całej drużyny Kebavity, ten zmieścił piłkę w bramce. Gdy wydawało się że do przerwy będzie 3-0, bramkę zdobył Baris Kazkondu. Po zmianie stron na początku drugiej połowy właśnie ten zawodnik został ukarany żółtą kartką. Grając w przewadze Moczymordy za sprawą Piotra Szurmińskiego podwyższają na 4-1. Następnie ponownie dał o sobie znać Zbyszek Obłuski, który wygrywając pozycję przy linii pomknął na bramkę i strzelił na 5-1. Wydawało się że jest już po meczu, lecz na boisku było coraz goręcej. Żółtymi kartkami zostali ukarani Robert Kulesza oraz Burak Can, a Kebavita ruszyła w pogoń za wynikiem. Na ok 5 minut przed końcem doprowadzili do stanu 5-3, i osiągali w meczu przewagę. W samej końcówce sędzia dyktuje rzut karny i Baris Kazkondu trafia na 5-4. Zabrakło jednak czasu i Moczymordy dowiozły zwycięstwo do końca, choć na własne życzenie grali nerwową końcówkę.

Mecz pomiędzy ekipą Tylko Zwycięstwo, a Anonymmous był niezwykle istotny dla obu drużyn. Obie ekipy potrzebowały zwycięstwa, aby przedłużyć swoje marzenia o utrzymaniu w elicie. O ile dla gospodarzy taka sytuacja była raczej do przewidzenia, mimo ambitnej walki większych szans na pozostanie ekstraklasie im nie dawaliśmy, to goście chyba nie spodziewali się że przyjdzie im grać o byt w elicie. Zawodnicy Maćka Miękiny podbudowani zdobyciem mistrzostwa Ligi Bemowskiej liczyli na zwycięstwo. Skład tym razem wydawał się niezły, czego nie mogliśmy zauważyć u gospodarzy. Brak kilku kluczowych zawodników z Andrzejem Morawskim na czele nie napawał optymizmem. Początek jednak w wykonaniu beniaminka był obiecujący i po kilku zmarnowanych szansach wreszcie Kuba Daniluk znajduje sposób na golkipera rywali. Goście jednak szybko wyrównują i mamy 1:1 do przerwy. Po zmianie stron uaktywnia się Grzegorz Dryka i to po jego akcji Anonimowi wychodzą na prowadzenie. Niestety przy stałym fragmencie gry obrońca gospodarzy gubi krycie, a tak doświadczony zawodnik takie błędy wykorzystuje. Po chwili mamy kolejne dwie szybkie bramki i na tablicy wyników już 1:4. Praktycznie pięć minut decyduje o dalszym przebiegu spotkania. Ekipa gości mając wynik gra dłużej piłką wiedząc, że to rywale muszą zaatakować. TZ nie poddaje się i stara się odrabiać straty, ale tego dnia nieźle radzi sobie bramkarz Anonymmous. W końcówce nie daje jednak rady obronić strzału Mateusza Jałkowskiego ,ale piłka tak mu perfekcyjnie zeszła z nogi, że jego zamiar podania ląduje w bramce przeciwników. Anonimowi wygrywają i jak mówił kapitan drużyny cieszył się z niego tak samo jak z mistrzostwa zdobytego w Lidze Bemowskiej. TZ wobec takich absencji zagrał nieźle i szkoda że nie miał swojego optymalnego składu, bo na pewno wynik mógłby być lepszy.

W spotkanie z Wawalions lepiej weszli zawodnicy Contry, którzy od początku oddawali strzały ostrzegawcze na bramkę Yevheniia Kosta. Jednak na pierwszą dogodną sytuację musieliśmy czekać do 13' minuty, kiedy Lwy wreszcie otrząsnęły się z marazmu. Po przechwycie w środku pola, świetną sytuację stworzył sobie Borys Ostapenko, jednak górą okazał się być bramkarz Contry, Maciej Antczak. Kolejne minuty przebiegały pod znakiem twardej walki w środku pola. Dopiero pod koniec pierwszej części spotkania obie drużyny podkręciły tempo. Najpierw Maciej Kurpias uderzył tuż nad poprzeczką bramki Wawalions, a po chwili strzałem w słupek bramki Maćka Antczaka zrewanżował się Oleksandr Bielik. Potem byliśmy świadkami pięknego, acz niecelnego uderzenia Dawida Bieli, a z ostatnim gwizdkiem sędziego Ihor Linchenko uderzył w poprzeczkę z rzutu wolnego. Po pierwszych 25 minutach na tablicy widniał bezbramkowy remis. Druga połowa zaczęła się ponownie od ataków Contry. Niestety, w 30' minucie, drużyna w złotych strojach nadziała się na kontratak. Ihor Linchenko dostał podanie od Dmytra Shuliaka i ze stoickim spokojem podciął piłkę nad interweniującym bramkarzem gości. Przy wyniku 1:0 Lwy nabrały pewności siebie, a goście musieli ruszyć do ryzykowniejszych ataków. Podkręciło to tempo widowiska, ponieważ drużyny zaczęły na zmianę konstruować kolejne sytuacje. Do najdogodniejszych należały przewrotka Aleksa Ananchenki, którą świetnie obronił Maciej Antczak oraz przepiękny strzał Dawida Bieli, który koniuszkami palców wybił na rzut rożny Yevhenii Kost. Z szaleńczego tempa spotkania obronną ręką wyszli gospodarze, gdyż w 39' minucie Ihor Linchenko podwyższył z rzutu wolnego na 2:0. Komfortowa przewaga nie trwała jednak długo, ponieważ po chwili z rzutu karnego Dawid Biela zdobył bramkę kontaktową. Brawurowe ataki Contry w ostatnich minutach spotkania wykorzystał duet Borys Ostapenko – Maksym Yanchenko, którzy w ostatnich minutach wyprowadzili dwa zabójcze kontrataki, dzięki czemu Lwy wygrały aż 4:1.

Liczyliśmy że starcie FC Wilanowa z Chemikiem Bemowo będzie niemniej emocjonujące niż hit kolejki. Niestety patrząc na rozgrzewkę przedmeczową i składy jakie zebrali kapitanowie tego dnia wiedzieliśmy, że goście będą mieli ciężką przeprawę. Już początek meczu pokazał, że drużyna Maćka Pawlickiego po nieoczekiwanym remisie z przed tygodnia będzie się chciała zrehabilitować. Dość szybko padły pierwsze bramki ,które ustawiły mecz i dały komfort gospodarzom. Chemik starał się konstruować swoje ataki, ale brakowało jakości na boisku, którą widzieliśmy w spotkaniu z Wawalions. Menedżer ekipy z Bemowa mobilizował zespół jak mógł, ale piłkarsko Wilanów był dużo lepszy czego wyrazem był wynik po 25 minutach rywalizacji. Brzmiał on 6:1, a przecież była jeszcze cała druga połowa. Gospodarze mając wynik grali spokojnie, ale nie zamierzali się zatrzymywać jeżeli chodzi o strzelanie kolejnych bramek. Tym razem między słupkami Chemika nie było dwóch bramkarzy, którzy już bronili w tym sezonie, a występujący między słupkami Kamil Skowroński nie miał swojego dnia i popełniał błędy które na poziomie ekstraklasy nie powinny mieć miejsca. Licznik zatrzymał się na 12 bramkach i ostatecznie Wilanów gromi Chemika aż 12:1. Ostatnia kolejka dla drużyny Maćka Pawlickiego będzie niezwykle istotna, bo przy wygranej z East Windem można jeszcze myśleć o medalach, bo przecież przed nami runda rewanżowa gdzie wszystko się może zdarzyć. Chemik po raz kolejny przekonał się że bez solidnego składu ciężko jest o punkty w Lidze Fanów.

LIGA 1

W pierwszym spotkaniu 1 ligi spotkały się zespoły Drunk Teamu i FC Hazard 86. Lepiej w mecz weszli zawodnicy gospodarzy i po bramce Łukasza Walo objęli prowadzenie. Drunkersi z początku mieli lekką przewagę, ale nie potrafili przekuć tego na kolejne gole. W odpowiedzi Adrian Bartkiewicz miał szansę na wyrównanie, ale trafił jedynie w słupek. Więcej sytuacji strzeleckich miała drużyna gospodarzy, jednak dobrze tego dnia dysponowany był bramkarz Hazardu, który popisywał się pewnymi interwencjami i nie pozwolił, by przewaga rywala się powiększyła. Nie grzeszyli skutecznością za to jego koledzy. Mimo że mieli kilka sytuacji, to praktycznie wszystkie strzały lądowały obok słupka. Do przerwy mieliśmy 1-0. Po zmianie stron zespół Hazardu się przebudził i na początku drugiej części to właśnie goście przejęli inicjatywę. To dość szybko przerodziło się w bramkę, bo tuż po wznowieniu trafił Adrian Bartkiewicz. Choć przeważali goście, do bramki ponownie trafili gospodarze. Łukasz Walo dostał sytuacyjną piłkę w polu karnym i po rękach bramkarza trafił do siatki. W odpowiedzi ładne trafienie zanotował Michał Maliński ponownie wyrównując. Drunk Team znów wyszedł na prowadzenie, ale do był ich ostatni pozytywny akcent w tym spotkaniu. Hazard wyrównuje za sprawą Kamila Bassy, a później ten sam zawodnik trafia na 3-4 ustalając tym samym wynik meczu i pieczętując wygraną swojej drużyny. Drunk Team może mieć żal o niewykorzystane sytuacje których miał sporo, szczególnie w pierwszej połowie.

W kolejnym spotkaniu mierzyli się Niezłomni i LTM Warsaw. Goście zaczynali spotkanie bez Kamila Kuczewskiego i Michała Dryńskiego i dało się to odczuć, bo pierwsze minuty to oblężenie bramki zespołu Irka Webera przez zespół z Ukrainy. Już na początku Niezłomni objęli prowadzenie po strzale Bogdana Horynevskiego, a tych bramek mogłoby być więcej. Gdy spóźniona dwójka z LTM-u dołączyła do zespołu, gra się już wyrównała i żadna ze stron nie mogła przejąć znaczącej inicjatywy w meczu. W końcu na 2-0 podwyższył po indywidualnej akcji Taras Kobliuk i wydawało się, że z takim wynikiem obie ekipy udadzą się na przerwę. Wtedy to goście przeprowadzili akcję po której Łukasz Szala równo z końcowym gwizdkiem wpakował piłkę do siatki. Miało się odczucie, że w pierwszej połowie Niezłomni byli lepsi, LTM nie miał zbyt wielu klarownych sytuacji, a bramkarz gospodarzy dobrze grał na przedpolu, kasując ataki rywala. Po zmianie stron byliśmy świadkami dwóch szybkich bramek Ukraińców, które właściwie już ustawiły mecz. W ciągu 10 minut strzelili 5 bramek i doprowadzili do stanu 7-1. W tamtym okresie LTM właściwie nie miał za wiele do powiedzenia. Dopiero na 7-2 bramę po rzucie wolnym strzelił Łukasza Szala. Co ciekawe musiał powtórzyć wykonanie tego stałego fragmentu, ale dwukrotnie wykonał go skutecznie. Obie ekipy strzeliły jeszcze po jednej bramce i ostatecznie mecz kończy się wynikiem 8-3. Niezłomni zasłużenie wygrali, natomiast w tym meczu LTM w ogóle nie przypominał drużyny z początku rundy i był cieniem samego siebie.

Mecz dwóch najsłabiej spisujących się w tym sezonie drużyn przez pierwsze minuty toczył się przede wszystkim w środku pola. Z czasem jednak zaczęła zarysowywać się przewaga obecnego mistrza ligi czyli Hiszpania Club de Futbol. Jednak przez długi okres czasu Tiki Taka dzielnie się broniła i na bramki musieliśmy jednak czekać aż do dwudziestej minuty, kiedy show skradł Naizan Torregrosa. Najpierw strzałem z półdystansu dał prowadzenie drużynie gości, a potem przed przerwą strzelił bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego! W ten sposób, po szybkich dwóch ciosach Tiki Taka przegrywała do przerwy z Hiszpania Club de Futbol 0:2. Od początku drugiej połowy goście kontynuowali pracę nad tym co przerwał im gwizdek kończący pierwszą odsłonę. Jednak, jak głosi stare porzekadło niewykorzystane okazje się mszczą i niespodziewanie Tiki Taka zmniejszyła straty do 1:2 w 32' minucie po zgrabnie rozegranym kontrataku. Hiszpanie jednak zachowali zimną krew i szybko podwyższyli na 1:3. Ataki Tiki Taki z czasem przybierały na sile, ale niestety były nieskuteczne. Wraz z frustracją, w poczynania gospodarzy wkradły się pojedyncze błędy, które goście bezlitośnie wykorzystali w dwóch ostatnich minutach spotkania. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 1:5 i po końcowym gwizdku Hiszpanie mogli się cieszyć z dawno oczekiwanego zwycięstwa. Na koniec rundy jesiennej, Hiszpanów czeka jeszcze ciężki mecz z wiceliderem ligi – Bulbezem Team Bemowo, natomiast Tiki Taka zawalczy o honorowe punkty z FC Niezłomni.

Wspominając mecze minionego sezonu, poprzednie spotkania Bulbezu z Mixamatorem, nie dawały zbyt dużych szans ekipie Michała Rychlika. Jednak patrząc na obecną kampanię, to ekipa z Bemowa potrafiła zagrać mecze, w których mimo że rywale przeważali, to ambicją, zaangażowaniem i solidnością odnieśli zwycięstwo nad Niezłomnymi, Górką czy LTMem. Mixamator ostatnio na fali, wygrał dwa starcia, w tym z Papadensami, którzy prezentowali się bardzo dobrze i przez długi czas byli liderem rozgrywek. Początek zawodów to mądra gra w obronie Bulbezu i czyhanie na swoje szanse w kontratakach. Z przodu tym razem ustawiony był najszybszy zawodnik Maciek Paluchowski, który po jednej z akcji nieoczekiwanie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Po stracie bramki Miksy zaczęły szturm na bramkę Marcina Osowskiego ,ale bramkarz zielonych potwierdził, że jest w formie na finiszu rundy jesiennej. Od momentu w którym objęli prowadzenie, cała ofensywna gra drużyny z Bemowa polegała na wykopie piłki w pole bramkowe przeciwnika. Po jednej z takich prób Jarek Smoderek podwyższa na 2:0. Z takim wynikiem drużyny schodzą na przerwę. Po zmianie stron trwa napór ekipy Michała Fijołka. Udaje się Miksom strzelić gola kontaktowego. Odsłonięty Mixamator nadziewa się jednak na kontry i po serii zmarnowanych okazji Maciek Paluchowski trafia na 3:1. Po chwili Miksy ponownie łapią kontakt. Błąd obrońcy Bulbezu, on sam stara się naprawić wślizgiem przy linii bocznej w polu karnym, a myśl regulaminu sędzia w takiej sytuacji dyktuje rzut karny i goście znowu po wykorzystanej jedenastce mają wynik na styku. Nerwowa końcówka i identyczna sytuacja jak przy drugim golu dla Bulbezu. Osa wykopuje piłkę a ta strącona tym razem przez obrońcę Miksów myli bramkarza i mamy 4:2. Rozbrzmiewa gwizdek i mamy wynik, który mimo wszystko jest małą niespodzianką.

W meczu na szczycie ligi 1 stanęli naprzeciwko siebie Papadensy oraz FC Górka, najlepsze jak dotychczas ekipy tej rundy. Stawka meczu była o tyle wysoka, że w czołówce robi się bardzo ciasno i aby nie wypaść ze stawki, obie drużyny nie mogły kalkulować. Od początku FC Górka zdecydowanie kontrolowała przebieg spotkania, obrona gospodarzy głęboko cofała się pod swoją bramkę, co spowodowało, że zawodnicy gości oddawali grad strzałów zza pola karnego, licząc na rykoszet lub to, że zasłonięty Dominik Podlewski będzie zmuszony do kapitulacji. Pierwsza bramka padła dopiero, kiedy goście grali w przewadze. Najpierw podanie Krzysztofa Wardzyńskiego wykorzystał Jacek Staniszewski, a później na listę strzelców wpisał się bramkarz FC Górki – Konrad Litwiniuk. Gospodarze byli zaskoczeni taktyką rywali i w pierwszej części stracili jeszcze jedną bramkę, kiedy to na listę strzelców po strzale w krótki róg zapisał się Michał Rydz. Do przerwy 0:3 i wydawało się, że w tym meczu nic już nie może się zmienić. Po przerwie gospodarze starali się zaskoczyć rywali tą samą taktyką, jednak byli w tym elemencie mniej skuteczni. Co prawda strzelili honorową bramkę, po dwójkowej sytuacji Marek Wójcik – Emil Gozdołek. Jednak to było za mało. Mnóstwo nerwów i twardych starć w tym meczu trochę popsuło widowisko, ale po ostatnim gwizdku obie drużyny jak przystoi na sportowców podziękowali sobie za wymagający mecz. Trzeba odnotować, że z bardzo dobrej strony pokazał się Kuby Wardzyński. Co prawda nie zapisał się w statystykach, ale bardzo dużo pracował w defensywie, a w ataku rozszerzał grę, sprawiając rywalom niemało kłopotów.

LIGA 2A

W pojedynku drużyn ze środka tabeli pomiędzy Saską Kępą a FC Melange nie potrafiliśmy w zapowiedziach wskazać murowanego faworyta z uwagi na wagę tej rywalizacji. Gospodarze mieli przed spotkaniem trudne zadanie, ponieważ wiedzieli, że ten mecz może zadecydować o ich losie w tym sezonie. Początek był znakomity dla ekipy Korneliusza Troszczyńskiego, po dwójkowej akcji bramkę na 1:0 zdobył Łukasz Kryczka. Chwilę później, w dość kuriozalnej sytuacji, po strzale Łukasza Słowika piłka wtoczyła się między nogami bramkarza i było już 1:1. Gospodarze wykazywali się większą inicjatywą, jednak nie potrafili tego w pełni wykorzystać. Warto tutaj wyróżnić Kamila Sadowskiego, który wyróżniał się w obronie gości. Mimo przewagi Saskiej to zawodnicy FC Melange wyszli na prowadzenia 1:2 po ładnej akcji w stylu „podaj-wbiegnij" w wykonaniu Arka Zegara oraz egzekutora, Kamila Marciniaka. Gospodarze potrafili odpowiedzieć precyzyjnym strzałem w wykonaniu Karola Mroczkowskiego. Od stanu 2:2 gracze FC Melange wzięli sprawy w swoje ręce i do końca pierwszej połowy pokonali jeszcze trzykrotnie bramkarza rywali. Głównym autorem takiego rozwoju sytuacji była znakomita dyspozycja Łukasza Słowika, strzelca trzech bramek. Na przerwę schodziliśmy z wynikiem 2:5. W drugiej połowie FC Melange przyjęło taktykę gry z kontrataku, jednak nie do końca to przyniosło spodziewany efekt, ponieważ Saska Kępa zaczęła odrabiać straty, szybko strzelając bramkę na 3:5. Jednak od tej pory na wyższy bieg ponownie wrócili goście, którzy ostatecznie wygrali spotkanie 4:7. Na pochwałę zasługuje postawa Bartosza Jakubiela, który był mocnym punktem zespołu, był skuteczny w pojedynkach sam na sam, a nawet w końcówce obronił karnego.

Dla Joga Bonito i Junaka bezpośrednie starcie było idealną okazją, by podreperować punktowy dorobek. Do tego momentu jedni i drudzy mieli na swoim koncie zaledwie dwa „oczka", co powodowało, iż wspólnie zamykały ligową stawkę. Dlatego spodziewaliśmy się tutaj walki o każdą piłkę, ale to po stronie Junaka widzieliśmy większą determinację. Co prawda wynik z jego perspektywy źle się rozpoczął, ale potem Krzysiek Krzewiński i spółka zdobyli trzy gole pod rząd i to w krótkim odstępie czasu, co pozwoliło im objąć bezpieczne prowadzenie. Warto dodać, że autorem trzeciego gola dla ekipy z Targówka był bramkarz Andrzej Groszkowski, który popisał się efektownym strzałem z dystansu. Joga Bonito musiała więc szybko rozpocząć gonitwę i gdy na początku drugiej połowy skróciła dystans do jednej bramki, wydawało się, że wszystko jest w jej rękach. Nic z tego. Temu zespołowi nie sposób odmówić umiejętności, ale w niedzielę ich poczynaniami rządził chaos. Brakowało też skuteczności, z kolei Junak w tym aspekcie wyglądał akurat bardzo dobrze i to on rozstrzygnął mecz na swoją korzyść. W naszej ocenie może i Joga ma większe możliwości indywidualne niż Junak, ale to rywale byli tego dnia lepiej zorganizowani i grali bardziej zespołowo. I dzięki temu to oni wreszcie odbili się od ligowego dna. Junak pokonuje Jogę aż 2:6 i nieznacznie poprawia swoją sytuację przed rewanżami.

W arcyciekawym spotkaniu Warszawska Ferajna rywalizowała z FC Karmelicką. Oba zespoły należą do czołówki ligi 2A, a jednoznaczne wskazanie faworyta tego meczu było trudnym zadaniem. Stawka meczu była wysoka, ponieważ każdy zdobyty punkt w tym sezonie może zaważyć o awansie, a stracony przesądzić że drużyna znajdzie się poza podium. To co mogło rzucić się w oczy już od pierwszych minut było to, z jak wysoką koncentracją do tego spotkania przystąpiła bardziej doświadczona ekipa – FC Karmelickiej. Mimo wysokiej intensywności w tym meczu, potrafiła maksymalnie wykorzystać potencjał drużyny. To przerodziło się w skuteczne finalizowanie akcji, każdy zawodnik który pojawiał się na boisku, potrafił dodać coś ekstra do gry zespołu. W pierwszej części u gości najważniejszy był zespół, nie pojedynczy zawodnicy. Warszawska Ferajna mimo starań nie potrafiła znaleźć recepty na poczynania rozpędzonych rywali i przegrała premierowe 25 minut aż 1:6. Po zmianie stron gospodarze zaatakowali wyżej i rzeczywiście, to doprowadziło do pokonania Mateusza Godlewskiego, ale FC Karmelicka była tego dnia nie do zatrzymania. Mimo dobrej dyspozycji Bartosza Wojciechowskiego w bramce Ferajny, musiał co chwila kapitulować i wyciągać piłkę z siatki. FC Karmelicka finalnie wygrała 4:12, a bardzo dobre zawody rozegrali Bartek Chyliński, Karol Trzciński czy Witek Jasiński, którzy zrobili na boisku sporą różnicę podczas tej rywalizacji.

W kolejnym meczu lider tabeli Chłopcy z Bródna, który nie przegrał jeszcze meczu, podejmował zespół Wiernego Służewiec. Goście nie byli raczej upatrywani w roli faworyta, ale patrząc na składy obu drużyn tuż przed pierwszym gwizdkiem, ich akcje znacznie poszły do góry. Gospodarze bez kilku ważnych zawodników musieli rozegrać cały mecz bez zmian, natomiast Wierny wystawił tego dnia prawie najlepszy skład jakim dysponuje. I to właśnie zespół ze Służewca lepiej wszedł w to spotkanie i dość szybko objął prowadzenie za sprawą Piotra Gratkowskiego. Następnie zawodnicy tej ekipy jeszcze dwukrotnie trafiali do siatki i Wierny wygrywał już 0-3. Taki wynik był w pełni zasłużony, bo zespół Michała Odowskiego prezentował się tego dnia wybornie. Jeszcze w pierwszej części Chłopcy z Bródna zmniejszyli straty po wykorzystaniu rzutu karnego. Po 25 minutach mamy zatem wynik 1-3. Po zmianie stron obudzili się gospodarze i dość szybko, za sprawą bramek Jakuba Dalby doprowadzili do remisu. Gdy wydawało się że zespół z Bródna wraca na właściwe tory, ten sam zawodnik otrzymał żółtą kartkę i przez 3 minuty jego zespół grał w osłabieniu. Wierny tymczasem powinien napisać poradnik: „Jak skutecznie wykorzystać grę w przewadze". Najpierw na 3-4 strzelił Piotr Gratkowski, a następnie ,na chwilę przed końcem kary, wynik podwyższa Adam Żychliński. 3 minuty osłabienia rywala wykorzystane w pełni. Wiery do końca meczu nie oddał prowadzenia, kontrolował przebieg spotkania i zasłużenie wygrał 4-7. Goście zagrali chyba najlepszy mecz w rundzie i gdyby przychodzili w takim składzie tydzień w tydzień, mogliby zawalczyć o coś więcej. Chłopcy z Bródna przegrywają pierwszy mecz, w którym rywal w pełni wykorzystał ich osłabienie.

Porażkę lidera chcieli wykorzystać zawodnicy Mocnego Melodramatu, w końcu nadarzyła się świetna okazja, by nieco odrobić straty do rywala. Ich przeciwnikiem był zespół Virtualnego Ń, który z kolei musiał wygrać to spotkanie, by wydostać się ze strefy spadkowej. Mocny Melodramat objął dość szybko prowadzenie 0-1, ale gospodarze nie byli dłużni i po bramce Michała Płotnickiego z rzutu wolnego doprowadzili do wyrównania Pierwsza część należała jednak do zespołu Piotra Parola podczas której zawodnicy w niebieskich strojach trafili jeszcze trzy razy. W pierwszych 25 minutach głównym rozgrywającym w zespole z Woli był Michał Kielak, który wcielił się w rolę asystenta przy bramkach kolegów. Ten sam zawodnik został ukarany na początku spotkania żółtą kartką, ale Virtualni nie potrafili wykorzystać okresu gry w przewadze. Do przerwy 1-4 dla Melodramatu. W drugiej części goście nieco się rozprężyli i zostali za to ukarani, bowiem po bramkach Szymona Kolasy i Michała Płotnickiego Virtualni doprowadzili do remisu 4-4! W odpowiedzi rywal trafił na 4-5, ale gospodarze nie odpuszczali i ponownie wyrównali stan posiadania. To wprowadziło trochę niepokoju w drużynie Mocnego, ale wzięli się w garść i strzelając parę bramek udało im się odzyskać kontrolę nad meczem. Ostatecznie rywalizacja zakończyła się wynikiem 6-9, gospodarze mieli okres gry, szczególnie w drugiej części, kiedy mogli myśleć o korzystnym wyniku, ale Melodramat ma w swoich szeregach takie indywidualności, które zapewniły mu korzystny wynik w tej potyczce.

LIGA 2B

Rywalizacja pomiędzy Deportivo la Chickeno a Diabła Trzeci Róg było to jedno z najbardziej emocjonujących spotkań ósmej kolejki Ligi Fanów! Obie drużyny atakowały już od pierwszych chwil od rozpoczęcia meczu. W 2' minucie Michał Trzciński zdobył bramkę otwierającą spotkanie, jednak po kilku minutach wyrównał Maks Grabowicz. Po chwili Maks popisał się niebanalnymi umiejętnościami technicznymi i przyjmując piłkę przerzucił ją sobie nad obrońcami i uderzył z woleja, dzięki czemu Deportivo wyszło na prowadzenie 2:1. Przed końcem pierwszej połowy bohater poprzedniego spotkania DRT, Mateusz Pawlik przypomniał o swojej obecności, zdobywając bramkę na 2:2. Pierwsze 25 minut spotkania było dopiero przystawką, przed głównym daniem, które zaserwowali nam gracze w drugiej połowie. Obie drużyny były niezwykle skuteczne w ataku, więc bramki sypały się jedna za drugą. Przy wyniku 3:3 piąty bieg włączyli zawodnicy Diabła Trzeci Róg. Najpierw bramkę zdobył Michał Trzciński po rajdzie przez ponad pół boiska, a po chwili na listę strzelców dwukrotnie wpisał się Mateusz Pawlik – najpierw wyłuskał piłkę od ostatniego obrońcy, a później wykorzystał krótko rozegrany rzut rożny. Kiedy w 41' minucie na tablicy widniał wynik 3:6 byliśmy przekonani, że rezultat meczu jest przesądzony. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a w niedzielę różnicę na boisku zrobił Ernest Woźniak, który w 5 minut zdobył hattricka! Wydawało się, że obie drużyny już wystrzelały się ze wszystkiego, ale w 48' minucie Mateusz Pawlik ponownie pokonał bramkarza gospodarzy. Koncentracja zawiodła jednak gości, którzy w ostatniej akcji meczu skapitulowali po raz kolejny, po strzale Maksa Grabowicza. Mecz zakończył się remisem 7:7 i goście musieli obejść się smakiem – nie wygrali czwarty raz z rzędu. O przełamanie złej passy zawalczą z Aleją Seksu i Biznesu, więc bardzo możliwe, że rundę jesienną zakończą ponad strefą spadkową. Deportivo La Chickeno zmierzy się z niepokonaną dotychczas Truskawką na Torcie.

Young Guns, aby zachować szanse w grze o utrzymanie, musieli maksymalnie zmobilizować swoje szyki na mecz z wiceliderem – Złączonymi. Tak się nie stało, kolejny raz gospodarze nie zebrali pełnego składu, ale mimo to w pierwszej połowie potrafili przeciwstawić się rywalom z czuba tabeli. Złączeni od pierwszego gwizdka sędziego rzucili się na rywali, wykazywali większą inicjatywę podczas zawodów, po przechwyconej piłce atakowali całym zespołem. Warto także docenić wymienność pozycji wśród zawodników gości. Na duże słowa uznania zasługuje Adrian Kłoskowski, który często stawał na wysokości zadania i dzielnie bronił strzały rywali. Wynik spotkania w końcu otworzył Jakub Zimka, strzelając na 0:1, jednak przed końcem pierwszej połowy wyrównaną bramkę w zamieszaniu zdobył Jakub Wagner. Mimo przewagi gości do przerwy mieliśmy remis 1:1. Po zmianie stron Złączonych nadal charakteryzowała większa kultura gry, co przekładało się na tworzenie groźniejszych sytuacji. Młode Strzelby grały nieco bez pomysłu, za to goście zaczęli skuteczniej egzekwować wypracowywane okazje. Szczególną dominację wykazywał na boisku Jakub Zimka, który co i rusz bombardował bramkę rywali. W tercecie z Kubą Marchwińskim oraz Adrian Golańskim, przechylili szalę zwycięstwa na korzyść zespołu z Grodziska. Ostatecznie Złączeni wygrali 1:6 i zapewne przezimują na podium. Young Guns muszą w rudzie rewanżowej znacznie lepiej się prezentować inaczej spadek szybko stanie się faktem.

Mecz FC Rivers z Aleją Seksu i Biznesu rozpoczął się szczęśliwie dla gospodarzy, ponieważ już w drugiej minucie Leszek Parzniewski zdobył bramkę po kiksie bramkarza gości. Po szybko zdobytej bramce, gospodarze rozbili obóz pod polem karnym Alei jednak Hubert Węgielski z nawiązką spłacał swój błąd i nie pozwalał Riversom na zwiększenie przewagi. Pierwszy niebezpieczny strzał gości padł dopiero po kilkunastu minutach, jednak nie zaskoczył on Krzysztofa Raciborskiego. Natomiast ataki gospodarzy wreszcie przełamały obronę gości. Dwie bramki Mikołaja Pekowskiego oraz trafienie Doriana Kwiecińskiego sprawiły, że wynik po pierwszej połowie wynosił 4:0. Druga odsłona spotkania była zbliżona do pierwszej, chociaż należy odnotować, że gracze Alei Seksu i Biznesu rozgrywali lepsze zawody. Grę ofensywną gości kreowali przede wszystkim bracia Kamil i Marcin Przychodni. Wielokrotnie próbowali pokonać bramkarza FC Rivers, z czego najbliżej trafienia był Kamil, który atomowym uderzeniem sprzed pola karnego trafił w poprzeczkę. Ostatecznie bramkarz gospodarzy kapitulował dopiero w 43' minucie, kiedy to Marcin Przychodni wykorzystał podanie od swojego brata i zdobył honorowe trafienie dla Alei Seksu i Biznesu. Mecz zakończył się wynikiem 8:1, który ustanowił w 49' minucie Leszek Parzniewski. Zawodnikiem meczu okazał się być Mikołaj Pekowski, który zakończył mecz z pokerowym fullem – dwiema bramkami i trzema asystami. O ile los Alei po rundzie jesiennej jest raczej przesądzony i nie wydostanie się z ostatniego miejsca, a tyle Riversi po ostatniej kolejce równie dobrze mogą wskoczyć na podium, co wylądować w strefie spadkowej

Spotkanie Lujwaffe Tarchomin z Alpanem było niezwykle istotne dla obu ekip, które w ostatnim czasie prezentowały się coraz lepiej. Ekipa z Tarchomina miała praktycznie swój optymalny skład, czego na pewno nie można powiedzieć o drużynie gości. Dysponowali zaledwie jedną zmianą, a po dosłownie pięciu minutach grali już bez zmian. Kontuzji nabawił się Krzysiek Gołos i nie wróżyło to niczego dobrego dla gości. Po kilku minutach mieliśmy już wynik 4:0, jakże „niebezpieczny" dla gospodarzy. Alpan był totalnie rozbity, wobec agresywnej i szybkiej gry Lujwaffe gracze Rafała Dębskiego nie potrafili wyprowadzić piłki z własnej połowy, nie mówiąc już o kreowaniu jakichkolwiek akcji ofensywnych. Do przerwy mamy wynik 6:0. Po zmianie stron widzieliśmy już bardziej wyrównane spotkanie gdzie, wreszcie udało się Alpanowi strzelić bramki. Strata z pierwszej połowy była jednak za duża, aby myśleć o dogonieniu Lujów.Ci odpowiadali kolejnymi trafieniami korzystając z tego, że goście postawili wszystko na jedną kartę i często nie wracali do obrony. Ostatecznie wynik 11:4 oddaje dobrze przewagę jaką mieli w tym spotkaniu gospodarze. Na pewno do poprawy jest skuteczność, bo gdyby gracze z Tarchomina wykorzystali wszystkie swoje okazje, to wynik mógłby być dwa razy wyższy. Alpan niestety w zimie czeka przebudowa, bo kadra wydaje się bardzo mocna, ale frekwencja na meczach jest mizerna i jeśli ta drużyna myśli o walce o podium, to musi przychodzić na mecze w szerszym składzie. Luje po słabym początku teraz są na fali i jeśli wygrają w ostatniej kolejce to dadzą jasny sygnał rywalom, że w tym sezonie jeszcze powalczą o medale.

W meczu na szczycie ligi 2B spotkały się niepokonana dotychczas Truskawka na Torcie z Walking Dead. Początek spotkania nie wskazywał na to, że mecz rozstrzygnie się już w pierwszej połowie, a to dlatego, że ekipa Trupów skutecznie odpierała ataki gości. Obrona dwukrotnie ratowała Adriana Dworakowskiego przed utratą bramki, jednak niemoc Truskawki na Torcie w końcu musiała się skończyć. Wynik spotkania otworzył Karol Gorczyca, który przewidział podanie w szeregach rywali i po przechwycie umieścił piłkę w bramce. To otworzyło spotkanie i po chwili gospodarze prowadzili już 3:0. Zespół Irka Webera liczył na odblokowanie się z silnym przeciwnikiem Krzysztofa Kulibskiego, jednak ten był podczas tego spotkania nadzwyczaj nieskuteczny, ponieważ dochodził do groźnych sytuacji, ale brakowało wykończenia. Trupy próbowały przebić się przez najlepszą defensywę w lidze, ale bez powodzenia, a kontry gospodarzy były zabójcze. Do przerwy mieliśmy pewne prowadzenie Truskawki na Torcie 4:1. Po zmianie stron goście starali się przełamać swoją niemoc, jednak wynik po przerwie otworzył po akcji duet Dariusz Piwowarski – Cezary Stępniak. Gospodarze mając korzystny wynik obniżyli loty, kolejne dwie bramki Walking Dead dodały meczowi emocji, jednak zabrakło czasu na odrobienie wszystkich strat. Zwycięstwem 7:3 Truskawka na Torcie umacnia się na pozycji lidera i zdobywa mistrzostwo jesieni.

LIGA 3A

Walka o miano „rycerzy jesieni" w lidze 3A trwa. Kolejny krok w tym kierunku chciała zrobić ekipa Green Lantern, choć zawodnicy tej drużyny na pewno zdawali sobie sprawę, że przeciwko Iglicy Warszawa łatwo nie będzie. I długo nie było – dopiero żółta kartka dla Daniela Szmańdy spowodowała, że na boisku było więcej miejsca, co wykorzystali zawodnicy Green Lantern. Trzeba im zresztą przyznać, że od tego momentu przejęli inicjatywę, natomiast po drugiej stronie boiska widzieliśmy coraz więcej nerwowości. I to zaczynało mieć ogromny wpływ na wynik. Prowadzący czuli się z każdą minutą lepsi i regularnie punktowali swoich konkurentów. Fantastyczne zawody rozgrywał Adrian Rzepecki, gdy tylko miał piłkę przy nodze, to od razu robiło się groźnie. Z kolei w obronie brylował Tomasz Ciurzyński – nie tylko świetnie odczytywał zamiary przeciwników, ale równie dobrze wyprowadzał piłkę z własnej strefy i stemplował niemal każdą akcję swojego zespołu. Dzięki temu przewaga Green Lantern rosła. W pewnym momencie prowadzili już 5:0 i chociaż końcówka odbyła się na zasadzie gol za gol, to nie przeszkodziło to liderom ligi 3A by wygrać w stosunku 8:2. Trzeba przyznać, że ta ekipa ma naprawdę duży potencjał, zwłaszcza jeśli dysponuje wyjściowym garniturem. Iglica boleśnie się o tym przekonała, ale wydaje nam się, że w takiej formie, każda inna ekipa z tej ligi, skończyłaby przeciwko Green Lantern bardzo podobnie. Nie ma się więc co przejmować, tylko trzeba iść dalej.

Niezwykle istotne dla układu tabeli było starcie Elitarnych Gocław z Old Eagles Koło. Gospodarze w tym sezonie doznali tylko jednej wysokiej porażki z Iglicą, a w pozostałych meczach brakowało im szczęścia i przegrane były minimalne. W odwróceniu tej tendencji miał pomóc bramkarz Michał Karaszewski, który po rocznej przerwie powrócił na Grenady by wspomóc kolegów. Orzełki wiedząc jak ważne jest to spotkanie i że zwycięstwo może im dać minimalną stratę do podium, zebrali chyba najlepszy skład w tym sezonie. Od początku było widać u nich agresję w grze i chęć jak najszybszego strzelenia bramki. W ofensywie tym razem nietypowo zobaczyliśmy Piotra Parola, który zazwyczaj gra w obronie, ale ten ruch, jak się później okazało, był strzałem w dziesiątkę. Razem z Pawłem Lewandowskim stworzyli zabójczy duet, któremu wszystko wychodziło tego dnia. Gospodarze starali się nawiązać walkę jak tylko mogli i do przerwy nie wyglądało to źle. 1:2 po 25 minutach i wciąż żyły nadzieje na odrobienie strat w drugiej odsłonie. Niestety po zmianie stron z każdą upływającą minutą Orzełki coraz mocniej napierały i wspomniany duet tak się rozkręcił, że co chwilę golkiper gospodarzy musiał wyjmować piłkę z siatki. 0:7, takim wynikiem zakończyła się druga połowa. Nie wiemy dokładnie co się stało z ekipą gospodarzy i chyba sami Elitarni nie są w stanie wytłumaczyć zaistniałej sytuacji. Ostatecznie mecz kończy się wynikiem 1:9 na korzyść drużyny Janka Drabika i jeżeli Koło wygra w ostatniej kolejce, to będzie miało szanse na zbliżenie się do podium. Elitarni muszą szukać punktów w ostatnim meczu, bo jeżeli przegrają, to mogą mieć już sporą stratę do bezpiecznego miejsca w tabeli.

Przed spotkaniem ADP Wolskiej Ferajny z Bękartami Warszawy, presja ciążąca na gospodarzach była ogromna – 4 punkty po 7 kolejkach z pewnością nie były tym, czego oczekiwali gracze Kamila Jagiełło po dwóch miesiącach zmagań. Spotkanie od początku toczyło się pod dyktando gości, którzy za nic sobie mieli starania graczy w zielonych strojach. W 11' minucie Mateusz Budzich wykorzystał dalekie zagranie z piątki Michała Staniszewskiego i pokonał po raz pierwszy bramkarza ADP. W 14' minucie było już 0:2, gdy Bękarty Warszawy rozegrały kolejny stały fragment gry – tym razem rzut z autu. Po wrzutce Maksyma Frantisova piłkę w siatce gospodarzy umieścił Marcin Górkiewicz. Wynik na 0:3 tuż przed przerwą podwyższył natomiast Michał Bugajski. Druga połowa niestety nie przyniosła zmian w przebiegu spotkania. Gospodarze byli waleczni, ale nie zmieniało to przebiegu meczu. Narastała w nich za to frustracja, która jeszcze bardziej utrudniała im gonienie wyniku. Goście grali za to ze stoickim spokojem i wykorzystywali kolejne okazje. W drugiej połowie wyróżniał się Kirill Tsvirko, który co chwilę stwarzał zagrożenie pod bramką gospodarzy, co zaowocowało dubletem utalentowanego pomocnika. Kropkę nad i w 42' minucie postawił Aleksander Bendkowski, który ustanowił wynik spotkania na 0:6. W ostatniej kolejce Bękarty Warszawy spotkają się z wiceliderem - Orzełami Stolicy w absolutnym hicie kolejki tego poziomu rozgrywkowego. Mecz ten zadecyduje o układzie miejsc na podium po rundzie jesiennej ligi 3A.

Zarówno dla Mikstury jak i Gangu z Kabat bezpośrednia rywalizacja była bardzo istotna, ponieważ obu drużynom punkty są niezbędne do tego, by móc, przynajmniej na razie, skutecznie walczyć o utrzymanie. W tej potyczce znacznie lepiej wypadła Mikstura, która zaczęła mecz z dużym impetem. Już w pierwszej akcji mocno uderzył Damian Patoka, ale było to dopiero ostrzeżenie dla rywala. Wynik natomiast otworzył chwilę później Patryk Zych. Mikstura sunęła z kolejnymi atakami, ale brakowało skuteczności przy wykończeniu akcji. Gospodarze wciąż przeważali w pierwszej części, Gang z kolei próbował nielicznych akcji, ale nie za często angażował Cezarego Kubalskiego. W zespole Mikstury w końcu wstrzelił się Damian Patoka i po fatalnym błędzie obrony podwyższa na 2-0. Na 3-0 strzela Patryk Zych i gdy wydawało się, że przy takim wyniku obie drużyny udadzą się na przerwę, tuż przed końcowym gwizdkiem Oskar Popławski strzela na 3-1. Po zmianie stron wciąż przeważała Mikstura, ale czasem zawodnicy po prostu za długo rozgrywali piłkę, gdy powinni szybciej kończyć akcje strzałem. Po okresie impasu strzeleckiego trafia ponownie Damian Patoka, później przebitkę wygrywa Rafał Molski i podwyższa na 5-1. Kolejną bramkę dołożył Patryk Zych, a zespół z Kabat stać było jedynie na odpowiedź Dmitro Yatsenki. Mecz kończy się wynikiem 6-2 i zasłużoną wygraną Mikstury, która w pełni kontrolowała przebieg spotkania. Gang pomimo ambitnej postawy, był tego dnia zespołem słabszym.

Na bardzo ciekawe widowisko liczyliśmy, z perspektywy układu w tabeli, przy starciu Orzełów Stolicy z Zakonem Bonifratrów. Obie drużyny od początku sezonu biją się o czołowe miejsca w lidze 3A, i ten mecz mógł odpowiedzieć na pytanie, która z ekip lepiej wytrzyma trudy rundy. Zakon Bonifratrów od pierwszych minut grał niezwykle czujnie w defensywie i wykazywał się dobrym przesuwaniem linii obrony, co niwelowało poczynania Orzełów w ataku. Gospodarze jednak wciąż starali się przełamać przez defensywę rywali i w końcu ta sztuka im się udała. Dwukrotnie na listę strzelców zapisał się Arkadiusz Ciołek, który mocno pracował pod bramką rywali. Zakon nie pozostawał dłużny i również przeprowadzał ataki na bramkę Orzełów jednak na przeszkodzie stawał golkiper oponenta. Jeszcze w pierwszej połowie dwukrotnie świetnie interweniował Damian Długosz, a w dodatku gospodarze mieli nieco szczęścia, ponieważ w jednej sytuacji piłka zatrzymała się na poprzeczce. Do przerwy utrzymał się wynik 2:0, ale mecz wciąż pozostawał otwarty. Po zmianie stron Zakon nadal ambitnie starał się o bramkę kontaktową, jednak tego dnia nie potrafili znaleźć sposobu na obronę przeciwnika. Wspomniany wcześniej Damian Długosz zaliczył bardzo udane zawody, a warto dodać, że pozycja bramkarza nie jest jego nominalną. Przez pewien czas mieliśmy dość chaotyczną część spotkania, po której w końcu padły kolejne bramki. Podobnie jak w pierwszej połowie na listę strzelców wpisał się kat Adama Kolanowskiego – Arkadiusz Ciołek. Tym samym Orzeły wracają z tarczą wygrywając 4:0 z Zakonem.

LIGA 3B

W meczu otwierającym zmagania na Arenie Grenady spotkały się zespoły FC Albatros i FC Jordanek. Obie ekipy jak do tej pory zebrały tylko po 3 punkty, więc było to dla tych zespołów bardzo ważne spotkanie. Z początku przewagę miały Albatrosy, ale Jordanek skutecznie rozbijał ataki przeciwnika. W końcu nadeszło jednak przełamanie gospodarzy i wynik otworzył Adrian Dziliński. Na 2-0 podwyższył Kamil Gwara, który na raty pokonał bramkarza rywala. Na 3-0 strzelił Piotrek Korpak i Jordanek stanął przed ekstremalnie ciężkim zadaniem. Co prawda Albatrosy zaliczyły kilka strat w rozegraniu i goście wychodzili z kontrami, ale były one źle przeprowadzone i kasowane przez obronę gospodarzy. Wynik na 4-0 do przerwy ustalił Adrian Dziliński, po świetnym strzale z rzutu wolnego. Po zmianie stron do siatki w końcu trafili zawodnicy Jordanka, a konkretnie Michał Branowski który pewnie wykorzystał rzut karny. Ta bramka nie zmieniła jednak obrazu gry, gdyż wciąż przewagę posiadały Albatrosy i to oni byli autorami kolejnych trafień. Najpierw strzelił Karol Koziorowski, który właściwie sam przeszedł całe boisko, potem Daniel Witkowski wraz z Bartkiem Kapsą rozklepali obronę rywala, a następnie hat-tricka skompletował Adrian Dziliński. Straty na 7-2 zmniejszył Kuba Kuranowski, ale był to już ostatni pozytywny akcent Jordanka w tym spotkaniu. Końcowe słowa należały do Albatrosów i najpierw świetną interwencją popisał się bramkarz, a następnie gospodarze dwukrotnie trafili do siatki rywala i ustalili wynik spotkania na 9-2. Abatrosy na koniec sezonu złapały świetną formę i aż szkoda, że stało się to tak późno.

FC Nova Group zapewniła sobie miejsce wicelidera po rundzie jesiennej, pewnie wygrywając z NieDzielnymi aż 9:0. Gospodarze od pierwszych minut atakowali bramkę Marcina Aksamitowskiego i już w trzeciej minucie Daniel Makus pokonał go uderzeniem z rzutu wolnego. Mecz nie układał się po myśli zawodników gości – kiedy przy stanie 2:0 wreszcie zaczęli stwarzać zagrożenie pod bramką przeciwnika to urazu mięśnia nabawił się skuteczny w tym sezonie Łukasz Ostrowski. Po bramce na 3:0 autorstwa Andrzeja Miłońskiego gra wyraźnie zwolniła i po 13' minucie nie ujrzeliśmy więcej trafień przed końcem pierwszej połowy. Niestety, druga odsłona nie przyniosła zmian. Zawodnicy gospodarzy dalej atakowali, a krótka ławka NieDzielnych nie ułatwiała pościgu. Zmęczenie gości szczególnie było zauważalne od 35. minuty, kiedy to gospodarze zaaplikowali im aż 4 bramki w 4 minuty. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 9:0, po czterech trafieniach Daniela Makusa i pokerowej karecie asyst Łukasza Tarasiuka. Od początku ekipa Novych była uznawana za faworyta, ale liczyliśmy na nieco większy opór ze strony Niedzielnych. W ostatniej kolejce Nova Group zmierzy się w ważnym z perspektywy rundy wiosennej spotkaniu z liderem – Narodowym Śródmieściem, którego wysłannicy bacznie obserwowali poczynania najbliższego rywala. NieDzielni natomiast spróbują przełamać swoją passę porażek w meczu z FC Jordanek.

FC Cuba Libre i NAF Genduś to zespoły środka tabeli ligi 3A i teoretycznie wielkiego meczu w ich wykonaniu spodziewać się nie mogliśmy. A jednak taki zobaczyliśmy. Co prawda wiele bramek tutaj nie padło, ale to nie znaczy, że było nudno – wręcz przeciwnie. W pierwszej połowie drużyny ścigały się, kto zmarnuje lepszą sytuację i ostatecznie wyszło na remis, bo premierowe 25 minut skończyło się wynikiem 0:0. Druga połowa rozpoczyna się również mocnym akcentem – najpierw Cuba Libre obija poprzeczkę, a potem akcję bramkową ma zawodnik Gendusia – Krzysztof Żórawiński, ale nie wykorzystuje sytuacji sam na sam. Trochę to wyglądało tak, jakby jedni i drudzy „bali się" objąć prowadzenie. Ostatecznie to „Kubańczycy" przełamują impas i strzelają bramkę. Genduś ma okazję, by szybko ją odrobić, ale nie wykorzystuje gry w przewadze, a gdy potem sam traci zawodnika, to nie potrafi obronić się przed stratą kolejnego gola. Robi się więc 2:0 i przy takiej skuteczności odrobienie strat mogło okazać się niewykonalne. Ostatecznie kończy się wyniku 3:0 dla FC Cuba Libre. Na to honorowe trafienie NAF jak najbardziej zasłużył, no ale w końcu liczy się to co w sieci. Brawa natomiast należą się dla triumfatorów, którzy w naszym odczuciu byli ciut lepsi, a przede wszystkim popełnili mniej błędów własnych. I to zaprocentowało. Ta wygrana pozwoliła opuścić gospodarzom strefę spadkową.

W kolejnym meczu na arenie Picassa Sparta podejmowała Awanturę Warszawa. W przypadku zwycięstwa Sparty, goście musieliby oddać im trzecią lokatę w lidze, więc zapowiadało nam się ciekawe, zacięte spotkanie. Ten mecz przed pierwszym gwizdkiem nie miał jednoznacznego faworyta, ale jak się okazało, gospodarze zaprezentowali się znacznie lepiej. Jako pierwsi na prowadzenie wyszła drużyna Awantury. Autorem premierowego trafienia był Patryk Szulak, któremu dogrywał Sebastian Dominiak. Jednak goście nie cieszyli się zbyt długo z prowadzenia, bowiem szybko do wyrównania doprowadził Artur Markiewicz po podaniu od Piotra Kowalczyka. Kolejne minuty budowały przewagę Sparty. Przy remisie 1:1 został podyktowany dla gospodarzy rzut karny. Do piłki podszedł Krystian Szularz który pewnie zamienił „jedenastkę" na bramkę. Kilka minut później Sparta wyprowadziła kolejne dwa celne ciosy dzięki czemu wyszła na prowadzenie 4:1. Po błędzie w obronie gospodarzy okazję na zmniejszenie straty wykorzystał Ashraf Abubaker. Przed końcem pierwszej części spotkania kolejne dwa trafienia zanotował Krystian Szularz i Sparta schodziła na przerwę z wynikiem 6:2. Po wznowieniu gry gracze w zielonych strojach nie zwalniali tempa i po zagraniu Krzysztofa Kowalskiego, Krystian Szularz mógł cieszyć się z piątej bramki w tym meczu. Chwilę nieuwagi w defensywnie rywala ponownie wykorzystała Awantura i Ashraf Abubaker wpakował piłkę do bramki. Ostatnie minuty meczu były pokazem kunsztu Artura Markiewicza który zanotował kolejne trafienia, a strzelając na 10:3 po podaniu Bartosza Chatysa ustalił wynik meczu.

W ostatnim meczu zdecydowanym faworytem była ekipa Narodowego Śródmieścia, która po 7 kolejkach miała komplet punktów i podejmowała drużynę FC Po Nalewce. Od mocnego akcentu zaczęli gospodarze, którzy od razu pokazali, że interesuje ich tylko pewna wygrana. Pierwsza bramka padła jeszcze przed upływem minuty od rozpoczęcia spotkania. Jej autorem był Damian Talarek, który minął bramkarza i oddał strzał z ostrego kąta. W przeciągu 2 kolejnych minut ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców. Zawodnicy FC Po Nalewce musieli być w lekkim szoku po takim początku, ale po podaniu Sławomira Ogorzelskiego do Marcina Króla udało się zdobyć bramkę kontaktową. Niestety dla gości, gracze Narodowego przerastali ich w szybkości wymiany podań i pewności na boisku. Bramkarz Nalewki Damian Muniak dwoił się i troił, ale nie wytrzymał aż tak skondensowanego ataku. Swoje show kontynuował za to Damian Talarek i kolejne trzy trafienia należały do tego, rozgrywającego niesamowite zawody, zawodnika któremu dwukrotnie asystował Kamil Skwierczyński i raz Damian Brzeziński. Przy stanie 6:1, tuż przed przerwą, piłkę do siatki po podaniu od Darka Czopka skierował ponownie Marcin Król zmniejszając tym samym przewagę. W drugiej połowie Narodowe Śródmieście całkowicie zdominowało przeciwnika. Zawodnikom Marka Szklennika nie robiło różnicy w jaki sposób pokonają bramkarza rywali. Były bramki po stałych fragmentach, akcji ze skrzydła, strzałach z dystansu, dobicie do pustej bramki. Śródmieście jest w gazie i to było widać w tym spotkaniu. Wynik końcowy 13-3 nie pozostawia złudzeń kto bije się o mistrzostwo, a kto obecnie walczy o utrzymanie.

LIGA 4A

Starcie sąsiadów ze strefy spadkowej to świetna okazja dla drużyn, by odzyskać zagubioną pewność siebie i odnaleźć właściwy rytm gry. Taką rywalizacją było spotkanie Munji i ADP Wolskiej Ferajny II. W mecz lepiej weszli zawodnicy gospodarzy, którzy szybko wyszli na prowadzenie po trafieniu Roberta Rzący. W dalszych minutach Munja powiększała swoją przewagę. Michał Konopka podwyższył prowadzenie na 2:0, natomiast ozdobą spotkania była piękna bramka Piotra Skwarczyńskiego, który uderzeniem z połowy boiska pokonał bramkarza gości. Warto odnotować, że przy obu trafieniach asystował Krystian Smokowski, który również twardo pracował w obronie. Tuż przed przerwą bramkę na 3:1 zdobył Paweł Roguski, dając nadzieję Ferajnie na lepszą drugą połowę. Po gwizdku rozpoczynającym nowe 25 minut spotkania ponownie dał o sobie znać Piotr Skwarczyński, który zdobył gola na 4:1. Trafienie te podrażniło zawodników gości, którzy ruszyli do zmasowanych ataków. Pozwoliły one na zmniejszenie strat do jednej bramki, jednak wynik 4:3 okazał się być najbliższym, na jaki było stać zawodników Wolskiej Ferajny II. Munja przetrwała zawieruchę, która trwała pod jej bramką aż do 40' minuty i przeszła do kontrofensywy. W końcowych minutach duet Piotr Skwarczyński/Krystian Smokowski zdobył łącznie jeszcze 3 bramki, dzięki czemu Munja zasłużenie wygrała 7:3. Gospodarze mogą żałować, że runda już się kończy, bo dopiero teraz udaje im się punktować i widać że forma idzie w górę. Przy pomyślnych wynikach w ostatniej kolejce może im się nawet udać opuścić strefę spadkową.

W meczu na szczycie LTM II podejmował Graczy Gorszego Sortu. Lepiej zaczęli gospodarze, nawet strzelili jako pierwsi bramkę, ale ta nie została uznana. Prawidłowo wynik otworzył za to Łukasz Kulesza, ale GGS niedługo cieszył się z prowadzenia, bo szybko odpowiedział Krzysiek Kulibski po indywidualnej akcji. Z kolei to również spotkało się z ripostą i Mateusz Manowski mierzonym, niezbyt silnym strzałem pokonał bramkarza, a piłka, zanim wpadła do siatki, odbiła się jeszcze od słupka. Na 1-3 podwyższył Grzegorz Wąś po fatalnym błędzie bramkarza, któremu odebrał futbolówkę. Wynik do przerwy na 1-4 ustala Igor Matusiak po indywidualnej akcji. W drugiej części lepiej radził sobie LTM, miał więcej akcji, dłużej utrzymywał się przy piłce, momentami nawet zepchnął GGS do defensywy. Goście natomiast raczej nastawili się na próby kontrataku. Sygnał odrabiania strat w drugiej części dał LTM-owi Bartosz Nowodworski strzelając na 2-4. Następnie obie ekipy zadały sobie po jednym ciosie i mieliśmy wynik 3-5. Długo taki stan rzeczy się utrzymywał, choć wydaje się, że gospodarze mieli w tym okresie lekką przewagę. W końcu impas strzelecki przełamał Łukasz Kulesza kompletując hat-tricka i strzelając na 3-6. Kiedy sądziliśmy, że wynik jest już ustalony i nic wielkiego się nie wydarzy, wtedy to pada kuriozalny gol dla LTM-u. Bramkarz wybijając piątkę nastrzeliwuje blokującego rywala i piłka wtacza się do bramki. Chwilę później Krzysiek Kulibski trafia po raz kolejny i mamy już tylko 5-6. GGS ma jednak w swoich szeregach niezawodnego Łukasza Kuleszę, który odbiera nadzieję LTM-owi na choćby punkt, ze spokojem strzela na 5-7. Takim wynikiem kończy się to spotkanie i zespół Adriana Kanigowskiego wciąż liczy się w walce o mistrza jesieni.

Przenosząc się już na Arenę Picassa, w kolejnym pojedynku ligi 4A mierzyli się tam Przypadkowe Grajki z Furduncio Brasil F.C. Goście za wszelką cenę chcieli się podnieść po ostatnich porażkach, bo w przypadku kolejnej przegranej czołówka ligi za bardzo by odskoczyła. Nie dziwi więc, że od początku spotkania przewaga Brazylijczyków była zdecydowana, jednak to nie przełożyło się na festiwal bramek jak by się początkowo wydawało. Pierwsza połowa była bardzo trudna, rwane akcje, wiele niecelnych strzałów, liczba niedokładnych podań z obu stron była zatrważająca. Na osłodę mogliśmy podziwiać techniczne sztuczki Luciano Sant'any, który w pierwszej połowie zdobył dwie bramki. Natomiast u gospodarzy moglibyśmy wyróżnić po raz kolejny Mateusza Tuzina. Potrafił on kilka razy uratować swój zespół przed stratą bramki i jako jedyny w tej części pokazał się z pozytywnej strony, mimo utraty goli. Przypadkowe Grajki w pierwszej części nie stworzyły sobie żadnej klarownej sytuacji z gry. Do przerwy mieliśmy wynik 0:2. Po zmianie stron sytuacja boiskowa powtórzyła się, Brazylijczycy dalej konsekwentnie kontrolowali przebieg spotkania. Dobrą dyspozycją w drugiej części spotkania wykazywał się Vincenty Docent, który jest najlepszym strzelcem zespołu w tym sezonie. Brazylijczycy dołożyli kolejne trzy bramki i przy prowadzeniu 0:5 trochę spadł im poziom koncentracji, co skutecznie wykorzystali najpierw Czarek Klimkowski, posyłając futbolówkę pomiędzy nogami Adama Czerwińskiego, a następnie Patryk Pawłowski który ustanowił wynik spotkania na 2:5.

Awantura Warszawa II w meczu BRD Young Warriors liczyła, że ich zła passa wreszcie się skończy. Natomiast goście utrzymujący się stabilnie w środku tabel ligi 4A nie mogli sobie pozwolić na stratę punktów z outsiderem, bowiem znacznie pokrzyżowałoby im to plan walki o podium.Pierwsza połowa pisząc łagodnie nas nie porwała, dużo było niecelnych zagrań, mnóstwo pojedynków bark w bark, oglądaliśmy książkowy mecz „walki". Wynik spotkania otworzył Mateusz Rozkres potężnym strzałem, przy którym bramkarz był bez szans. W odpowiedzi bramkę na 1:1 zdobył Rafał Kęsik, wykorzystując podanie Adriana Kloskowskiego. Jeszcze przed przerwą Maciej Zarod wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie 2:1. Po 25 minutach Awantura II była na prowadzeniu, a to nie zdarzało się zbyt często w tym sezonie. Po zmianie stron nadal utrzymywała się bardzo wyrównana gra na boisku, do ostatniej chwili nie było można jednoznacznie wskazać kto strzeli decydującą bramkę. Awantura Warszawa II mogła liczyć na swojego najlepszego strzelca Macieja Zaroda który zaliczył w tym spotkaniu hat-tricka. Niestety dla gospodarzy, mecz wygrali zawodnicy BRD Young Warriors. Bramkę na wagę trzech punktów z rzutu karnego strzelił kapitan Młodych Wojowników Adrian Kloskowski. Wynik końcowy 4:5

W ostatnim spotkaniu ligi 4A w ramach 8 kolejki OKS Nowy Raków podejmował Landtech F.C. W roli faworyta tego spotkania można było stawiać drużynę Cezarego Dudka, ale ekipa Techów nie była nigdy dla niej wygodnym przeciwnikiem. Tak było i tym razem. Pomimo lepszego wejścia w mecz piłkarze OKS-u nie mogli pokonać bramkarza rywali, a gdy już wypracowali sobie dogodną okazję, to posyłali piłkę nad bramką. Wraz z upływającymi minutami spotkanie stawało się coraz bardziej wyrównane, ale obu drużynom brakowało ostatniego podania. To był główny mankament w tym spotkaniu, bowiem obie ekipy utrzymywały bardzo wysokie tempo oraz intensywność gry. W pierwszych 25 minutach nie zobaczyliśmy ani jednej bramki i zawodnicy schodzili na przerwę przy wyniku 0-0, który na szóstkach widywany jest niezwykle rzadko. Gole padły w drugiej części, choć też nie było ich zbyt wiele. Wynik otworzyły „Techy" kiedy to Ferenc Markolt wypatrzył Dawida Mally'ego, który skierował piłkę do siatki dając tym samym upragnione prowadzenie gościom. OKS Nowy Raków zaczął coraz mocniej nacierać, ale wciąż brakowało im wykończenia. Ich starania jednak nie poszły na marne. Trzy minuty przed końcem spotkania Artur Macek podał do Michała Dudzińskiego, który oddał fenomenalny strzał w okolicach połowy boiska, przy linii bocznej, prosto w okienko, nie dając żadnych szans Michałowi Kalinowskiemu. OKS był o krok od przerwania swojej passy, ale wywalczył bardzo cenny punkt i za tydzień zagra o mistrzostwo jesieni z Graczami Gorszego Sortu.

LIGA 4B

Spotkanie Warsaw Raccoons z Phoenix Warsaw rozpoczęło się od wyrównanej walki w środku pola. Trwała ona ponad 10 minut, jednak zmiany przyniosła niepozorna akcja Marcina Krupy, który postanowił zaskoczyć bramkarza gospodarzy. Lekkie uderzenie zaskoczyło Łukasza Rzeszotarskiego i piłka prześlizgnęła do bramki Szopów. Pechowa interwencja źle wpłynęła na koncentrację zespołu, w wyniku czego Feniksy szybko odjechały z wynikiem. Pierwsza połowa skończyła się wynikiem aż 0:6, a dwie bramki dla gości padły w ostatnich sekundach tej odsłony. Pomimo niekorzystnego wyniku Szopom nie można było odmówić cech charakterystycznych dla tego gatunku – waleczności i odwagi do kąsania bardziej doświadczonego przeciwnika kiedy tylko się da. Gospodarze w pierwszych minutach drugiej połowy były stroną dominującą. Potwierdziły to bramki Moeza Debbabiego oraz Hichama Marsha i przy wyniku 2:6 w 32' minucie można było się zastanawiać, czy nie będziemy światkami pięknego comebacku. W kolejnych minutach jednak instynkt Tomasza Klimczaka i świetne parady Kamila Borkowskiego ostatecznie złamały gospodarzy. W ciągu ostatnich piętnastu minut Feniksy wypunktowały Raccoons i mecz zakończył się wynikiem 3:10. Szopy po raz kolejny nie mogły przebić się przez barierę trzech zdobytych bramek. Sami zawodnicy nie tracą jednak dobrego humoru i liczą, że runda wiosenna będzie stanowiła dla nich przełamanie.

W czołówce ligi 4B jest taki ścisk, że liczy się każdy punkt. Dlatego też CompatibL i Green Team marzyły, by po niedzielnej konfrontacji dopisać do swojego konta całą pulę. Szanse były równe, wskazywała na to chociażby tabela, ale wiadomo. że na boisku wszystko może się zdarzyć. Tutaj początek należał do „Zielonych" - zmarnowali oni kilka dogodnych okazji i zamiast objąć prowadzenie, to sami musieli gonić wynik. W czasie premierowych 25 minut, mimo że padła w nich tylko jedna bramka, to stworzonymi sytuacjami można by obdzielić kilka spotkań. Byliśmy więc pewni, że w drugiej połowie będzie podobne i nie zawiedliśmy się. Kompatybilni co prawda w 28 minucie nie wykorzystali karnego (świetna obrona Radka Martyniuka), ale za chwilę i tak prowadzili już 2:0. Nie był to zresztą jedyny moment tego meczu, gdzie dysponowali zapasem dwóch goli, bo wynik na ich korzyść brzmiał również 3:1. Przy takim stanie przypomniał o sobie Daniel Kurowski, który dzięki dubletowi, doprowadził do remisu. To jedno „oczko" nikogo nie satysfakcjonowało i w końcówce walka szła o pełen triumf. Finałowe minuty była szalone – najpierw Andrij Hrynda i spółka zdobywają bramkę na 4:3 i gdy wydaje się, że nic złego im nie grozi, tracą gola praktycznie w kilka sekund po wznowieniu gry od środka! Sędzia od razu po tym kończy mecz i wynik 4:4 pozostaje wiążącym. Dla „Zielonych" był to chyba „zwycięski remis", bo ciągle musieli gonić. Nie jest to łatwa sytuacja, a jednak potrafili sobie poradzić z tym poradzić. Z kolei CompatibL może mówić o stracie dwóch punktów, bo mieli już trzy punkty w garści, a dali je sobie sprzątnąć sprzed nosa.

W arcyciekawym meczu w ramach 8. Kolejki ligi 4B spotkały się drużyny FC Alfa i Mikrostrzelby. Gospodarze dość niespodziewanie mogą się jeszcze liczyć w walce o podium, pomimo spadku Mikrostrzelb z pozycji wicelidera ich szanse są równie wysokie. Trzeba było jednak postawić pytanie, czy goście potrafią się podnieść po pierwszej porażce w sezonie, i to nie z nie byle kim, a z FC Tartak. W pierwszej połowie obie drużyny stwarzały sobie sytuacje, jednak nieznaczną przewagę mieli gospodarze. Pomagała również dyspozycja Adama Tomaszewskiego, który obronił dwa trudne strzały. Wynik spotkania otworzył na 1:0 Adam Dawidowicz, który doskonałym strzałem z rzutu wolnego pokonał Marka Sarnowskiego, a sam strzelec nie mógł uwierzyć, że udał mi się taki okazały strzał. Przed przerwą Mikrostrzelby doprowadziły do wyrównania, po akcji dwójkowej Jakuba Janczyka z Patrykiem Gutenplan. Po pierwszej połowie mieliśmy remis 1:1. Po zmianie stron drużyna gości skapitulowała i oddała pole rywalowi. Pewnie nie pomagał również fakt braku kilku zawodników w zespole Mikrostrzelb, ale to żadne wytłumaczenie, bowiem Alfa również stawiła się w mocno okrojonym składzie. Kolejne tracone przez gości bramki podcięły im skrzydła i nie potrafili już się podnieść. Natomiast FC Alfa konsekwentnie budowała swoją przewagę. Ostatecznie gospodarze zwyciężyli 5:2, więc czeka nas szalenie ciekawa ostatnia, dziewiąta kolejka ligi 4B.

Jak zawsze wielu fanów przybyło na Grenady oglądać spotkanie Jastrzębi z Oldboys Derby. Gospodarze do tego spotkania przystępowali z dość krótką ławką rezerwowych, co spowodowane jest plagą kontuzji jakie nawiedziły tę drużynę. U gości jak zwykle sporo zawodników na zmianę i rzesza kibiców dopingujących drużynę przez całe spotkanie. Zaznaczyć trzeba, że na płocie pojawił się wielki baner z hasłem „Siła i Ogień" oraz kilka flag, które cały mecz były widoczne w sektorze kibiców z Zielonej Białołęki. Mecz jednak nie rozpoczął się dobrze dla gości. Po rzucie wolnym Adam Kruszeński skierował piłkę w samo okienko i mamy 1:0. W ekipie Oldboys chwilowa konsternacja, ale i wiara że szybko uda się wyrównać. W takich przypadkach najczęściej daje o sobie znać Valentyn Boiko i to on wyrównuje. Dosłownie chwilę później sprytna wcinka nad bramkarzem daje już wynik 1:2. Okres przewagi gości nie przynosi jednak kolejnych bramek. Jastrzębie mają swoją sytuację, ale piłka trafia w słupek i do przerwy wynik już się nie zmienia. Po przerwie od mocnego akcentu zaczynają goście. Już w 26 minucie mamy gola dla Oldboysów i widać coraz większą dominację tej drużyny na boisku. Szczególnie aktywny jest Karol Daniel ,który obdarzony jest piekielnie mocnym strzałem, o czym przekonał się golkiper gospodarzy. W tym fragmencie meczu aż trzy razy pokonał bramkarza rywali. Jastrzębie w drugiej połowie praktycznie nie istnieli na boisku i widać było, że sporo sił kosztowała ich walka w pierwszej połowie. Ostatecznie wynik spotkania po 50 minutach to 1:6. Warto wspomnieć że ostatnia bramka dla ekipy gości autorstwa Jarosława Wołoszyna była niesamowitej urody.

Dużo emocji, także tych negatywnych było w starciu Tartaka z Mobilisem. Już na początku meczu sędzia musiał utemperować zawodnika gości, który łagodnie mówiąc, chciał mu zabrać pracę i emocjonalnie komentował wszystkie decyzje. Przejdźmy jednak do samego spotkania. Wynik otworzył z rzutu wolnego Mariusz Dziedzic. Po chwili Tartak wyrównuje, jednak widać, że to nie będzie spacerek dla drużyny Lucu Kończala. Uaktywnia się Mariusz Dziedzic który świetnie odnajduje się w sytuacjach bramkowych pod bramką Macieja Nuszkiewicza. Na boisku trwała ciągła walka, w konsekwencji czego mamy żółte kartki za faule w korzystnych sytuacjach. Drużyny miały problem z oceną interpretacji przewinień i starały się wywierać presję na arbitrze. Ten jednak, mając staż sędziowski większy niż liczba lat niektórych na boisku, zachował spokój i nie wdawał się w zbędne dyskusje z zawodnikami. Do przerwy mamy niespodziewanie wynik 2:4. Po przerwie trwał napór Tartaku i pogoń za wynikiem. Mobilis, mimo że szybko roztrwonił przewagę sprzed przerwy, to nie zrażał się i grał swoje. W końcówce znowu mamy pretensje do sędziego ze strony Tartaku, ale mówiąc szczerze to gospodarze mają szczęście, że sędzia nie słyszał tego, co wygadywał Aleksander Peszko, bo skończyłoby to się czerwoną kartką. Ostatecznie Drwale minimalnie przegrywają i muszą w ostatniej kolejce wygrać, by nie stracić fotelu lidera. Czekamy czy Mobilis potwierdzi formę z końcówki sezonu, bo widać że jest potencjał w tej ekipie

LIGA 5A

Borowiki, aby przynajmniej matematycznie liczyć się w walce o 3. miejsce w lidze 5A, musieli pokonać ekipę Szukamy Sponsora i liczyć na ich poważne potknięcie w drugim meczu, który mieli rozgrywać parę godzin później. Wydaje się, że goście odrobili lekcję z poprzedniej kolejki i zajęli się grą w piłkę czyli tym, na czym nam wszystkim zależy. Od pierwszych minut narzucili swój styl gry, dominowali niemal w każdym aspekcie, co przełożyło się na szybko strzelone bramki i kontrolę w spotkaniu. Duży wpływ na taki obraz meczu miała postawa Krzysztofa Westenholza, który miał udział we wszystkich czterech bramkach, jakie zdobyła jego drużyna w pierwszej połowie. Gospodarze nie potrafili znaleźć jakiekolwiek recepty na przeciwników. Być może to, że ledwo zdążyli na mecz sprawiło, że na początku nie weszli dobrze w spotkanie, co zostało w pełni wykorzystane przez oponentów. Borowiki nie miały też szczęścia podczas tej rywalizacji, ponieważ dwukrotnie trafili w słupek bramki chronionej przez Patryka Kowalczyka. Przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę zdołali wreszcie zdobyć gola, po błędzie bramkarza. Do przerwy było 1:4. Po zmianie stron goście tylko podkręcali tempo, a każde kolejne, udane zagranie powodowało, że jeszcze chętniej atakowali bramkę rywali. Widać wyraźnie, że kiedy „Poszukiwacze" skupiają się na jak najlepszym przeprowadzeniu akcji, to niemal w każdej z nich są w stanie stworzyć realne zagrożenie. Ekipa Szukamy Sponsora wygrywa pewnie i zasłużenie 1:10, i nadal mają matematyczne szanse na lidera w lidze 5A. Borowiki zakończą rundę w środku stawki, ale i tak trzeba szukać punktów w ostatniej kolejce, by pozostać w górnej połowie tabeli.

Nie widzieliśmy innej opcji, niż żeby w meczu FC Vietnam United z FC Albatros, zwycięzcami nie byli ci drudzy. Wystarczyła chłodna kalkulacja, ocena możliwości i widok w tabeli. Poza tym cały czas musimy pamiętać, że Vietnam United to zespół na dorobku, który tworzą zawodnicy bardzo młodzi i chociaż bardzo ambitni, to jeszcze wiele im brakuje choćby w kwestii fizyki. No i to było aż nad to widać w niedzielę. Co prawda początek jeszcze katastrofy nie zwiastował, ale im dłużej ten mecz trwał, tym przewaga faworytów robiła się coraz większa. Tak naprawdę, już do przerwy wiedzieliśmy, jak to się wszystko skończy, bo Albatros prowadził 5:0 i miał przekonanie, iż nic złego nie może mu się tutaj stać. Tym bardziej, że obrona rywali grała słabo – nie umiała się ustawić choćby przy stałych fragmentach gry, co powodowało łatwe gole dla vice-liderów rozgrywek. Jedyne na co było stać outsiderów, to honorowe trafienie Rafała Podemniaka. Ten gol był zresztą małą ością w gardle dla Albatrosa, któremu zależało na tym, by zakończyć mecz z czystym kontem, ale ta misja się nie powiodła. Poza tym najważniejsze i tak są punkty oraz fakt, że obeszło się bez kontuzji. Bo chyba ten zespół ma i miał świadomość, że to spotkanie trzeba było wygrać i szybko o nim zapomnieć. Prawdziwe wyzwania dopiero bowiem przed nimi.

Ciężko natomiast było wskazać faworyta w rywalizacji ADS Scorpion's z Orłami Zabraniecka. Te ekipy krążą w dolnej połowie tabeli ligi 5A, co na pewno nie zaspokaja ich ambicji. No ale żeby poprawić swoje notowania, trzeba wygrywać i pewnie obydwie drużyny spekulowały, że jeśli mają do swojego dorobku dołożyć zwycięstwo, to niedziela 17 listopada jest na to odpowiednim momentem. Ogólnie był to mecz bardzo żywy, gdzie co prawda zdarzało się zawodnikom sporo pomyłek czy niedokładności, ale na pewno nie zaangażowania. I gdybyśmy tak z perspektywy czasu mieli wskazać, co zadecydowało o późniejszym sukcesie Skorpionów, to były to umiejętności indywidualne. W obronie wszystko „czyścił" Paweł Poniatowski, którzy przy okazji umiał się podłączyć do akcji ofensywnej, z kolei przodu bardzo fajnie prezentował się Jakub Kałuski. Natomiast po stronie Orłów wyróżnić można chyba tylko Davida Swanwicka. Postawa tego gracza była zresztą symboliczna dla gry całej drużyny z Zabranieckiej – ten zawodnik zdobył bowiem trzy gole, był najskuteczniejszym zawodnikiem swojej ekipy, a przecież zaczynał mecz jako ostatni obrońca. Ale jak poszedł „wyżej", to stwarzał więcej zagrożenia niż nominalni napastnicy czy pomocnicy. Był zresztą taki moment, gdzie Skorpiony prowadziły 4:2, ale dwa gole właśnie tego gracza doprowadziły do remisu. Niestety – co udało się odrobić w ataku, za chwilę szybko było gubione w obronie. Sama końcówka spotkania była jednak bardzo emocjonująca, bo granica między remisem a zwycięstwem była niezwykle cienka, lecz finalnie to ADS Scorpions zachowali więcej zimnej krwi i wygrali 7:5. Ich drugi triumf w sezonie stał się więc faktem.

W kolejnej rywalizacji Szukamy Sponsora podejmowali outsidera, ekipę FC Vietnam United. Gospodarze w przedmeczowych rozmowach podkreślali, że nie mogą z góry dodać sobie trzech punktów do ligowej układanki. Istotnym czynnikiem w tym spotkaniu było to, w jaki sposób drużyny poradzą sobie ze zmęczeniem, ponieważ dla obu z nich było to drugie spotkanie tego dnia. Od pierwszych minut widać było, że gospodarze są zmobilizowani i chcieli jak najszybciej ustawić sobie mecz. Dużym atutem w tej części gry było to, że Szukamy Sponsora byli monolitem. Popisy indywidualne były przeważane dużą ilością podań, wymianą pozycji oraz kreowaniu sytuacji kolegom z drużyny. Goście mimo zmęczenia starali się na miarę swoich możliwości ograniczać ataki rywali oraz, kiedy już przejęli piłkę, starali się budować akcje kombinacyjne. Jednak szybko były one neutralizowane przez obronę gospodarzy. Szukamy Sponsora pewnie zwyciężyli pierwszą połowę 6:0. Na wyróżnienie w tej części gry należy się Łukaszowi Figurze oraz Piotrowi Maciukowi. Po zmianie stron dominacja gospodarzy się utrzymywała, mimo pressingu rywali potrafili wyjść z groźnymi atakami. FC Vietnam United również potrafił zagrozić bramce Patryka Kowalczyka, który raz skapitulował. Nie miał on jednak zbyt dużo pracy, dwukrotnie uchronił swój zespół przed stratą gola, a raz uratował go słupek. Ostatecznie drużyna Krzysztofa Westenholza zwyciężyła 10:1 i realnie może powalczyć o lidera w ostatniej kolejce.

Następny mecz na Arenie Picassa to rywalizacja, w której Pogromcy Poprzeczek podejmowali obecnego lidera Ekipę Remontową. Zdecydowanym faworytem tego spotkania była drużyna Ekipy, która w lidze 5A nie ma sobie równych. Od samego początku od zawodników gości emanowała pewność siebie, natomiast gospodarze grali bardzo asekuracyjnie. Najlepiej spośród wszystkich zawodników w mecz wszedł Tomasz Aleksiejuk, który otworzył wynik spotkania po strzale podcinką. Ekipa nacierała, co przekładało się na kolejne sytuacje strzeleckie. Bliski podwyższenia prowadzenia był Norbert Bilski, ale tylko obił słupek rywali. Następnie akcją indywidualną popisał się Tomasz Aleksiejuk, który z lekkim szczęściem zabawił się z obrońcami Pogromców i skierował piłkę do siatki. Na 0:3 z kolei strzelił Zbigniew Brzeziński, któremu dogrywał Norbert Bilski. Łatwe i przyjemne trafienia nieco rozluźniły zawodników gości. Spowodowało to utratę bramki, której autorem był Mateusz Niewiadomy, który dobił swój strzał. W kolejnych minutach goście wrócili to początkowej gry. Przyniosło im to dwa kolejne gole jeszcze w pierwszej części i do przerwy mamy wynik 1:5. Na drugą połowie Ekipa Remontowa mentalnie nie wyszła, a Pogromcy pomimo niekorzystnego rezultatu nie poddawali się w walce o lepszy wynik. I tak po błędzie bramkarza stratę na 2:5 zmniejszył Mateusz Niewiadomy. W odpowiedzi bramkę strzelił Norbert Bilski, ale Pogromcy wyprowadzili jeszcze jeden celny cios. Od stanu 3:6 aż trzykrotnie trafiali goście, wychodząc tym samym na komfortowe prowadzenie. O dziwo gospodarze odpowiedzieli tym samym. Ostatnią bramkę zdobyła Ekipa ustalając wynik spotkania na 6:10, choć Pogromcy mieli jeszcze szansę na bramkę, ale nie wykorzystali rzutu karnego w ostatniej minucie meczu.

W ostatnim spotkaniu naprzeciw siebie stanęły, sąsiadujące ze sobą w tabeli, drużyny Polskiego Drewna i Internationalu FC. Pomimo braku nominalnego bramkarza, to drużyna gości lepiej weszła w spotkanie. Kreowanie kolejnych okazji przyniosło im w końcu wyjście prowadzenie. Autorem premierowej bramki był Shady Ragab po podaniu od Aleksandra Tołpy. W kolejnych minutach spotkania gościom udało się powiększyć przewagę. Tym razem w roli podającego znalazł się Lukasz Mikula, a strzelającego Stanley Kenny. Na 3:0 po składnej akcji piłkę do siatki skierował Andre Oliviera, który co ciekawe wcześniej pełnił rolę bramkarza. Przed końcem pierwszej połowy pierwsze w tym meczu trafienie dla Polskiego Drewna zaliczył Krzysiek Gajos. Po pierwszych 25 minutach mieliśmy wynik 1:3Po przerwie International FC zmniejszył intensywność gry, co w konsewkencji przełożyło się na stratę bramki. Trafienie kontaktowe należało do Michała Kiljana, któremu dogrywał Piotr Iwański. Poziom spotkania wyrównał się, a obie drużyny chętnie oddawały strzały sprawdzając bramkarza rywali. Ci jednak całkiem nieźle radzili sobie między słupkami. W kolejnych minutach Lukasz Mikula wypatrzył Stanley'a Kenny'ego, który zamienił podanie na bramkę dając drużynie oddech. Pięć minut przed końcowym gwizdkiem Karol Urbańczyk dograł do Piotra Iwańskiego, który ponownie doprowadził do złapania kontaktu z przeciwnikiem. Wynik na styku spowodował, że do ostatniej minuty meczu obie drużyny nie zamierzały odpuszczać ani na chwilę. Więcej goli jednak nie zobaczyliśmy i International zdobywa cenne 3 punkty.

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
4 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
5 0

LIGA 1

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
0 0

LIGA 2A

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
3 0

LIGA 2B

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
5 0

LIGA 3A

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 3B

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
3 1

LIGA 4A

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
1 0

LIGA 4B

Kolejka 9
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 5A

Kolejka 9

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi