Wczytuję...

NOCNA LIGA HALOWA

Kończy się runda, więc już niedługo staniecie przed bardzo poważnym dylematem - gdzie zagrać podczas zimy? Mamy dla Was coś idealnego!

ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE

Nie masz zespołu? Chciałbyś zagrać w Lidze Fanów? Uwielbiasz piłkę nożną? Wychodzimy naprzeciw waszym oczekiwaniom i proponujemy komfortowe rozwiązanie!

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

ZMIANY NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

NOCNA LIGA HALOWA
ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE
ZMIANY NA FACEBOOKU!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 6.

31
Paź

Za nami już ponad połowa spotkań w ramach rundy jesiennej. Po 6 kolejkach Ligi Fanów możemy już częściowo przewidywać, o co będą grały poszczególne zespoły w obecnych rozgrywkach. Trzeba jednak pamiętać, że sezon jest długi i faworyci jeszcze nie raz zgubią punkty, a outsiderzy pokonają wyżej notowanego rywala. Dla wielu była to kolejka przełomowa: pierwszy punkt zdobył Junak, premierowe zwycięstwa zaliczyli między innymi Chemik, Lujwaffe, ADP II czy International FC. Być może będzie to dla nich początek marszu w górę tabeli. Co się działo na Arenie Grenady i Arenie Picassa w minioną niedzielę? Zapraszamy do lektury naszego raportu z boisk!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 6.

 

EKSTRAKLASA

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy, które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

LIGA 1

Bez kilku podstawowych graczy przystępowali do kolejnej rywalizacji zawodnicy Hiszpania Club de Futbol. Patrząc na skład jaki na ten dzień zebrał LTM Warsaw wydawało się, że to właśnie goście będą faworytem tego spotkania. Jeszcze w pierwszej połowie Hiszpanie prowadzili równorzędny pojedynek, mieli kilka sytuacji, lecz tylko dwie zostały w pełni wykorzystane. Pozostałe zostały zneutralizowane przez defensywę gości. Co ważniejsze LTM zagrał lepiej w ofensywie, gdzie królował dobrze znany duet Kuczewski – Dryński. Pierwszy z zawodników świetnie rozprowadzał piłkę w pierwszej części, natomiast drugi wcielił się w rolę egzekutora i głównie dzięki nim mieliśmy do przerwy wynik 2-4. Po zmianie stron LTM osiągał coraz większą przewagę, która sukcesywnie była zamieniana na zdobycz bramkową. Dopiero przy stanie 2-7 gola w drugiej części zdobyli Hiszpanie. Na około 8 minut przed końcem spotkania, przy wyniku 3-8, został faulowany jeden z Hiszpanów. To właśnie wtedy „pokazał się" Paweł Okrasa który zwyzywał i opluł leżącego rywala, o czym pisaliśmy już szerzej w „Plusach i Minusach". LTM musiał grać do końca spotkania w osłabieniu, ale dzięki wysokiemu prowadzeniu nie robiło to na nich większego wrażenia. Hiszpanie ruszyli do ataku, zdobyli bramkę na 4-8, ale LTM grający o jednego mniej odpowiedział tym samym. Dodatkowo żółtą kartką został ukarany bramkarz Hiszpanów i obie ekipy kończyły w niekompletnych składach. Nikt już nie zdobył bramki i mecz, po którym pozostał spory niesmak, zakończył się wynikiem 4-9.

Mecz Bulbezu Bemowo z Papadensami mógłby być zwiastunem wieczornego meczu Legia – Wisła. Dokładnie tyle samo ekipa Michała Rychlika miała do powiedzenia w meczu z Papadensami co Wisła Kraków w starciu z Legią. Już w pierwszej minucie meczu bramkarz gospodarzy wyciągał piłkę z siatki co nie zwiastowało niczego dobrego dla ekipy z Bemowa. Dominacja drużyny Dominika Podlewskiego nie podlegała dyskusji. Niestety Bulbez przespał pierwszą połowę, przydarzały się proste błędy w obronie, co rywal w pełni wykorzystywał i na przerwę schodził z zaliczką aż pięciu bramek. W drugiej połowie mamy przebudzenie i trochę lepszą grę zawodników w zielonych strojach czego efektemn były dwie bramki Rafała Duka. Po chwilowym zastoju goście ponownie wzięli się do roboty i szybko wybili przeciwnikom z głowy myśl, że może w tym meczu da się jeszcze coś ugrać. W drugiej połowie świetne zawody zagrał Marek Wójcik, a zwieńczeniem jego gry była kapitalna bramka w ostatnich sekundach meczu. Papadensy z kompletem punktów prowadzą w tabeli i patrząc na ich grę, to wyrasta nam główny faworyt do mistrzostwa tego poziomu. Bulbez zagrał chyba najgorszy mecz i rotacja w składzie jak widać nie za bardzo służy tej drużynie, szczególnie w starciach z mocnymi rywalami.

Dobrze było zobaczyć kapitana Tiki Taki Radka Małeckiego ponownie na boisku, bo wiemy, że ostatnio ze zdrowiem nie było u niego najlepiej. Radek robi wszystko, by nie oddawać walkowerów i jakoś dograć tę rundę. Same wyniki pozostawiają wiele do życzenia, ale sytuacja jest jaka jest. FC Górka przystępowała do tego meczu w roli faworyta i spełniała nasze oczekiwania. Już do przerwy pewnie prowadziła 0-3. Tiki Taka miała okres swojej przewagi, ale pomimo kilku sytuacji i kilku strzałów nie potrafiła znaleźć drogi do siatki rywala. Górka była bardziej skuteczna i kreatywna. Na 0-4 strzeliła po dłuższej akcji, podczas której podawali sobie piłkę w obrębie pola karnego gospodarzy. Piąta bramka to dołożenie nogi przez Marcina Godlewskiego po podaniu ze skrzydła. Na 0-6 trafił ładnym strzałem zewnętrzną częścią stopy, po długim rogu, Michał Kwiatkowski. Wynik pewnie byłby znacznie wyższy, ale parę skutecznych interwencji zaliczył Radek Małecki. Widać było, że zawodnicy Tiki Taki nie byli ze sobą zgrani, brakowało płynności w grze, mechanizmów, zrozumienia na boisku. Mimo to Górka chyba odpuściła nieco końcówkę, bowiem w ostatnich minutach Tiki Tace udało się zdobyć dwie bramki. Przy obydwu zamieszany był Oskar Górecki, raz podawał, a raz sam wpisał się na listę strzelców. Z kolei Górka trafiła jeszcze jeden raz i mecz kończy się zasłużonym zwycięstwem gości aż 2-7.

W kolejnym meczu druga drużyna ligi czyli FC Hazard 86 podejmowała Mixamatora na Arenie Picassa. Na papierze to drużyna gospodarzy była faworytem jednak już przed meczem zaczęły się problemy Hazardu. Na meczu nie zjawił się ich podstawowy bramkarz, a zamiast niego między słupkami stanął Michał Maliński, biorąc na siebie sporą odpowiedzialność. Pierwszą okazję w meczu miała ekipa Mixamatora. Niekryty zawodnik gości, który dostał miękkie dośrodkowanie od kolegi z drużyny z prawego skrzydła, przestrzelił piłkę nad bramką po uderzeniu głową. Po raz pierwszy piłkę do bramki udało skierować się Yurii'emu Suliatytskyi po podaniu Tomasza Stanisławskiego. Pomimo gorszego początku gospodarze wyrównali po trafieniu Krzysztofa Batorskiego. Mixamator ponownie wyszedł na prowadzenie po kiksie bramkarza gospodarzy. Warto jednak zaznaczyć, że chwilę wcześniej popisał się on znakomitą interwencją. Przed przerwą na 1:3 podwyższył Kamil Krupa. Po przerwie każda z drużyn chciała zdobyć 3 punkty. Najpierw kontakt złapali gospodarze po trafieniu Adriana Bartkiewicza. Następnie ładnym zejściem do środka i celnym strzałem popisał się Kamil Krupa i na tablicy wyników było już 2:4. Obie drużyny nie zwalniały tempa. Drużynie FC Hazard 86 udało się wyjść na prowadzenie 5:4, co pokazało mocny charakter tej ekipy. Wspomniane prowadzenie po bramce z rzutu wolnego dał Adrian Bartkiewicz. Radość nie trwała długo. Tomasz Stanisławski dograł piłkę do Kamila Krupy i znów był remis. Niestety kolejny kiks przydarzył się bramkarzowi gospodarzy i Mixamator wyszedł na prowadzenie, którego już nie oddał . Wynik na 5:7 ustalił Kamil Kamiński i Miksy mogły się cieszyć ze zwycięstwa nad faworyzowaną ekipą Hazardu.

Drużyny z dolnej połówki, Drunk Team oraz FC Niezłomni doskonale rozumieli jak istotny dla nich będzie ten mecz 5-tej kolejki. Goście tym bardziej byli zmotywowani, ponieważ w końcu chcieli zdobyć pełną pulę. Pierwsze minuty nie zapowiadały, że to będzie mecz „na styk". Drunk Team szybko wyszedł na prowadzenie i dalej szedł za ciosem. Przy wyniku 3:0 w końcu rywale zaczęli się brać do odrobienia strat. Bramkę na 3:1 zdobył Mateusz Kiciński, który wykorzystał podanie Tarasa Kobliuka. Gospodarze nie dali za wygraną i po chwili znowu odskoczyli na 4:1. Goście wywierali presję przez ten fragment rywalizacji, jednak kontrataki drużyny Drunk Team były bardzo niebezpiecznie. Niezłomni nieprzypadkowo tak się nazywają, ponieważ do przerwy zdążyli wykorzystać jeszcze dwie sytuacje, nie tracąc przy tym bramki i schodzili po pierwszej połowie z wynikiem 4:3. Na początku drugiej połowy, podobnie jak na rozpoczęcie pierwszej części, wynik otworzył Łukasz Walo, który ustrzelił hat-tricka. Od tego momentu jego rywale, FC Niezłomni byli już niemal bezbłędni, dobrze się komunikowali, a ich spokój w zakończeniu akcji budził uznanie. Ta konsekwencja sprawiła że wygrali pierwszy mecz w sezonie i potwierdziła się zasada, że gra się do końca, ponieważ z wyniku 3:0 wygrali mecz 5:9. Powinno to być wskazówką dla innych drużyn, że poziom jest na tyle wyrównany, a po odblokowaniu drużyny sytuacja na boisku może się zmienić diametralnie.

LIGA 2A

Wyniki ostatnich spotkań sugerowały, że przed meczem pomiędzy Saską Kępą, a Virtualnym Ń wyraźnym faworytem tego starcia będą gospodarze. Kolejnym argumentem przemawiającym za tym była również fantastyczna forma Karola Mroczkowskiego, który bronił lidera tabeli strzelców. Z kolei goście podrażnieni ostatnią bolesną porażką chcieli w końcu przełamać serię wpadek. Już od pierwszej minuty goście rozpoczęli prawdziwy szturm na bramkę Daniela Piecyka. Szybkie dwie strzelone bramki przez Virtualne Ń uspokoiło ich akcje, nabrali także dużo pewności siebie, co wpłynęło na obraz gry. Doskonały występ Szymona Kolasy oraz jego kolegów doprowadził do zwycięstwa w pierwszej połowie aż 0:6. Na minus w tej części meczu zasługuje zachowanie zawodnika gości, który przy wysokim prowadzeniu swojej drużyny z premedytacją sfaulował rywala zmierzającego do sytuacji sam na sam z bramkarzem za co otrzymał czerwoną kartkę. Było to zachowanie skrajnie nieodpowiedzialne, ponieważ gra przez 10 minut z przewagą jednego zawodnika otworzyła przed zespołem Korneliusza Troszczyńskiego szansę na podgonienie wyniku. Po zmianie stron Saska Kępa co prawda trafiła trzy razy do bramki rywali, jednak grając w okresie przewagi, widzieliśmy nieskładne akcje i chaotyczne rozprowadzanie piłki długimi podaniami. Mecz zakończył się wynikiem 3:9. Tym samym Virtualne Ń przełamali serię i wreszcie zgarnęli komplet punktów zatrzymując tym samym Saską w marszu w górę tabeli.

W pojedynku Junaka, który nie zdobył żadnego punktu w tym sezonie i Mocnego Melodramatu jednego z kandydatów do tytułu w tej lidze wydawało się, że komplet punktów powinien pozostać na Woli. Jednak w poprzednich meczach ekipy Krzyśka Krzewińskiego widać było, że gra jest niezła, ale brakuje szczęścia i koncentracji w kluczowych momentach meczu. Goście mieli naprawdę niezły skład wyłączając to, że po raz kolejny nie mieli etatowego bramkarza i tym razem Michał Kielak stanął między słupkami. Mieliśmy w tym spotkaniu powrót po latach na boisko Pawła Chruszcza, o czym szerzej napisaliśmy w artykule o plusach kolejki. Co do przebiegu spotkania to gracze z Woli szybko narzucili swój styl gry , a gospodarze nie potrafili w początkowej fazie meczu grać swojej piłki. To pozwoliło ekipie Piotrka Parola na prowadzenie w meczu i wszystko szło według planu. Do przerwy mamy wynik 1:3. Po zmianie stron goście mają kilka kapitalnych szans na strzelenie kolejnych bramek ,ale są potwornie nieskuteczni . Od stanu 3:5 nic nie chce wpaść do bramki Junaka, a stare porzekadło brzmi że niewykorzystane sytuacje się mszczą. I najpierw Krzysiek Krzewiński strzela gola kontaktowego, a w końcówce napastnik gospodarzy, po podaniu kapitana, daje remis. Po końcowym gwizdku widzieliśmy niedowierzanie na twarzach chłopaków z Woli, a po drugiej stronie radość z pierwszego punktu w obecnym sezonie.

Przed zawodnikami Joga Bonito na Arenie Picassa czekało prawdziwe wyzwanie, ponieważ przyszło im rywalizować z niepokonaną jak dotąd w tym sezonie drużyną Chłopców z Bródna. Pierwsze akcje w tym meczu nie rokowały, że to będzie jednostronne widowisko. Dużo nerwów w szeregach gości nie spowodowało jednak, że zapomnieli jak strzela się gole. Wynik otworzył Bartosz Słobodzian, jednak po chwili błąd gości skutecznie wykorzystał Rafał Oleksiak. Wyrównana pierwsza połowa, z wieloma pojedynkami w powietrzu zakończyła się remisem 2:2. Po zmianie stron Chłopcy z Bródna mimo wyraźnego braku zgrania w tym spotkaniu, zaczęli przejmować kontrolę nad meczem. Mimo bardzo wysokiego tempa rozgrywania akcji i solidnego przygotowania do meczu Jogi Bonito w końcu ich obrona skapitulowała. Bramkarz, Paweł Jadczak dwoił się i troił, ale przy strzale na 2:3 Emila Gadomskiego nie miał szans. Chłopcy Bródna mogli znacznie szybciej wyjść na dwubramkowe prowadzenie, jednak piłka zatrzymała się na słupku. Od momentu strzelenia bramki spokojniej organizowali swoje akcje, szanowali piłkę, co skutkowało większym wysiłkiem w obronie Joga Bonito. Bramkę na potwierdzenie przewagi gości strzelił Mariusz Łukasik, ustalając wynik spotkania na 2:4. Chłopcy z Bródna pewnie kroczą po awans do 1 ligi, natomiast Joga Bonito, jeśli chcą utrzymać szanse na pozostanie w obecnej lidze, muszą w końcu zacząć punktować.

W ramach kolejnego meczu 6 kolejki FC Karmelicka podejmowała FC Melange na Arenie Picassa. Było to spotkanie ekip ze środka tabeli, więc zapowiadał się wyrównany mecz. Zaczął się on dość spokojnie. Strzałów sporo, ale większość niecelnych. Przez dłuższą część pierwszej połowy utrzymywał się wynik 0:0. Wtedy do gry włączył się bramkarz gości, który swoimi dokładnymi przerzutami obsługiwał swoich kolegów z drużyny. Po jednym z nich Tomek Filipkowski powalczył do końca pod bramką przeciwnika i strącił piłkę do bramki rywala dając FC Melange upragnione prowadzenie. W takich okolicznościach zleciała pierwsza połowa spotkania. W drugą część meczu goście weszli z mocnym przytupem. Po faulu na zawodniku FC Melange sędzia odgwizdał rzut wolny przed polem karnym rywali. Wtedy do piłki podszedł Kamil Marciniak, który po technicznym strzale w okolice lewego okna bramki wpisał się na listę strzelców. FC Karmelickiej udało się złapać kontakt po bramce Michała Kędziory, który czujnie uderzył w piłkę, którą sparował bramkarz po wcześniejszym strzale. Po kontrze gospodarze wywalczyli aut, który przyniósł im wyrównanie. Po wyrzucie jeden z zawodników FC Melange wracając pod swoje pole karne niefortunnie trafił w piłkę, która przelobowała wychodzącego bramkarza. Goście nie zamierzali składać broni. Na mocny strzał z połowy boiska zdecydował się Kamil Marciniak zdobywając tym samym bramkę na 2:3. Kolejne minuty gry przyniosły FC Karmelickiej rzut karny, który wykorzystał Bartek Chyliński. Po raz pierwszy w tym meczu gospodarze wyszli na prowadzenie po bramce Marcina Białkowskiego, którego dostrzegł Mateusz Godlewski. Do ponownego wyrównania stanu gry doprowadził Dariusz Zegar po podaniu od Kamila Pietrzykowskiego i tym razem obie ekipy podzieliły się punktami.

W spotkanie Warszawskiej Ferajny z Wiernym Służewcem lepiej weszli gospodarze, którzy byli faworytami niedzielnych zmagań. Od pierwszego gwizdka zawodnicy Ferajny byli dokładniejsi i uważniejsi niż ich przeciwnicy ze Służewca, co szybko zaowocowało bramkami dla gospodarzy. Już w drugiej minucie Konrad Pietrzak dał prowadzenie swojej drużynie, wykorzystując podanie Kacpra Domańskiego. Goście nie wyszli z szoku, a na tablicy było już 2:0, po bramce zdobytej przez Kacpra Galana. Dopiero w 11' minucie zawodnicy Wiernego Służewca byli w stanie zagrozić bramce gospodarzy, jednak piłka przeleciała ponad poprzeczką. Do końca pierwszej połowy byliśmy świadkami spokojnego widowiska, więc nie było dane nam ujrzeć jakiejkolwiek zmiany wyniku. Po 25' minutach na tablicy widniał wynik 2:0.W drugiej połowie gospodarze szybko podwyższyli przewagę do 4:0, co wreszcie obudziło zawodników Służewca. Bramka Huberta Wolaka w 32' minucie na wynik 4:1 stanowiła ledwie przystawkę do późniejszych wyczynów strzeleckich gości. W ciągu następnych chwil byliśmy świadkami kanonady z obu stron, która doprowadziła do wyniku 5:4 dla gospodarzy! Ten wynik jednak był ostatnim słowem zawodników gości, którzy pomimo ambitnej pogoni nie złamali Warszawskiej Ferajny. O końcowym wyniku zadecydowały dwie bramki, które ostatecznie rozwiały wszelkie wątpliwości – Warszawska Ferajna wygrała z Wiernym Służewcem 7:4 i wskoczyła na pozycję wicelidera.

LIGA 2B

Takie mecze, jakie drużyny zafundowały nam na rozpoczęcie rywalizacji w lidze 2B lubimy. Young Guns podejmowali mocne w tym sezonie Walking Dead. Zgodnie z zasadą bić lidera, gospodarze chcieli udowodnić, że ich miejsce w strefie spadkowej to tylko chwilowa niedyspozycja. Z obu stron od początku pierwszej połowy doświadczyliśmy tzw. małej gry, jednak Młode Strzelby zdecydowanie lepiej czują się w grze z kontrataku i to zaprocentowało, ponieważ pierwszą bramkę zdobyli właśnie po takiej akcji. Goście nie byli dłużni i dwukrotnie po golu rywali potrafili wyrównać. Do przerwy wynik 2:2 nie zadowalał żadnej ze stron, oba zespoły dążyły do zgarnięcia pełnej puli. W drugiej połówce większą inicjatywę przejawiała ekipa gospodarzy, jednak to oni stracili bramkę na 2:3 i musieli gonić wynik. To był moment przełomowy, ponieważ Young Guns stanęli na wysokości zadania i poprawili swoją skuteczność. Szybko odrobili straty, by następnie swoją przewagę przekuć na gole. Warto zaznaczyć, że prawdziwy popis umiejętności dał Ernest Wójcik, który w tej części gry zdobył 3 bramki i zanotował 1 asystę. Po stronie Walking Dead dwoili się i troili Krzysztof Kulibski, a także Michał Dryński, niestety dla nich to było zbyt mało na dobrze zorganizowanych przeciwników. Mecz ostatecznie zakończył się zwycięstwem gospodarzy 8:4 i trzeba przyznać, że Młode Strzelby skutecznie aż do bólu wykorzystali braki kadrowe w zespole Walking Dead.

Zarówno zespół Diabła Trzeci Róg, jak i ekipę FC Rivers czekała trudna rywalizacja. Pozycje obu zespołów w tabeli zapowiadały bardzo wyrównane spotkanie. Gospodarzom nie pomagał fakt, że na boisku nie pojawił się ich nominalny bramkarz, koniec końców udało się ten problem rozstrzygnąć. Już od pierwszego gwizdka doświadczyliśmy ataków z obu stron, walki oraz twardych starć. Nie pomagała również pogoda, ponieważ ta z każdą minutą się pogarszała i z w miarę znośnej zmieniła się w typowo angielską. Mimo to mecz mógł się podobać. W pierwszej połowie żadna z drużyn nie odskoczyła na choćby dwie bramki, co ukazuje jak zacięty był to pojedynek. Na przerwę zawodnicy Diabła Trzeci Róg i FC Rivers schodzili z wynikiem remisowym 3:3. Po zmianie stron nadal żadna z drużyn nie mogła przejść do komfortowej, w pełni kontrolowanej gry. Na boisku wyróżniali się w ekipie gospodarzy Filip Rostecki, natomiast w FC Rivers Andrzej Milewski, ale żaden z nich nie był w stanie przechylić szali zwycięstwa na stronę swojego zespołu.Aż do ostatniej akcji ważył się wynik tego spotkania. Po ostatnim gwizdku podobnie jak do przerwy był remis, tym razem 5:5, a więc wynik jaki typował w zapowiedzi Burak. Podział punktów pewnie nie zadowala żadnej ze stron i obie wciąż plasują się w środku stawki.

Kolejną ekipą która zawodzi w tym sezonie i nie może wejść w odpowiedni rytm jest drużyna ALPAN-a. Ich rywal Złączeni nieźle weszli w sezon i dla każdego zawsze są niewygodnym rywalem, ponieważ dużo biegają i nie ma dla nich straconych piłek. Początek to szybkie dwie bramki dla drużyny z Grodziska i goście pozostawali w lekkim szoku. Trochę czasu upłynęło, zanim ekipa Rafała Dębskiego otrząsnęła się z tego kiepskiego początku. Stopniowo jednak udało się odrabiać straty, najpierw zawodnicy gości strzelili gola kontaktowego, a jeszcze przed przerwą, po rzucie wolnym, padło wyrównanie. Przerwa to był dobry czas na mobilizację w obu ekipach. Druga połowa to już prowadzenie ALPAN-a 2:3 i długie utrzymywanie się przy piłce, by wybić atuty z rąk przeciwnika czyli szybkie kontry. Jednak Złączeni po błędzie w obronie strzelają na 3:3. Coraz mocniej zaczyna padać deszcz na Grenady, a obie drużyny nie chcą zadowolić się remisem. Po jednej z akcji przy linii gospodarze myślą że aut będzie w ich stronę jednak sędzia pokazuje że piłka należy się rywalowi. Szybki wyrzut zawodnika ALPAN-a, Marcin Kowalski jest sam na sam z bramkarzem, nie myli się i strzela na 3:4. Za chwilę jest już 3:5 i wydaje się, że to goście zgarną trzy punkty. Ale Złączeni natychmiast wyrównują i dążą do remisu. W ostatniej akcji meczu na grząskiej murawie obrońca ALPAN-a traci piłkę i w ostatnich sekundach meczu mamy remis 5:5. Kolejne stracone dwa punkty przez gości powodują, że znajdują się obecnie w strefie spadkowej. Złączeni natomiast na trzecim miejscu spokojnie mogą przygotowywać się do kolejnego meczu.

Jedną z dwóch drużyn, która jeszcze nie wygrała meczu w obecnym sezonie w lidze 2B była ekipa Lujwaffe Tarchomin. Ich rywal Deportivo la Chickeno to team, gdzie dużo zależy od Konrada Szkopińskiego. Gospodarze jakby nie odrobili lekcji na kogo trzeba zwrócić szczególną uwagę i napastnik Czikenów szybko dwa razy wpisał się na listę strzelców. Drużyna z Tarchomina potrafiła jednak się postawić, a że świetne zawody grał Piotr Dobrzeniecki to mecz był bardzo wyrównany. Niestety dla gości Konrad mógł zagrać tylko przez 20 minut i musiał jechać do domu, co znacznie osłabiło potencjał teamu Mateusza Tarnowskiego.Ich potencjał w ofensywie nie był już taki duży, z czego skrzętnie skorzystali Luje. Jeszcze przed przerwą wyszli na jednobramkowe prowadzenie i po 25 minutach było 3:2. Druga połowa to już rozpędzona maszyna z Tarchomina. Kolejne bramki Piotra Dobrzenieckiego dają bezpieczną przewagę i luz w grze. Gospodarze wiedzą, że tego meczu po prostu nie można przegrać. Jedynego gola dla gości w tej odsłonie zdobył Łukasz Gumula ,który starał się zastąpić Konrada Szkopińskiego w ofensywie ,ale to na dobrze dysponowanego rywala było za mało. Lujwaffe zgarnia pierwszy komplet punktów i ma nadzieję na marsz w górę tabeli. Deportivo zalicza drugą porażkę, a nam pozostaje gdybanie co by było, gdyby lider tej ekipy został do ostatniej minuty tego meczu.

Aleja Seksu i Biznesu jeszcze w tym sezonie nie zdobyła choćby punktu ,a w tej kolejce rywal wydawał się niezwykle mocny, bo Truskawka na Torcie jeszcze nie przegrała w obecnych rozgrywkach , a wygrywając swój mecz, wobec tego że Trupy uległy Young Guns, mogła być samodzielnym liderem. Pierwsze chwile spotkania jeszcze gospodarze przetrzymali, ale gdy padła pierwsza bramka wszystko zaczęło się sypać. Szczególnie skuteczny pod bramką Huberta Węgielskiego był Cezary Stępniak, który świetnie wykorzystywał sytuacje stwarzane przez kolegów. W drużynie Kamila Waśkiewicza na swoje barki grę brał Arek Kazimierczak i był on najlepszym zawodnikiem w swojej drużynie na boisku. Do przerwy mamy wynik 1:6. Po zmianie stron Truskawka kontrolowała przebieg spotkania i mając bezpieczny wynik, można było na luzie poćwiczyć warianty gry na kolejne spotkania. Aleja starała się zmniejszyć rozmiary porażki, a że rywal miał chwile, gdzie był już myślami przy kolejnym meczu, to udało się strzelić kolejne bramki. Ostatecznie po końcowym gwizdku mamy wynik 3:11. Ekipa Tomka Cymermana samodzielnie zostaje liderem ligi 2B. Aleja bez punktów ,ale mamy nadzieję, że kolejne mecze nareszcie pozwolą przełamać niemoc ekipy, która przecież w tamtym sezonie zdobyła mistrzostwo swojej ligi.

LIGA 3A

Bardzo zacięty mecz oglądaliśmy w wykonaniu ADP Wolskiej Ferajny i Mikstury. Gospodarze od początku z werwą weszli w spotkanie i szybko objęli prowadzenie. Goście jeszcze jakby zaspani i rozpamiętujący sobotnie wieczory powoli kompletowali skład i gdy dotarli wszyscy zawodnicy zaczęli odrabiać straty. Szczególnie aktywny był Patryk Zych, który starał się ustawiać kolegów na boisku i widać było, że ma pomysł jak rozmontować obronę rywali. Wynik zmieniał się dynamicznie, raz jedna, raz druga drużyna strzelała bramki i żadna nie zamierzała odpuszczać. Doszło też do małej przepychanki po faulu gracza Wolskiej Ferajny, ale arbiter szybko ostudził gorące głowy rozdając po żółtym kartoniku. Wynik do przerwy brzmiał 4:5. Druga połowa to ataki ADP i kontrataki Mikstury. Ekipa Kamila Jagiełło miała kilka wybornych okazji, ale była nieskuteczna, a w niektórych sytuacjach brakowało szczęścia. Klan Jochemskich był skuteczniejszy w drugiej połowie i punktował rywala. Uaktywnił się Kamil Sygnitowicz, który wspierał duet Patryk Zych – Rafał Jochemski, co zaowocowało 5 trafieniami dla gości i Mikstura wygrała to spotkanie 4:10. Jedyny minus spotkania to podkręcenie kostki Rafała Molskiego ,ale na pewno jeszcze w tej rundzie Rafała zobaczymy na placu. Gospodarze nadal bez wygranej plasują się w strefie spadkowej, a goście chyba się przebudzili i mamy nadzieję, że powalczą o górną część tabeli jeszcze tej jesieni.

W Orłowych Derbach w roli faworyta upatrywaliśmy zespół Orzełów Stolicy. Zawodnicy Old Eagles Koło nie zamierzali oddawać punktów za darmo, dzięki czemu widzieliśmy bardzo ciekawy mecz. Wynik spotkania otworzył Damian Długosz. Sędzia podyktował rzut wolny po wślizgu zawodnika z Koła, a egzekutorem był właśnie Damian, który mocnym strzałem pokonał Janka Drabika. Na 2-0 podwyższył Kamil Kurkus. Po okresie przewagi Orzełów do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy z Koła. Przyniosło to efekt w postaci bramki Bartka Szymańskiego na 2-1. Prawie do końca pierwszej połowy dobrze spisują się bramkarze obu ekip. Dwukrotnie dobrze interweniuje Piotr Barański, ale golkiper Old Eagles radzi sobie nie gorzej. Na minutę przed końcem pierwszej części wyrównuje Kuba Brodowski i taki wynik utrzymuje się do końca premierowych 25 minut. W drugiej części ponownie Orzeły wychodzą na prowadzenie za sprawą Damiana Długosza. Gospodarze mogli nawet podwyższyć prowadzenie, ale arbiter nie uznał bramki na 4-2 odgwizdując faul na bramkarzu. Zamiast większej przewagi Orzełów po paru minutach mieliśmy remis, kiedy to piłkę do siatki skierował Daniel Próchniewicz. Zespół z Koła nie cieszył się długo tym remisem, bowiem minutę później po kontrze duetu Kiełpsz – Zarzycki, gdzie podawał ten pierwszy, a akcję wykańczał ten drugi, gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie 4-3. Ten wynik już nie uległ zmianie i Orzeły inkasują kolejne 3 punkty. Zawodnicy Old Eagles postawili trudne waruki rywalowi, górowali przede wszystkim fizycznie nad młodymi graczami gospodarzy. Ci nie pękali i utrzymali fotel lidera ligi 3A.

Przed bezpośrednią rywalizacją Bękartów Warszawy z KS Iglicą Warszawa obie ekipy sąsiadowały ze sobą w tabeli, więc zapowiadał się wyrównany mecz na wysokim poziomie. W spotkanie lepiej weszła drużyna Iglicy, co przypieczętowała szybkim dwubramkowym prowadzeniem. Autorem obu trafień był nie kto inny jak Robert Kędzierski. Po złapaniu kontaktu, dzięki wykorzystaniu rzutu karnego przez Adama Józefowskiego, ekipa gospodarzy zaczęła z minuty na minutę grać coraz lepiej. Przed przerwą byli blisko wyrównania, ale piłka obiła tylko spojenie bramki po finezyjnym strzale jednego z graczy Bękartów. Po pierwszych 25 minutach było 1:2 Początek drugiej polowy należał do gospodarzy, lecz brakowało skuteczności. Bękarty były dwa razy blisko strzelenia gola, ale piłka za każdym razem obijała słupek bramki. Niewykorzystane okazje lubią się mścić i tak było tym razem. Robert Kędzierski przejął piłkę po rzucie rożnym rywali i wyszedł sam na sam z bramkarzem strzelając pewnie w prawy dolny róg, kompletując przy tym hattricka. Bękarty zaczęły coraz bardziej naciskać. Na początku bramkarz Iglicy wybronił strzał Sebastiana Domańskiego, ale przy dobitce Kirilla Tsvirko był bez szans. Bękarty nacierały, a Jakub Zieliński pokazywał swój kunszt bramkarski. Skapitulował przy trafieniu Sebastiana Domańskiego, któremu piłkę zagrywał Adam Józefowski. To trafienie dawało remis 3:3.Pod koniec spotkania gospodarze popisali się ładną i szybką wymianą podań. Dzięki temu mogli cieszyć się z prowadzenia i końcowego zwycięstwa po bramce Adama Józefowskiego. Bękarty zwyciężają 4:3 bardzo ważne spotkanie i mają tyle samo punktów co liderujące Orzeły Stolicy.

W kolejnym meczu Elitarni Gocław podejmowali na Arenie Picassa Gang z Kabat. Obie drużyny znajdowały się w strefie spadkowej, więc każdy punkt był dla tych ekip na wagę złota. Już od samego początku była widoczna wyraźna przewaga ekipy gospodarzy. Po jednym ze strzałów Elitarnych piłka obiła słupek rywali. Właściwą strzelaninę rozpoczął Marcin Branowski po podaniu Łukasza Eljasiaka. Następnie ponownie na listę strzelców wpisał się Marcin Branowski, ale tym razem po asyście Łukasza Dawida. Na 3:0 po dograniu piłki przez Łukasza Dawida podwyższył Adam Długołęcki. Jak się okazało bramka na 4-0 padła po trafieniu samobójczym. Jeszcze przed przerwą bramkarz gości musiał po raz piąty wyciągać futbolówkę z siatki po golu Łukasza Girjotasa. Druga połowa zapowiadała się równie jednostronnie i nie było inaczej. Kolejno dla Elitarnych strzelali: Marcin Branowski, Mateusz Zalewski i Wojciech Sekulak. Dopiero przy stanie 8:0 Andii Lysenko strzelił pierwszą bramkę dla gości, ale była to co najwyżej trafienie na otarcie łez ponieważ przewaga i tak była ogromna, właściwie nie odrobienia przy takiej postawie gospodarzy. Autorami ostatnich trzech bramek dla Elitarnych Gocław byli: Łukasz Eljasiak, Łukasz Dawid i ponownie Łukasz Eljasiak. Jeszcze przed ostatnim gwizdkiem drużynie gości udało się po raz drugi skierować piłkę do bramki rywali, tym razem za sprawą Yaroslava Cherednychoka. Zespół z Gocławia gromi ekipę z Kabat, która na dobre utknęła w dole tabeli.

Hit tej kolejki ligi 3A czyli starcie zespołów Green Lantern z Zakonem Bonifratrów, był świetnym sposobem na ogrzanie się w zimny niedzielny wieczór. Do spotkania najlepiej rozgrzał się Filip Czepło, który od pierwszych minut stwarzał zagrożenie na połowie lidera ligi. Jego praca dość szybko zaowocowała bramką na 1:0, kiedy to po przejęciu piłki pociągnął akcję i pokonał Adama Kolanowskiego. Po kilku minutach bramkę dla Zakonu Bonifratrów zdobył Marcin Stachacz po podaniu Jerzego Kurowickiego. Pierwsza połowa leniwie dobiegła do końca, a wynik 1:1 na pewno nie był czymś, czego szukały obie drużyny. Na szczęście druga odsłona z nawiązką spłaciła nam dług emocji. Po tym, jak zawodnicy Green Lantern szybko wyszli na prowadzenie 2:1, byliśmy świadkami otwartej i ofensywnej gry z obu stron. Zawodnikom gospodarzy i gości brakowało szczęścia. Najpierw Patryk Podgórski mógł zdobyć gola na 3:1, ale kibice tylko jęknęli, gdy piłka minimalnie minęła bramkę strzeżoną przez Adama Kolanowskiego. W odpowiedzi Marcin Stachacz mógł wyrównać, ale strzał z ostrego kąta okazał się być niecelny. Kiedy w ostatnich minutach spotkania Adrian Rzepecki zdobył upragnionego przez kibiców gola na 3:1, wiele osób było przekonanych, że emocje w tym meczu są już za nami. Nic bardziej mylnego! W 49' minucie Adam Artypowicz zdobył bramkę kontaktową. W ostatnich sekundach spotkaniach mogliśmy być świadkami remisu, jednak kontratak Zakonu okazał się być nieskuteczny – Krzysztof Kurowicki trafił w słupek, a jego drużyna musiała obejść się smakiem. Świetny mecz zakończył się wynikiem 3:2 dla Green Lantern, dzięki czemu w Lidze 3A może się jeszcze wiele wydarzyć przed przerwą zimową.

LIGA 3B

Mecz z NAF Genduś był dla zespołu Jordanka kolejną szansą na złapanie pierwszych punktów w sezonie. Nie dziwi więc, że starali się od początku przejąć inicjatywę. W ciągu całego spotkania dobrze spisywał się golkiper Gendusia Jarosław Dusiński, kasując akcje Jordanka. Z kolei gospodarze straszyli uderzeniami z dystansu Michała Ochockiego. Obie drużyny nie mogły się wstrzelić i przez dłuższy czas wciąż mieliśmy bezbramkowy remis. Dopiero na pięć minut przed końcem pierwszej części wynik otworzył bramką dla Jordanka Igor Nowak. W odpowiedzi w słupek trafił Michał Ochocki, ale ostatnie słowo w pierwszej części należało do rywali. Dominik Michałowski mocnym, podkręconym strzałem nie dał szans bramkarzowi Gendusia i do przerwy mamy 0-2. Niedługo po wznowieniu goście wyprowadzają trzeci cios i mogłoby się wydawać, że jest po meczu. Nic bardziej mylnego. Sygnał do ataku dał Michał Ochocki, który mocnym strzałem pokonuje po raz pierwszy bramkarza rywala. Przez około 10 minut w grze obu zespołów wdała się niedokładność. Nie potrafiły stworzyć sobie dogodnej okazji i akcje kończyły się zazwyczaj stratą przed polem karnym. Mecz rozpoczyna się na nowo po sytuacyjnym strzale kapitana Gendusia i kiksie bramkarza Jordanka. To nie koniec, bo po podaniu Piotra Lempkowskiego w pole karne, piłkę przez przypadek podbija jeden z obrońców gości zupełnie myląc golkipera i mamy 3-3! Gdy wydawało się że podział punktów stanie się faktem, strzał gracza Jordanka trafia w słupek, odbija się od zdezorientowanego bramkarza i wtacza się do bramki. 3-4 dla gości! A że była to ostatnia minuta, nie starczyło już czasu na odrabianie strat. Pierwsze zwycięstwo Jordanka stało się faktem.

Mecz Narodowego Śródmieścia z NieDzielnymi rozpoczął się od mocnego uderzenia drużyny z centrum. Już w czwartej minucie Marcin Aksamitowski sparował na rzut rożny niebezpieczne uderzenie napastnika drużyny gospodarzy. Jednak szczęście opuściło bramkarza NieDzielnych już w 6' minucie, kiedy pokonał go Kamil Skwierczyński. Od tego momentu mecz był jednostronny – na jeden strzał gości przypadały aż trzy uderzenia gospodarzy. Warto odnotować, że strzały zawodników z centrum były również wyższej jakości, więc kolejne bramki nie stanowiły zaskoczenia. W 12' minucie, pomimo dobrej gry bramkarza NieDzielnych było już 3:0, natomiast 5 minut przed przerwą wynik urósł do rozmiarów 5:0. Rozluźnienie gospodarzy oraz sportowa złość gości zaowocowała dwoma bramkami Artura Baradzieja-Szczęśniaka, który jeszcze przed końcem połowy zmniejszył straty do wyniku 5:2. Wymowna była też statystyka – na 20 strzałów zawodników Narodowego Śródmieścia, przypadło tylko 9 uderzeń zawodników NieDzielnych. Druga połowa była praktycznie identyczna. Bramki dla gospodarzy wpadały bez względu na dobre interwencje Marcina Aksamitowskiego. Już w 32' minucie było 8:2 i dopiero bramka na 8:3 podniosła morale gości. Od tej pory byliśmy świadkami intensywnego strzelania z obu stron. Mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 11:5, a o końcowym sukcesie Narodowego Śródmieścia zadecydowała przede wszystkim świetna postawa Kamila Skwierczyńskiego, który zdobył iście pokerowego fulla – na jego koncie znalazły się 3 bramki i 2 asysty.

Ekipa FC Nova Group, która w tym sezonie notuje średnio 10 bramek na mecz, stanowi prawdziwe zagrożenie dla rywali, w związku z tym piłkarze Sparty musieli spodziewać się mocnego naporu gospodarzy już od pierwszych minut. Po wyrównanym początku spotkania worek z bramkami rozwiązał duet Łukasz Wirski- Mateusz Materna, wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie 2:0. Po chwili bramkę kontaktową na 2:1 zdobył w zamieszaniu Krzysztof Kowalski. Od tego momentu zaczęło się prawdziwe widowisko, kanonada jaką lubi oglądać każdy kibic piłki nożnej. Ogromny wpływ na zdecydowaną przewagę nad Spartą w tym spotkaniu był fakt posiadania w szeregach gospodarzy Łukasza Wirskiego, który był o poziom wyżej od wszystkich zawodników występujących w tym spotkaniu. Bardzo pewnie czuł się tego dnia na boisku, czym potwierdził swoją formę sprzed tygodnia. Do przerwy FC Nova Group prowadziła aż 9:2. Po stronie Sparty wyróżniał się Artur Markiewicz, który ostatecznie zakończył spotkanie z hat-trickiem, jednak w tej kolejce na nic się to zdało. Gospodarzom wychodziło niemal wszystko, a wcześniej wspomniany Łukasz Wirski przy lepszej skuteczności mógłby cieszyć się w tym meczu z 10 trafień na swoim koncie, a tak zakończył „tylko: z linijką 7 bramek i 3 asyst. Ostatecznie Sparta nie była dłużna i wpakowała rywalom w sumie 8 bramek, jednak to było za mało. FC Nova Group pewnie zwyciężyła 15:8 i w tabeli wciąż nie daje uciec Narodowemu Śródmieściu.

FC Albatros szukał pierwszych punktów w starciu z Awanturą Warszawa. Gospodarze jak do tej pory, oprócz wysokiej porażki z Narodowym Śródmieściem, grali nawet nieźle na tle rywali i tak było również tym razem. Pierwsza połowa nie zachwyciła, nie zobaczyliśmy byt wielu sytuacji bramkowych i na pewno nie będzie to 25 minut, które na długo zapadnie nam w pamięci. Gospodarze górowali fizycznie nad rywalami, ale Ci nie zamierzali odpuszczać. Mimo dość wyrównanej połówki to Albatrosy schodziły na przerwę prowadząc 1-0 po dwójkowej akcji Macieja Michalskiego i Bartka Kapsy, gdzie ten pierwszy asystował, a drugi wykorzystał podanie kolegi. Znacznie więcej działo się w drugiej części, którą od mocnego uderzenia zaczęła Awantura. Już ze wznowienia piłkę do siatki posłał Grzesiek Himkowski zaskakując tym wszystkich obecnych na meczu. Chwilę później goście obejmują prowadzenie i w dosłownie parę minut z 1-0 zrobiło 1-2. I to nie był koniec strzelania przez Awanturę, bowiem swoją drugą bramkę zaliczył Grzesiek Himkowski, a na 1-4 podwyższył Mateusz Rozkres. To dało dość komfortową sytuację gościom. Albatrosy próbowały złapać kontakt z rywalem i pierwszy krok ku temu wykonał Kamil Gwara strzelając na 2-4. Świetną partię rozgrywał jednak Himkowski i kompletując hat-tricka podwyższył na 2-5. Wynik tego spotkania ustalił Bartek Kapsa trafiając na 3-5. Na dalszą pogoń już nie starczyło czasu i Albatrosy ponownie zostają bez punktów, a dzięki zwycięstwu Awantura wskoczyła na górną część tabeli.

Przed meczem FC Cuba Libre miało pewnie plan na opuszczenie strefy spadkowej. Natomiast FC Po Nalewce aspirowało, aby znaleźć się w końcu na podium tabeli. Obie drużyny dobrze weszły w spotkanie, ale to goście zadali pierwszy cios, którego autorem był Michał Wypniewski. Wtedy do gry weszli gospodarze. Zmasowane ataki przyniosły im okazję w postaci słupka i bramkę na 1:1 Tomasza Kowalczyka po asyście Piotra Szabata. Cofnięci goście pozostawiali rywalom wiele swobody. Do przerwy było 2:1 dla Cuba Libre, a gol padał po indywidualnej akcji Kamila Kwiatkowskiego. Po przerwie Cuba Libre nie zamierzało bronić wyniku, co po kolejnych dwóch bramkach pozwoliło im prowadzić 4:1 w drugiej połowie. Gdy wszyscy myśleli, że mecz już rozstrzygnięty, seria skutecznych akcji FC Po Nalewce doprowadziła do wyrównania. Mało tego, zdołali wyjść na prowadzenie 4:5! W przeciągu minuty Cuba Libre doprowadziło do stanu 5:5 po trafieniu Adama Sokołowskiego. Po kolejnych dwóch minutach Hubert Woźniak strzelił na 6:5. Niesione świadomością swoich umiejętności FC Po Nalewce znów doprowadziło do remisu, tym razem Sławek Ogorzelski podawał do lepiej ustawionego Konrada Bińczyka. W ostatnich minutach meczu lepsze okazało się Cuba Libre, które wyszło po raz kolejny na prowadzenie po golu Piotra Szabata. Gra była szybka i żadna z drużyn nie zwalniała tempa. W ostatniej akcji meczu Piotr Szabat ustalił wynik spotkania na 8:6. Pomimo wyniku obie drużyny były zadowolone i usatysfakcjonowane ze swojej gry. Nie zabrakło również wzajemnych gratulacji za mecz i nie ukrywamy że takie obrazki chcielibyśmy widzieć po każdych zawodach.

LIGA 4A

W przedmeczowych relacjach typowaliśmy rywalizację OKS-u Nowy Raków z Przypadkowymi Grajkami jako najciekawsze spotkanie ligi 4A. I raczej się nie pomyliliśmy. Obie strony jakby nie chcąc zawieść naszych oczekiwań, z impetem ruszyły do ataku już od pierwszych minut spotkania. Akcja przenosiła się od jednego pola karnego do drugiego, ale wydaje się, że trudniejsze strzały odbijał bramkarz Przypadkowych – Mateusz Tuzin. Pomimo dobrych interwencji nie za wiele miał do powiedzenia przy rzucie karnym. „Jedenastkę" pewnie wykorzystał Piotr Czaja, skądinąd podyktowaną za faul na nim samym. Później bramkarz gości musiał skapitulować po dwójkowej akcji duetu Peszuk – Dudek. Szybko rozegrana piłka między tymi graczami, w tempo, dała drugą bramkę. Następnie po długim wyrzucie z autu w pole karne, drogę do siatki znalazł Łukasz Peszuk i mieliśmy 3-0. A to wszystko w trzy minuty, które wstrząsnęły Grajkami. Mieli oni swoje okazje na zdobycie gola, ale nie były to sytuacje klarowne. Tymczasem przed dalszymi stratami znów chroni swój zespół Mateusz Tuzin. Gdyby nie on, pewnie mecz byłby już zamknięty w pierwszej części. Goście w końcu trafiają przed przerwą na 3-1 za sprawą Piotra Pieńkowskiego, który posłał precyzyjny strzał ze znacznej odległości. Po zmianie stron nadal przewagę miał OKS, choć nie tak wyraźną jak w pierwszej części. Goście mieli okazję na 3-2, ale piłka została posłana obok słupka. Wynik przez dłuższy czas się utrzymywał i dopiero w końcówce ponownie dał o sobie znać Łukasz Peszuk. Najpierw, ponownie po dograniu Dawida Skrzypka z autu, kieruje głową piłkę do siatki, a późnej po długim przerzucie od bramkarza robi to po raz kolejny kompletując hat-tricka. Nowy Raków wygrywa zasłużenie 5-1 i umacniają się na fotelu lidera.

Chwilę po zakończeniu poprzedniego spotkania na boisko wyszły zespoły z dolnej części tabeli: szukająca pierwszego zwycięstwa Munja i coraz lepiej sobie radzący LTM Warsaw II. Zaczęło się dość niespodziewanie, bo od szybkiego prowadzenia Munji po bramce Michała Sztajerwalda. Taki wynik utrzymywał się dość długo, ale nie oznacza to, że zupełnie nic się nie działo. Piłka krążyła od jednego pola karnego do drugiego, goście byli bliscy podwyższenia prowadzenia, ale piłka zakręciła się na linii bramowej i gola nie było. Z drugiej strony parokrotnie bronił Maciej Affek, ale wydaje się, że trudniejsze zadanie miał bramkarz LTM II. Na pięć minut przed przerwą w końcu wynik podwyższa Krystian Smokowski, co łącząc z dobrą grą gospodarzy w pierwszej części, mogło zwiastować dobry wynik. Lecz tuż przed końcowym gwizdkiem gola do szatni strzela Krzysiek Kulibski i po premierowych 25 minutach mamy jednak 2-1. W drugiej części przewagę zaczyna zdobywać zespół Irka Webera. Najpierw ze 3 strzały zawodników LTM-u zostały wyblokowane przez defensywę Munji, a później padła kontrowersyjna bramka na 2-2. Gospodarze sygnalizowali zagranie ręką napastnika, ale ani sędzia, ani kamera, której zapis był oglądany tuż to tej akcji, nie wychwyciły tego i arbiter bramkę uznał. Był to kluczowy moment spotkania. Chwilę później po kontrze goście wychodzą na prowadzenie, a w samej końcówce kropkę nad i postawił Krzysiek Kulibski, który ustalił wynik na 2-4 i jeszcze obejrzał żółty kartonik za nadmierną celebrację tej bramki. Szkoda zespołu Munji, bo pierwsza połowa była obiecująca, ale znów pozostają bez punktów.

W kolejnym spotkaniu w ramach 6 kolejki BRD Young Warriors podejmowali Graczy Gorszego Sortu, tyle że areną zmagań była tym razem Arena Picassa. Stawką tego meczu było miejsce wicelidera Ligi 4A, bowiem wiedzieliśmy już, że OKS Nowy Raków pierwszego miejsca w tej kolejce nie odda. Pogoda była iście angielska i nie rozpieszczała graczy. Deszcz zacinał przez całą pierwszą połowę spotkania. Wynik meczu otworzyli goście po bramce Igora Matusiaka, którego obsłużył Łukasz Kulesza. Niedługo potem gościom udało się doprowadzić do remisu. Kolejne minuty spotkania to popis strzelecki Łukasza Kuleszy, który skutecznie naciskał na linię defensywną gospodarzy. Efektem tego były trzy bramki i wypracowanie bezpiecznej przewagi nad przeciwnikiem. Wynik na 1:5 podwyższył duet Igor Matusiak – Łukasz Kulesza, który otwierał worek z bramkami. Kolejne akcje budowały przewagę Graczy Gorszego Sortu. Tuż przed przerwą ponownie na listę strzelców wpisał się Łukasz Kulesza po podaniu Patryka Sznajdera. Na przerwę goście schodzili z przewagą 5 bramek. Z początkiem drugiej połowy Łukaszowi Skwarnikowi udało się zmniejszyć przewagę przeciwnika na 2:6. Po stracie bramki znowu do głosu wrócili goście. Łukasz Kulesza wpisał się po raz piąty na listę strzelców. Kolejne minuty spotkania przyniosły gościom jeszcze dwa trafienia. Autorem pierwszego był Igor Matusiak, natomiast drugiego po dograniu piłki przez Patryka Sznajdera był Jakub Mydłowiecki. W ostatnich minutach meczu jeszcze jedno trafienie dla gospodarzy zanotował Michał Walo, ustalając rezultat spotkania na 3:9. Jak się okazało ofensywa GGS była górą w starciu z defensywą BRD

Wracając na Arenę Grenady, w meczu „dwójek" ADP Wolskiej Ferajny i Awantury Warszawa, pomimo niewielkiej różnicy w tabeli, faworyt wydawał się być dobrze znany. Goście wiedzą, że ich runda nie wygląda najlepiej, więc nawet oczekiwania nie są już wygórowane. Na starcie z ADP przyszli jedynie w sześciu i miało to swoje konsekwencje. Gospodarze od razu zaatakowali, widać było w nich motywację do przełamania i sięgnięcie po pierwsze zwycięstwo w sezonie. Na początku jeszcze jakimś cudem piłka nie wpadła do bramki gości i zatrzymała się dwukrotnie na poprzeczce. Wynik otworzył Paweł Rogulski świetnym strzałem z dystansu. Następnie dwie bramki dołożył Daniel Guba i jedną Mateusz Nejman którzy dynamicznymi rajdami przeszli obronę rywala, która nie była w stanie ich powstrzymać. Od stanu 5-0 ADP lekko wyhamowało i ten okres wykorzystała drużyna Awantury wbijając dwie bramki autorstwa Mateusza Rozkresa i Maćka Zaroda. Do przerwy mieliśmy wynik 5-2, choć od początku meczu było widać, kto lepiej prezentuje się na boisku. Druga część to kolejne podwyższenie wyniku przez ADP II w tym ponownie o swoim mocnym uderzeniu przypomniał wszystkim Paweł Rogulski trafiając na 7-2. Po trafieniu Maćka Zaroda dla Awantury, uaktywnił się ponownie Daniel Guba strzelając kolejne 2 bramki. Swoją szansę miał także bramkarz Wolskiej Ferajny Piotr Serafinowicz, który wykonywał rzut karny, ale niestety, posłał piłkę obok słupka i nie powtórzył swojego wyczynu z zeszłego sezonu. Ostatecznie zobaczyliśmy w tym spotkaniu jeszcze 3 bramki i mecz kończy się wynikiem 11-4. ADP II cieszy się z pierwszego, w pełni zasłużonego zwycięstwa, natomiast Awantura chyba po prostu musi dograć tą rundę i poszukać wzmocnień przed rewanżami.

LIGA 4B

Jakże prorocze okazały się nasze zapowiedzi meczu FC Tartak z Warsaw Raccoons. Zdecydowanym faworytem spotkania byli gospodarze, ale pierwszego gola w meczu zdobyli dopiero po 20 minutach . Goście mieli tylko jedną zmianę i od początku przyjęli taktykę, aby przede wszystkim bronić dostępu do swojej bramki licząc na jakiś kontratak. Dobrze spisywał się w bramce Andrei Negrea. W tak dobrym występie szczególnie na początku pomogli w dużym stopniu zawodnicy Drwali ,którzy marnowali nie sto, ale dwustu procentowe sytuacje, nie trafiając kilkakrotnie w światło bramki z metra. Będący po operacji prezes drużyny Lucu Kończal przyniósł na mecz krzesło licząc, że wszystko pójdzie gładko i będzie można wygodnie usiąść sobie i oglądać kanonadę Tartaku. Jednak jego podopieczni grali tak, że Lucu mało nie spadł z tego krzesła, więc postanowił nadzwyczajnie świecie stać przy linii bocznej w trosce o swoje zdrowie. Tuż przed przerwą udało się w końcu strzelić dwa gole, co nie zmieniło faktu, że zarząd Tartaku nie był zadowolony z tego co widział w pierwszej odsłonie. Po zmianie stron worek z bramkami się rozwiązał i powróciła skuteczność. Szczególnie aktywni w strzelaniu byli Rafał Smolik, zdobywca 4 bramek i Łukasz Łukaszewicz mający po końcowym gwizdku 6 sztuk na koncie. Licznik zatrzymał się na 13, a ponieważ goście opadli z sił i nie zagrozili bramce rywali, to niestety nie zdobyli nawet bramki honorowej i obaj bramkarze gospodarzy skończyli zawody z czystym kontem. Tartak liderem, a Szopy muszą szukać bramek i punktów w kolejnych meczach.

Konia z rzędem temu, kto był pewien zwycięzcy tego spotkania. Mecz Phoenix Warsaw z FC Alfą było szlagierem tej kolejki ligi 4B, a wynik może okazać się kluczowy dla kształtu tabeli przed przerwą zimową. Waga meczu okazała się mieć wpływ na początkowe działania obu ekip, które w pierwszych minutach nie grzeszyły skutecznością. Najdogodniejszą sytuacją dla Alfy była akcja sam na sam, jednak w tym pojedynku górą był Kamil Borkowski. Na otwarcie wyniku czekaliśmy aż do 17' minuty, kiedy to Adama Tomaszewskiego pokonała Karolina Figiel. Wynik 1:0 dla Feniksów utrzymał się aż do końcowego gwizdka pierwszej połowy, jednak w ostatnich sekundach żółtą kartkę ujrzał Krystian Miszkurka. Wspomniana kara jest o tyle ważna, że już w pierwszych sekundach drugiej połowy gracze Alfy wykorzystali moment gry w przewadze. Artur Jurek trafił do siatki i na tablicy widniał wynik 1:1. Gospodarze jednak szybko wyskoczyli na ponowne prowadzenie, po tym jak Sebastian Sowa zdobył bramkę na 2:1. W kolejnych minutach gracze Alfy znów wyrównali- bramkę zdobył Krzysztof Porębski. Pomimo świetnych sytuacji ze strony Feniksów wynik nie ulegał zmianie. Emocjonujące spotkanie rozstrzygnęła dopiero skuteczność Krzysztofa Porębskiego, który w 46' minucie po raz drugi pokonał Andrzeja Gorzkowskiego. Mecz zakończył się wynikiem 2:3, a gospodarze muszą czuć ogromny niedosyt – zagrali dobre spotkanie, ale zabrakło im zimnej krwi. Zostaje liczyć, że w najbliższej kolejce odrodzą się niczym feniks z popiołów.

W jednym z ostatnich meczów na arenie Picassa Oldboys Derby podejmowało Green Team. Nie było wyraźnego faworyta przed tym meczem, co zwiększało jego atrakcyjność. Jak co tydzień na trybunach nie mogło zabraknąć wiernych i głośno dopingujących kibiców zespołu gospodarzy. Obie drużyny zaczęły mecz asekuracyjne, żeby poznać lepiej grę przeciwnika. Na pierwsze uderzenie zdecydowała się ekipa gości, która po bramce Krzysztofa Krawczyka wyszła na jednobramkowe prowadzenie. Po kilku minutach do remisu doprowadził Andrzej Garman. Po jego bramce tempo gry obu drużyn lekko siadło. Spokojna gra ciągnęła się już do końca pierwszej połowy. W czasie przerwy obie ekipy przeanalizowały swoje błędy i wyszły zmotywowane na kolejne 25 minut spotkania. W drugiej części szczególnie odpalił zawodnik ekipy gości – Daniel Kurowski. Jego gra przyniosła drużynie spokój i oddech, dzięki niemu „Zieloni" mieli przewagę trzech bramek. Najpierw Daniel podawał do Sebastiana Szeleszczuka, który bez większych problemów wykorzystał szansę, którą stworzył mu kolega. Następnie po indywidualnych akcjach wpisał się na listę strzelców dwukrotnie, z czego raz z zimną krwią egzekwował rzut karny. Oldboys Derby jednak nie przejęło się tym wynikiem. Po kilku minutach piłkę do bramki ponownie skierował Andrzej Garman i było już tylko 2:4. Wynik meczu na 2:5 ustalił Marcin Walczak , a w ostatnich minutach meczu gospodarze mieli znakomitą okazję na bramkę, ale piłka trafiła w słupek.

Zawodnicy KP Jastrząb przed spotkaniem mogli mieć prawdziwy ból głowy, czy uda się przełamać passę Mikrostrzelb. Gospodarze wyszli na boisko odważnie i mimo występującej na boisku przewagi gości potrafili oddać groźne strzały. O brak strzelców bramek wśród piłkarzy KP Jastrząb skutecznie zadbał bramkarz Mikrostrzelb Paweł Mazur, który był tego wieczora bezbłędny. Do przerwy goście, mimo wielu sytuacji bramkowych, potrafili zdobyć, z ich perspektywy, zaledwie dwie bramki autorstwa Mariusza Kopacza. Do przerwy KP Jastrząb przegrywał 0:2. Po zmianie stron sytuacje pojawiały się raz u jednej raz u drugiej ekipy, ale to właśnie piłkarze reprezentujący barwy Mikrostrzelb potrafili być znacznie bardziej skuteczni pod bramką rywala. Kolejne gole Mateusza Świderka oraz jego kolegów doprowadziły do tego, że gospodarze nie znaleźli recepty na swoich przeciwników i musieli się pogodzić z czwartą porażką w tym sezonie. Na pocieszenie gospodarzy kolejnym przeciwnikiem, jaki na nich czeka, będzie zespół Mobilis, który jest bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie, dlatego muszą się szybko podnieść i zapomnieć o tej porażce, ponieważ waga tego spotkania będzie dużo wyższa. Natomiast Mikrostrzelby stoczą walkę o ligowe punkty z zespołem Pheonix Warsaw FC, który w tej kolejce wyprzedzili.

LIGA 5A

Pierwszy mecz w lidze 5A rozpoczął się od zdecydowanych ataków Albatrosów. Już w drugiej minucie spotkania mogli wyjść na prowadzenie, ale niebezpieczne podanie w pole karne wyłuskał bramkarz Scorpionsów, Jakub Rudziński. Po chwili jednak zawodnicy w czerwonych strojach wyszli na prowadzenie po bramce Kacpra Kędry. W kolejnych minutach trwała dominacja gości, którzy nie pozwalali drużynie w niebieskich strojach na konstruowanie akcji. Pomimo wielu dogodnych sytuacji Albatrosy nie były w stanie podwyższyć prowadzenia. W 13' minucie ich nieskuteczność skarcił Paweł Poniatowski, ale remis 1:1 nie trwał długo. Artiom Pastushyk szybko strzelił bramkę na 1:2. Do końca pierwszej połowy nie zobaczyliśmy więcej goli, chociaż Skorpiony na zmianę ratował stelaż bramki oraz Jakub Rudziński, rozgrywający świetne spotkanie. Jednobramkowa strata po 25 minutach spotkania była najniższym możliwym wymiarem kary dla gospodarzy. Po zmianie stron, Albatrosy szybko odskoczyły na 1:4. Autorem trafień był Kacper Kędra, który ostatecznie odgonił demony nieskuteczności trapiące go w pierwszej połowie. Sygnał do pościgu dał Skorpionom Mateusz Kałuski, który precyzyjnym uderzeniem zmniejszył straty do 2:4. Nawet bramka Michała Karasia na 2:5 nie wybiła ich z rytmu i z każdą minutą byliśmy świadkami coraz lepszych okazji dla zawodników gospodarzy. Na doprowadzenie do remisu zabrakło czasu- Paweł Poniatowski zdobył gola na 4:5 równo z ostatnim gwizdkiem sędziego. Goście mogli świętować zdobycie 3 punktów, które pomogły im utrzymać drugie miejsce w tabeli. Scorpionsi rozegrali kolejny dobry mecz, ale znów niewiele zabrakło by zapunktować.

Na pierwszą bramkę kluczowego spotkania ligi 5A pomiędzy Polskim Drewnem a ekipą Szukamy Sponsora nie musieliśmy długo czekać. Już w 4' minucie listę strzelców otworzył Kamil Anczewski- trafiając na 0:1. W kolejnych akcjach obserwowaliśmy dominację gości. Dopiero w 14' minucie byliśmy świadkami pierwszego niebezpiecznego uderzenia gospodarzy. Bramkarz gości, Patryk Kowalczyk mógł jednak odetchnąć z ulgą – piłka trafiła w słupek. Szukamy Sponsora po tym ostrzeżeniu włączyło piąty bieg i jeszcze przed przerwą zaaplikowało Polskiemu Drewnu 3 trafienia i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 0:4. W drugiej połowie byliśmy świadkami odważniejszych ataków gospodarzy, jednak były one niestety nieskuteczne. Dopiero w 37' minucie Michał Kiljan pokonał bramkarza Szukamy Sponsora. Wynik 1:4 ich jednak nie satysfakcjonował i już po chwili trafili na 2:4. Niestety, wszelkie nadzieje na dobry wynik Polskiego Drewna szybko zostały rozwiane. Po kilku chwilach hattricka skompletował Kamil Anczewski i mieliśmy już bezpieczne 2:5. W 46' minucie dzieła zniszczenia dopełnił Łukasz Figura, który wykorzystał dobre podanie od strzelca poprzedniej bramki. Po niedzielnym zwycięstwie gości tabela ligi 5A jest najprawdopodobniej najbardziej klarowną ze wszystkich w rozgrywkach Ligi Fanów. Na czele wciąż plasowała się Ekipa Remontowa, przed FC Albatros, a na najniższym stopniu podium znajduje się ekipa Poszukiwaczy. Przed końcem jesieni szykuje się jeszcze jeden hit w tej lidze – być może w meczu o pozycję lidera Szukamy Sponsora zmierzy się z Ekipą Remontową. Z taką grą jaką zaprezentowali goście, może się to być najlepszy mecz w rundzie w całej lidze. .

Zarówno International FC jak i Vietnam United w miniony weekend rozgrywali po dwa spotkania. Ich bezpośredni pojedynek był pierwszym z nich. Całe spotkanie rozgrywało się niczym we wcześniej ustalonym schemacie: na prowadzenie wychodzą gospodarze, goście wyrównują, po czym znów górą są gospodarze i tak do końcowego gwizdka. Wynik spotkania otworzył Aleksander Tołpa po strzale z rzutu wolnego. Następnie do wyrównania doprowadził Rafał Podemniak, ale na przerwę obie drużyny schodziły przy wyniku 2-1, bowiem do bramki rywala trafił Andre Oliveira. Mecz w pierwszej części był wyrównany, zespół z Wietnamu od początku ruszył do przodu, ale z biegiem czasu ich animusz malał i nie wywierali już takiej presji na rywalu. Po zmianie stron na 2-2 strzela Michał Minh, ale zawodnicy i kibice gości nie cieszyli się długo z takiego rezultatu, ponieważ chwilę później Łukasz Mikuła mocnym strzałem ponownie wyprowadza swój zespół na prowadzenie. I tak jak wspomnieliśmy na początku, właśnie w ten sposób wyglądało to spotkanie. Wietnam United wyrównuje, po czym Internacional znów oskakuje na różnicę jednej bramki. Ta gonitwa trwała właściwie do końca i kiedy wydawało się, że jednak drużyny podzielą się punktami gola na wagę trzech punktów strzela Andre Oliveira, tym samym zapewniając swojej drużynie historyczne zwycięstwo i pierwsze punkty w sezonie. Goście mogą być rozczarowani, ponieważ zagrali dobre spotkanie i z przebiegu meczu zasłużyli na ten remis.

Internacional FC po zwycięstwie nad ekipą z Wietnamu musiał stanąć po krótkiej przerwie do starcia z Pogromcami Poprzeczek. Od początku spotkania obie drużyny postawiły na ofensywę, mniej koncentrując się na obronie własnej bramki. Dlatego oglądaliśmy radosny futbol, gdzie co chwila pod jedną i drugą bramką napastnicy mieli świetne okazje do strzelania bramek. Trzeba nadmienić, że zdarzały się też ukochane przez gości poprzeczki. Ta taktyka prezentowana przez obie ekipy spowodowała że oglądaliśmy w pierwszej połowie aż 12 bramek! Skuteczniejsi byli gospodarze i po 25 minutach gry wynik brzmiał 9:3. Po zmianie stron uaktywnili się zawodnicy Tomka Mazurka. Dwie świetne akcje wykończył Daniel Karpiński i tliła się nadzieja na odrobienie strat z pierwszej połowy. Jednak dwa gole z początku drugiej odsłony były ostatnimi w tym meczu dla Pogromców. Internacional stwarzał sobie kolejne sytuacje, a wyróżniającym się zawodnikiem był Aleksander Tołpa grający świetnie w obronie i mający także akcenty w grze ofensywnej swojego zespołu. Ostatecznie gospodarze wygrywają, zgarniając w ten weekend aż sześć punktów, co pozwoliło im mocno podskoczyć w tabeli. U Pogromców nie będziemy wylewni i na plus zaliczymy, że bramkarz po raz kolejny wyszedł cały i zdrowy z obiektu przy Grenady. Z tego co wiemy, reszta też jest cała, więc wszystko idzie w dobrym kierunku, a w niedzielne popołudnie naprawdę nie było za przyjemnie, mokro, ślisko, chłodno, ale dali radę!

Drugi mecz Vietnam United rozgrywał z liderem ligi 5A – Ekipą Remontową. Jako że gospodarze mieli już w nogach jeden mecz, nie byli faworytem tych zawodów, zwłaszcza że mierzyli się z zespołem, który wygrał wszystkie dotychczasowe spotkania. Zgodnie z oczekiwaniami to goście objęli prowadzenie, ale gracze z Wietnamu stawiali zacięty opór i dwukrotnie doprowadzali do remisu w tym spotkaniu. Jednak od stanu 2-2 inicjatywę przejęła Ekipa. Najpierw wyszli na prowadzenie 2-3, po czym podwyższyli wynik po kuriozalnym golu. Bramkarz gości Darek Pocztowski posłał długą piłkę ze swojego pola karnego, piłka skozłowała, żaden z zawodników nie przeciął toru lotu piłki i wpadła ona do bramki zaskakując wszystkich zgormadzonych na tym meczu. Na 2-5 strzelił Norbert Bilski mocnym strzałem z dystansu. Drużyna Vietnam United miała też swoje okazje, ale pewnie bronił Darek Pocztowski, dając dużo spokoju swojej drużynie. Koledzy bardzo chętnie dzieli się z golkiperem piłką także Darek cały czas był pod grą. Ekipa dołożyła w tym spotkaniu jeszcze dwie bramki i zasłużenie zgarnęła kolejny komplet punktów. Gospodarze muszą jeszcze poczekać na swoje pierwsze zwycięstwo, mają jeszcze dwa mecze zaległe do rozegrania i być może właśnie tam uda się w końcu wywalczyć premierową wygraną.

Spotkanie Orłów Zabraniecka z Borowikami niespodziewanie rozpoczęło się od ciosów, które wyprowadzili gospodarze. Marcin Ryba już w 4' minucie meczu mógł pochwalić się dwoma trafieniami, a jego drużyna prowadziła 2:0. Borowiki, długo próbowały znaleźć sposób na nawiązanie kontaktu z dobrze dysponowanymi gospodarzami i z minuty na minutę ich gra wyglądała coraz lepiej. Zwieńczeniem tych starań była bramka z rzutu wolnego Sebastiana Giery. Pomimo okazji z obu stron, połowa zakończyła się wynikiem 2:1.Druga część stała pod znakiem ataków gości, którzy za wszelką cenę próbowali wyrównać. Blisko dwudziestominutowe oblężenie pola karnego Orłów obfitowało w wręcz niezliczoną ilość prób zaskoczenia Piotra Janowskiego. Niestety, uderzenia te nie stanowiły zagrożenia, gdyż większość z nich leciała wysoko ponad bramką gospodarzy. Gol dla Borowików jednak cały czas wisiał w powietrzu i w końcu doczekaliśmy się go. W 45' minucie Łukasz Osenka w końcu wcisnął piłkę do bramki gospodarzy i na tablicy mieliśmy wynik 2:2. Radość gości nie trwała jednak długo, ponieważ Orły, postanowiły zawalczyć o pełną pulę. Najpierw Krzysztof Zając uderzył w poprzeczkę, a chwilę później sprawy w swoje ręce wziął David Swanwick. Obrońca gospodarzy pokonał bramkarza precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego i ustalił wynik spotkania na 3:2. Zawodnicy gości musieli się czuć zawiedzeni, gdyż praktycznie całą drugą połowę prowadzili oblężenie pola karnego Orłów. Kluczowe okazały się braki koncentracji po wznowieniach, które kosztowały ich w tym meczu 3 punkty.

 

 

Mimo niezłej postawy Tylko Zwycięstwo wciąż pozostawało bez punktów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Ich rywalem była FC Kebavita, więc było wiadomo, że o pierwsze punkty będzie ciężko. Miało to odzwierciedlenie na boisku, bowiem od początku zaatakowała drużyna gości, ale parokrotnie bardzo dobrze bronił Sergiusz Bienias. Z czasem do głosu zaczęła dochodzić ekipa braci Jałkowskich, lecz z kolei w bramce Kabavity na posterunku był Piotr Kalbarczyk. Taktyka zespołu Buraka Cana była prosta i okazała się skuteczna. Zawodnicy grający w białych koszulkach szukali w polu karnym prostopadłego podania do Barisa Kazkondu, a ten z obrońcą na plecach próbował się obrócić i oddać strzał lub zgrać futbolówkę do partnera. W ten właśnie sposób Kebavita objęła prowadzenie, a po bliźniaczej akcji mogło być 0-2, ale Baris trafił w słupek. Do przerwy mieliśmy wynik 0-1. Rezultat nie taki zły dla gospodarzy, więc jeszcze sporo mogło się wydarzyć w drugiej części. Po zmianie stron mieliśmy okres, w którym więcej działo się pod bramką Kebavity. Dobrze jednak spisywał się bramkarz, a ponad to brakowało nieco precyzji przy konstruowaniu akcji Tylko Zwycięstwo. To się zemściło, bowiem później goście podwyższyli prowadzenie do 0-3. Dopiero po trzeciej bramce gospodarze się przełamali i Szymon Jałkowski trafia dla TZ. W odpowiedzi mamy bramkę na 1-4 dla Kebavity. Następnie mieliśmy do czynienia z groźnymi rożnymi z obu stron. Skuteczniejsi  byli gospodarze, bowiem szczupakiem piłkę do siatki skierował Andrzej Morawski (bramka na 2-4), a z drugiej strony Obem Brain trafił jedynie w słupek. W dalszej części meczu był dokładniejszy, bowiem trafił w końcu do bramki TZ, hattricka ustrzelił Christian Namani i mecz kończy się wynikiem 2-6

Będąca w dobrej formie Contra podejmowała Moczymordy ,które po porażce z East Windem chciały jak najszybciej zapunktować, aby nie tracić kontaktu z liderem. Do składu powrócili Zbyszek Obłuski i Norbert Petasz ,ale brakowało Dominika Skorży ,który nabawił się kontuzji. Pierwsze minuty to szybkie dwie bramki. Dawida Bieli dla Contry i Zbyszka Obłuskiego dla Moczymord. Później mieliśmy żółtą kartkę dla Piotra Szurmińskiego, który niczym Jan Furtok chciał zdobyć bramkę ręką, jednak arbiter był czujny oraz  dobrze ustawion, więc zamiast gola mieliśmy żółtą kartkę. Contra jednak tej przewagi nie potrafiła wykorzystać. Gospodarze mieli kilka wybornych okazji ,ale tak jakby wystrzelali się w poprzednich dwóch kolejkach i nie byli już tak skuteczni. Niemoc przerwał Paweł Pająk strzelając w 22 minucie na 2:1. Taki wynik utrzymuje się do przerwy. Po zmianie stron niezawodny Zbyszek Obłuski doprowadza w 28 minucie do remisu. Mecz w tym momencie wyrównuje się i każda ze stron ma swoje okazje ,ale wynik 2:2 cały czas się utrzymuje. Widać było że każdy chce walczyć o pełną pulę i remis nikogo tutaj nie zadowoli. Gdy wydaje się że podział punktów jest realnym scenariuszem ponownie daje o sobie znać Zbyszek. Znowu piłka go szuka i w 46 minucie kompletuje hattricka w tym meczu. Rozpaczliwe ataki ekipy Michała Raciborskiego nie przynoszą efektu i po raz kolejny napastnik Moczymord daje tej drużynie cenne punkty. Z perspektywy meczu lepszym zespołem była Contra ,ale punkty pojechały w komplecie na Mokotów.

Tymczasem na drugim boisku East Wind walczył o utrzymanie się na szczycie tabeli Ekstraklasy, a przy korzystnych rezultatach, na powiększenie przewagi nad najgroźniejszymi rywalami. Ich przeciwnikiem był zespół Wawalions, którzy przystąpili do zawodów osłabieni brakiem nominalnego bramkarza oraz ich najlepszego zawodnika obecnego sezonu Volodymyra Humeniuka. Mimo takich osłabień goście nie prezentowali się źle na tle obecnego lidera rozgrywek. Co więcej, na początku mieli lepsze sytuacje do strzelenia bramki. Najpierw dali sygnał ostrzegawczy gospodarzom, kiedy to po źle rozegranym rożnym East Windu wyszli z kontrą, ale trafili jedynie w słupek. W końcu dopięli swego i Yurii Naidyshak otwiera wynik spotkania. To obudziło zawodników Sebastiana Dąbrowskiego. Najpierw Michał Nowak wyrównuje, a później dwukrotnie do bramki trafia Filip Junowicz i East Wind wygrywa już 3-1. Wawalions nie składali broni i złapali kontakt z przeciwnikiem po bramce Bohdana Mereshuka, który wstrzelił piłkę w pole karne, ta odbiła się po drodze od zawodnika i trafiła do siaki. Wynik na 4-2 do przerwy ustalił Sebastian Dąbrowski. Po zmianie stron lepiej prezentowali się zawodnicy Wawalions, mieli parę sytuacji, ale bez finalizacji. Skuteczniejsi byli rywale i na 5-2 trafił Damian Patoka. W późniejszej fazie meczu w grze obu drużyn wkradł się mały chaos, Wawalions nie wykorzystali swoich kontr, a East Wind grał nieco niedokładnie i nie potrafił wykorzystać  faktu, że rywal grał z lotnym bramkarzem. Obie drużyny strzeliły jeszcze po jednej bramce i wynik końcowy tego spotkania brzmiał 6-3.

Zarówno Anonymmous  jak i Chemik Bemowo przed spotkaniem miały na swoim koncie zaledwie po jednym punkcie. Stawialiśmy na Anonimowych wierząc, że zmobilizują się na ten mecz, wszakże obie drużyny dobrze się znają, bo rywalizowały często ze sobą w lidze bemowskiej. To co charakteryzuje obie ekipy to duża rotacja składu, co na poziomie Ligi Fanów nie pozwala na wymierne sukcesy. Lepiej w mecz weszli gospodarze i w 9 minucie objęli prowadzenie. W 19 minucie wyrównał Maciek Skurzyński i pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1. Żadna z drużyn nie osiągnęła znaczącej przewagi i widać było, że oba teamy nie chciały przegrać kolejnego meczu, co determinowało koncentrowanie się na defensywie. Po zmianie stron bramka Tomasza Łokietka otworzyła spotkanie. Chemik musiał zaatakować, ale gospodarze skutecznie się bronili. W 39 minucie Mariusz Sochań strzela na 2:2, a po chwili goście już prowadzą za sprawą Piotra Dzisiowa. Ekipa z Bemowa idzie za ciosem i na listę strzelców wpisują się Piotr Urbański oraz Maciek Skurzyński ,a drużyna Macka Miękiny ponownie w tym sezonie grałą jakby bez wiary w końcowy sukces. Tomasz Łokietek  w końcówce zmniejsza rozmiary porażki na 3:5. Anonimowi fatalnie zaczęli sezon i patrząc na poziom drużyn w Ekstraklasie, o utrzymanie będzie z taką grą ciężko. Chemik ma potencjał, ale nam wydaję się że potrzeba tej ekipie stabilizacji, aby Ci sami zawodnicy pojawiali się na meczach co tydzień, a wtedy jest szansa powalczyć być może nawet o podium.

Mistrz Tur Ochota podejmował FC Wilanów, który nareszcie zebrał solidny skład i miał podstawy do tego, by myśleć o zwycięstwie. Pierwsza połowa to rezultat, który zmieniał się dynamicznie. Gdy jedna drużyna strzelała, natychmiast druga odpowiadała i mieliśmy cały czas wynik na styku. Świetnie prezentował się Rafał Polakowski wspierany przez Łukasza Rostowskiego, który bardzo dobrze prezentował się na tle zawodników z Ochoty. Kapitalnie też bronił Jacek Żołnierski wielokrotnie ratując swój zespół przed stratą bramki. Do przerwy mamy wynik 3:4. Po zmianie stron za sprawą Rafała Polakowskiego mamy dwubramkową przewagę Wilanowa. Tur jednak cały czas atakuje i niweluje straty do jednego trafienia. Taka sytuacja utrzymuje się przez całą drugą połowę. Drużyna Konrada Kowalskiego nie jest w stanie osiągnąć jednak  remisu. Zaczynają się nerwy i niepotrzebne uszczypliwości. Sędzia jednak najbardziej aktywnych zawodników szukających zwarcia napomina kartkami. Sama końcówka to bramki Macieja Pawlickiego i Roberta Hankiewicza. Dwubramkowa przewaga na korzyść Wilanowa zostaje dowieziona do końca. Tur przegrywa po raz pierwszy i teraz będzie gonił lidera, a Wilanów pokazuje, że jeżeli się zbierze, to jest mocny. Szkoda że na początku sezonu ta drużyna miała takie problemy organizacyjne, bo przez to straciła kilka cennych punktów, które mogą zaważyć na pozycji tej ekipy na koniec sezonu.

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
2 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 1

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 2A

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
1 0

LIGA 2B

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 3A

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 3B

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 4A

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
3 0

LIGA 4B

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 5A

Kolejka 8

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi