Wczytuję...

NOCNA LIGA HALOWA

Kończy się runda, więc już niedługo staniecie przed bardzo poważnym dylematem - gdzie zagrać podczas zimy? Mamy dla Was coś idealnego!

ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE

Nie masz zespołu? Chciałbyś zagrać w Lidze Fanów? Uwielbiasz piłkę nożną? Wychodzimy naprzeciw waszym oczekiwaniom i proponujemy komfortowe rozwiązanie!

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

ZMIANY NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

NOCNA LIGA HALOWA
ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIE
ZMIANY NA FACEBOOKU!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 5.

24
Paź

5 kolejka Ligi Fanów nie była może zbyt bramkostrzelna, ale w jednym aspekcie okazała się rekordowa: tak wyrównanej serii spotkań chyba jeszcze nie było w historii Ligi Fanów. Na rozegranych 46 meczów, aż 10 zakończyło się podziałem punktów, a o rozstrzygnięciu kolejnych 5-ciu zadecydowała tylko jedna bramka. W miniony weekend na Arenie Grenady i Picassa widzieliśmy dużo walki, wiele zaangażowania i zwrotów akcji. Zapraszamy do lektury naszego posumowania.

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 5.

 

EKSTRAKLASA

Starcie Contry z Tylko Zwycięstwo na poziomie Ekstraklasy było okazją do rewanżu za ostatni mecz poprzedniego sezonu, w którym goście wygrywając, pozbawili gospodarzy mistrzostwa. I początek spotkania mógł te demony z przeszłości przywołać. Jeszcze wszyscy zawodnicy nie zdołali dobrze ustawić się na boisku, a już mieliśmy wynik 0:1. Aleksander Szyszka przegrywa przebitkę i piłka ląduje pod nogami Andrzeja Morawskiego, który otwiera wynik meczu. Była to około 10 sekunda meczu, więc początek dla teamu braci Jałkowskich wymarzony. Stopniowo jednak to Contra po stracie bramki zaczęła przeważać, czego efektem były trafienia Aleksandra Szyszki i Dawida Biela.Szczególnie ten drugi grał znakomite zawody, robiąc sporo problemów obronie przeciwników. Widać było brak Mateusza Górskiego ,który trzyma defensywę w ryzach i o wiele trudniej rywalom wtedy stwarzać zagrożenie pod bramką strzeżoną przez Kubę Karasińskiego. Do przerwy mamy wynik 3:1. Po zmianie stron gospodarze kontrolowali przebieg spotkania. Grali uważnie w defensywie, szczególnie pilnując napastnika Andrzeja Morawskiego ,którego w drugiej połowie obrońcy Contry praktycznie wyłączyli z gry. Kolejne bramki osłabiły trochę determinację w grze TZ. Wynik spotkania zamyka Michał Raciborski strzelając dwa gole i ostatecznie Contra pewnie pokonuje Tylko Zwycięstwo 7:1, skutecznie rewanżując się za zeszły sezon. Gospodarze zajmują czwartą lokatę ,a mają jeszcze mecz zaległy ,także wygląda to nieźle ,ale najcięższe mecze dopiero przed tą ekipą. Goście jak patrzymy na poprzednie kolejki zagrali jak na razie najgorszy mecz ,a paradoksalnie z mocniejszymi drużynami ich gra wyglądała dużo lepiej.

Bardzo wyrównane spotkanie zaserwowały nam drużyny Wawalions i Wilanowa. Obie drużyny wystąpiły bez etatowych bramkarzy , a zastąpili ich zawodnicy z pola, odpowiednio: Maksym Yanchenko i Piotr Krawczyk. To determinowało taktykę obu ekip i oglądaliśmy w pierwszej połowie ataki, w których często wykorzystywani byli zawodnicy stojący między słupkami z racji tego, że dobrze grali nogami. Oglądaliśmy raz pod jedną, raz pod drugą bramką zamek hokejowy. Jako pierwsi wyszli na prowadzenie gracze z Wilanowa. Maciek Pawlicki był strzelcem gola i wydawało się, że goście pójdą za ciosem. Jednak po kilku minutach po stracie piłki z kontrą wychodzą gospodarze i Mykhailo Kurylov wyrównuje. Wynik 1:1 mamy po 25 minutach gry. Po zmianie stron mamy podobny obraz gry, gdzie obie ekipy mają swoje okazje ,ale coraz lepiej grający goście wychodzą na dwubramkową przewagę. Widząc niemoc strzelecką swoich kolegów Maksym Yanchenko próbuje strzałów z dystansu i w końcu udaje mu się zdobyć gola dającego jeszcze szanse na korzystny wynik. Końcówka to jednak seria błędów w wyprowadzaniu ataków Wawalionsów, z czego skrzętnie korzysta Wilanów i dwukrotnie przejmując piłkę, trafia do pustej bramki. To zamyka szanse na jakiekolwiek punkty dla gospodarzy i mecz kończy się wynikiem 2:7. Wilanów odbija się w końcu i jeżeli na mecze będą przyjeżdżać tacy zawodnicy jak Kamil Kudelski czy Artur Sieradzki, to jest szansa na powalczenie o dobrą pozycję w tym sezonie. Wawalions mimo niezłej gry przegrywa i musi poprawić skuteczność i wystrzegać się prostych błędów w obronie ,bo na poziomie ekstraklasy moment słabości przeciwnicy potrafią bezlitośnie wykorzystać.

Byliśmy ciekawi jak będzie przebiegało spotkanie Tura Ochota z Chemikiem Bemowo. Drużyny świetnie się znają i każdy wiedział czego może się spodziewać po poszczególnych zawodnikach. Zabrakło jednak kilku kluczowych graczy po stronie gości ,a u gospodarzy choćby Maćka Baranowskiego. Pierwsze minuty spotkania to szybkie dwie bramki dla Chemika. Korzystając z tego, że między słupkami Tura stał Erwin Nowik, zieloni starali się to jak najlepiej wykorzystać. Nie ustrzegli się jednak błędów w defensywie i podali pomocną dłoń Turowi w postaci rzutu karnego ,który daje bramkę kontaktową . Po chwili jednak ponownie wychodzą na dwubramkową przewagę. Ekipa Konrada Kowalskiego mozolnie zaczyna odrabiać straty, tak że po 25 minutach mamy remis 3:3. W między czasie dojeżdża Paweł Wysocki i gospodarze mają już golkipera etatowego na placu. I już na początku drugiej odsłony miał sporo pracy. Chemik ma trzy wyborne sytuacje ,ale nic nie wpada do sieci. W drugą stronę mamy rzut wolny i kapitalny strzał Erwina Nowika ,który grał już w polu, i mamy 4:3. Goście atakują jeszcze mocniej ,ale zawodzi skuteczność. Tur podwyższa prowadzenie trafiając dwa razy i mając korzystny wynik nie forsuje tempa ,a stara się jak najdłużej utrzymać przy piłce. W końcówce widzimy jeszcze po jednym trafieniu z obu stron i kolejny triumf, jak najbardziej zasłużony, obecnego mistrza staje się faktem. Chemik z meczu na mecz gra coraz lepiej. Ma zawodników w składzie ,którzy posiadają duże umiejętności ,ale potrzeba by tacy zawodnicy jak Piotr Dzisiów czy Paweł Giel pojawiali się co tydzień, a wówczas o punkty będzie zdecydowanie łatwiej.

Starcie Moczymord z East Windem miało być hitem kolejki ,ale patrząc na przebieg spotkania, wiele osób było zdania, że nie był to tak emocjonujący mecz jak w zeszłym sezonie. Na pewno jedną z przyczyn, kluczową w naszej opinii, był brak w ekipie gospodarzy Zbyszka Obłuskiego oraz Piotra i Norberta Petaszów. Jednak ekipa z Mokotowa niezależnie w jakim jest składzie, zawsze walczy o pełną pulę i nie inaczej było tym razem. Już w 40 sekundzie meczu doszło do zwarcia dwóch zawodników: Damiana Patoki i Łukasza Widelskiego. Sędzia jednak szybko przeprowadził rozmowę z graczami sygnalizując, że nie pozwoli na niesportowe zachowanie na boisku i reszta meczu była spokojna.Nie oznacza to, że nie było walki. Wręcz przeciwnie, zawodnicy dawali z siebie maksimum wysiłku. Strzelanie rozpoczął East Wind. Sebastian Dąbrowski dograł do Damiana Patoki i mamy 0:1.Wydawało się że goście zdominują od początku rywala i zagwarantują sobie bezpieczną przewagę. Błysk geniuszu Dominika Skorży i kapitalne prostopadłe podanie do Łukasza Widelskiego daje Moczymordom remis. Długo taki wynik utrzymywał się na tablicy wyników. Dopiero w końcówce pierwszej połowy Filip Junowicz strzela na 1:2. Po zmianie stron Moczymordy starają się doprowadzić do wyrównania ,ale przytrafiają się im błędy i goście podwyższają prowadzenie. Moczymordy trafiają w końcu na 2:4, a po faulu zawodnika gości mają okres gry w przewadze. Niestety w ogóle nie potrafili wykorzystać przewagi jednego zawodnika grając wolno i przewidywalnie. Końcówka to bramka Patoki, który lobuje bramkarza i zamyka wynik spotkania. East Wind z kompletem punktów lideruje w tabeli i zapewne z Turem powalczy o mistrzostwo jesieni. Natomiast Moczymordy mają już 4 punkty straty do lidera i perspektywę ciężkich meczów przed sobą. Jeżeli do zdrowia wróci Zbyszek Obłuski , a bracia Petasz będą się pojawiać na meczach, to ta strata jest do odrobienia.

W tym sezonie forma FC Kebavity wydaje się być stabilna i póki co chłopaki okupują środek tabeli, ale na pewno mają apetyt na wyższe miejsca. Za to początek zmagań w Ekstraklasie to dla ekipy Anonymmous głównie walka z brakami kadrowymi. Nie inaczej było tym razem. Brak Maćka Miękiny na bramce został uzupełniony Marcinem Osowskim, ale nie był to najlepszy występ tego bramkarza. Pierwsze minuty meczu przynoszą cios ze strony Anonimowych. Błąd obrony wykorzystuje Michał Głębocki i Anonymmous wychodzą na prowadzenie. 4 minuty później wyrównuje Obem Brain, a chwilę później na prowadzenie Kebavitę wyciąga Kamil Majorek. Odpowiedź przeciwnika to piękna zespołowa akcja, podanie Filipa Krosno i spokój Michała Głębockiego, który nie daje szans bramkarzowi Kebavity. Od 15 minuty przewaga boiskowa Anonymmous była bardzo wyraźna - zamknęli oni graczy Buraka Cana w "hokejowym zamku" i nie dawali nawet zapędzić się pod bramkę Marcina Osowskiego. Dodatkowo zaaplikowali jeszcze kolejną bramkę i przy stanie 2:3 wydawało się, że mecz do końca będzie bardzo wyrównany. Niestety dla Anonnymous kontuzji nabawił się Eryk Stoch i ich przewaga stopniowo malała. Kamil Majorek trafia jednego, a Baris Kazkondu strzela 3 gole i Kebavita schodzi na przerwę z wynikiem 6:3. Druga połowa zaczyna się dla Anonymmous bardzo nieszczęśliwie. Za obronę piłki ręką poza polem karnym czerwoną kartkę otrzymuje Marcin Osowski i jego team musi grać bez etatowego bramkarza. Sytuację tę wykorzystali Obem Brain i Baris Kazkondu, którzy zostali architektami dalszej części tego meczu. Bezlitośnie strzelali Anonimowym kolejne gole. Obaj gracze zdobyli w tym meczu aż 10 bramek. W drużynie Anonymmous na uznanie zasłużył Michał Głębocki, który do samego końca walczył o nieco lepszy wynik i w sumie trafił aż 5 razy. Ostateczny wynik to 12:6. Kebavita umacnia się w środkowej części tabeli, a ekipa Maćka Miękiny zdecydowanie musi popracować nad frekwencją bo zaraz będzie im się szykowała walka o utrzymanie.

LIGA 1

Faworytem w pierwszym niedzielnym spotkaniu na Picassa była drużyna FC Górki. Pomimo wczesnej godziny zespoły przyjechały gotowe do walki i od pierwszych minut urządziły strzelaninę, która pobudzała lepiej niż najlepsza kawa. Już po 5 minutach na tablicy widniał wynik 2:2 a drużyny nie chciały zwalniać tempa. Zespoły spróbowały spowolnić grę dopiero po 10 minutach, przy prowadzeniu 3:2 dla gospodarzy. Była to jednak tylko przerwa na przeładowanie karabinów, ponieważ kolejna kanonada obudziła okoliczne osiedla jeszcze przed przerwą. Najpierw wynik spotkania wyrównał Tomasz Redas, jednak przed gwizdkiem ujrzeliśmy jeszcze dwa trafienia – najpierw atomowym uderzeniem z połowy popisał się bramkarz gospodarzy – Konrad Litwiniuk, a gola do szatni zdobył Łukasz Walo. 4:4 do przerwy.Po zmianie stron na pierwsze prowadzenie w spotkaniu wyszedł Drunk Team. Adam Pochwała zrobił zwodem wystarczająco dużo miejsca, aby móc przymierzyć i uderzyć nie do obrony sprzed pola karnego gospodarzy. Kolejne minuty przebiegały pod znakiem bezradności zawodników Górki, których głównym sposobem na zagrożenie bramki gości było uderzenie z własnej połowy przez Konrada Litwiniuka. Fakt, że bramkarz oddał najwięcej strzałów w drużynie jest rzadko spotykany, ale należy pogratulować Konradowi zaufania kolegów z teamu i dobrze ułożonej nogi. W 43' minucie bramkarz FC Górka był bliski skompletowania hattricka, ale jego uderzenie trafiło w poprzeczkę. Kiedy w 45' minucie bramkę na 4:6 zdobył Tomasz Redas, wydawało się, że mecz jest rozstrzygnięty, jednak inne zdanie miał Jacek Staniszewski. W dwóch ostatnich minutach zawodnik gospodarzy zdobył dwie bramki, wydzierając jeden punkt z rąk zawodników Drunk Teamu.

Bardzo ciekawie i emocjonująco było w spotkaniu LTM-u Warsaw z Bulbezem. Ekipa z Bemowa tak jak ma w zwyczaju przyszła na mecz żelazną szóstką z jedną zmianą, gdzie musiał zagrać zawodnik nie do końca zdrowy i zmagający się z kontuzją. LTM wystąpił bez Łukasza Szali ,ale reszta podstawowych zawodników zameldowała się na placu. Drużyna Michała Rychlika cofnęła się na własną połowę i czekała na swoje szanse. Gospodarze prowadzili grę, stwarzali sytuacje ,ale bez efektu bramkowego. Za to Bulbez miał trzy świetne okazje po kontrach , ale brakowało skuteczności. Niemoc strzelecka została przerwana po wejściu Marcina Kowalskiego ,który najpierw wywalczył rzut wolny, a chwilę później, po jego strzale, do odbitej piłki dopadł Adam Biegaj i mamy 0:1. Obraz gry się nie zmienia, nadal zieloni są w głębokiej defensywie i tak udaje się dotrwać do przerwy. Po zmianie stron LTM jeszcze mocniej naciska czego efektem jest bramka Kamila Kuczewskiego. Chwilę później mamy już 2:1. Po nieporozumieniu i nie najlepszym przyjęciu piłki przez „Magistra" Grzegorz Biele trafia do bramki Marcina Osowskiego. Gdy wydaje się że gospodarze pójdą za ciosem mamy ponownie akcję duetu Kowalski – Biegaj i po strzale tego drugiego ponownie remis. Ostatnie minuty to obrona Częstochowy i zwalnianie gry przez gości. Kuriozalne były dwie sytuacje, gdzie nie miał kto wykonać rzutu rożnego ,a na dosłownie 40 sekund do końca bramkarz Bulbezu tak opieszale idzie po piłkę, że sędzia zatrzymuje czas. I te właśnie 40 sekund były na wagę trzech punktów. Wznowienie ,piłkę przejmuje Adam Biegaj i zagrywa do Rafała Szewczyka który z metra pakuje piłkę do siatki. Koniec, rozbrzmiewa ostatni gwizdek . Mamy niespodziankę, bo przed meczem remis dla ekipy z Bemowa byłby brany przez tych zawodników w ciemno ,ale dzięki walce i zaangażowaniu wygrywają, i meldują się na trzeciej pozycji w tabeli. LTM zagrał nieskutecznie i to niestety zemściło się w końcówce.

Równie zacięty był pojedynek Niezłomnych z FC Hazard 86. Obie ekipy nie przystąpiły do zawodów w najlepszych możliwych zestawieniach. U gospodarzy to żadna nowość, w końcu kilku zawodników będzie dostępnych dopiero w przyszłej rundzie, natomiast u gości zabrakło chociażby dwóch Przemysławów : Rawy i Alberskiego czy Adriana Bartkiewicza. Pomimo takich braków, lepiej w mecz weszli zawodnicy Hazardu, a wynik otworzył Kamil Plisikiewicz. Wyrównał Taras Kobliuk z rzutu karnego podyktowanego za zagranie piłki ręką. Od stanu 1-1 głównymi aktorami byli bramkarze. Najpierw dobrze interweniował Vitaliy Yashchuk, a później dwukrotnie popisywał się swoimi umiejętnościami Franciszek Teodorczyk. Ten drugi golkiper skapitulował jeszcze przed przerwą. Wtedy to po niewykorzystanej akcji Hazardu z kontrą wyszli Niezłomni, a dokładniej wspomniany wcześniej Taras Kobliuk, który wykończył dwójkową akcję z Arturem Korianowem. Do przerwy wynik brzmiał 2-1. Po zmianie stron goście doprowadzili do szybkiego wyrównania, a Piotr Lach ponownie wyprowadził Hazard na prowadzenie. W odpowiedzi Taras Kobliuk uderzył z dystansu i tym strzałem znalazł drogę do siatki rywala, a później jego imiennik Taras Horynevskii strzelił na 4-3. Ten mecz to była istna sinusoida, ponieważ gracze Hazardu znów doprowadzili do remisu, a następnie z kolei to oni znów prowadzili w meczu. Na parę minut przed końcem Kobliuk przejął piłkę na własnej połowie i widząc mocno wysuniętego bramkarza posłał piłkę ze znacznej odległości do niemal pustej bramki. Zawodnicy Hazardu nie mogli uwierzyć w tak straconą bramkę i właściwie 3 punkty przeszły im koło nosa. Na kolejne bramki nie starczyło czasu i w tym spotkaniu padł remis 5-5.

Papadensy w tym sezonie wyglądają na bardzo mocny zespół, komplet zwycięstw tylko to potwierdza. Zawodnicy Hiszpania Club de Futbol nie zważając na okoliczności i renomę przeciwnika podeszli do zawodów bardzo skoncentrowani i ich celem było urwanie punktów faworytowi. Od pierwszych minut spotkania mecz był prowadzony na wysokich obrotach, duża kultura gry oraz wymienność podań, te elementy mogliśmy bez trudu dostrzec. Wynik spotkania otworzył Cezary Strąk, po podaniu Marka Wójcika. Mimo to goście starannie dążyli do przełamania defensywy rywali, było to o tyle wymagające zadanie, ponieważ gospodarze słyną ze skutecznej obrony – tracą stosunkowo mało bramek. I to do tego dnia się powtórzyło. Natomiast w szeregach Hiszpanów doskonale prezentował się bramkarz Gabriel Zambrano. Do przerwy skromne prowadzenie Papadensów 1:0. W drugiej części było jeszcze więcej starć bark w bark, pojedynki zawodników obu zespołów były efektowne. Warto wyróżnić również golkipera gospodarzy Dominika Podlewskiego, który długo był niepokonany w tym spotkaniu. Groźne strzały padały z obu stron, najpierw w poprzeczkę strzelił Paweł Pająk, by po chwili w obramowanie bramki trafił rywal – Juan Martin. Gospodarze odskoczyli rywalom na 2:0, ale wynik jeszcze nie był przesądzony. W końcu padła bramka kontaktowa, która ponownie wprowadziła emocje na boisku. Hiszpanie byli o włos od remisu, jednak Damian Podlewski skutecznie zapobiegł utracie bramki. Po chwili gospodarze strzelili gola na 3:1 w końcówce spotkania, czym ustalili wynik meczu. Nie zawiedliśmy się, ponieważ w tej rywalizacji nie mogliśmy narzekać na brak emocji i dramaturgii.

LIGA 2A

W pierwszym spotkaniu ligi 2A zespoły przystępujące do rywalizacji miały różne cele przed tym meczem. Junak chciał zdobyć pierwsze punkty w sezonie, natomiast Chłopcy z Bródna nie zamierzali schodzić z fotela lidera w lidze. Zdecydowanym faworytem tego spotkania byli goście. Można było to wywnioskować już po pierwszych minutach meczu. Chłopcy z Bródna cały czas nacierali na gospodarzy. Najpierw jeden z ich graczy obił spojenie bramki, aby po przejęciu piłki przez Bartosza Januszewskiego i jego dograniu do Mariusza Łukasika wyjść na prowadzenie. Kolejna bramka dla gości to przemyślane prostopadłe podanie Macieja Frąckiewicza do Bartosza Januszewskiego, który świetnie zastawił się z piłką i skierował ją do siatki. Drużyna Junaka cały czas próbowała złapać kontakt. Udało się to po rzucie wolnym pośrednim, po mocnym strzale pod poprzeczkę Macieja Radziszewskiego. Dzięki swojej konsekwentnej grze udało się im doprowadzić do remisu przed przerwą. Po 25 minutach mieliśmy 2:2. Obie ekipy wyszły zmotywowane na drugą część spotkania, bo wynik wciąż pozostawał sprawą otwartą. W drugiej połowie po podaniu Macieja Frąckiewicza, Bartosz Januszewski, który zagrał świetne zawody w ekipie Chłopców z Bródna, ponownie wyprowadził zespół na prowadzenie. W kolejnych minutach strzelec zamienił się w asystenta, a wynik podwyższył Damian Łukasik i mieliśmy już 2:4. Junakowi udało się jeszcze złapać kontakt po trafieniu Pawła Groszkowskiego. Niestety dla drużyny gospodarzy, Maciej Frąckiewicz zamienił dobre podanie od kolegi z drużyny na bramkę, ustalając tym samym wynik spotkania na 3:5.

W pierwszych minutach kolejnego spotkania byliśmy świadkami wyrównanego meczu. Pierwsze niebezpieczne strzały należały do graczy FC Karmelickiej – najpierw pomylił się Marcin Białkowski, jednak po chwili Witek Jasiński otworzył wynik, po podaniu Bartka Chylińskiego. W kolejnych minutach byliśmy świadkami koncertu Karola Trzcińskiego, który najpierw zdobył bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego(!), a później po przechwycie podwyższył wynik na 3:0. Jednak Virtualne Ń nie składało broni i tworzyło dogodne sytuacje. Niestety zawodnicy gości nie grzeszyli skutecznością – między 16' a 20' minutą powinni strzelić minimum dwie bramki, jednak Mateusz Godlewski wyszedł za każdym razem z opresji obronną ręką. Dopiero pod sam koniec pierwszej połowy Robert Zając strzelił długo wyczekiwaną bramkę na 3:1. Niestety, druga połowa była całkowicie jednostronnym widowiskiem. Zawodnicy Karmelickiej włączyli nie piąty, a szósty bieg i odjechali w tempie natychmiastowym zawodnikom w zielonych koszulkach. Już w 33' minucie było 6:1 dla gospodarzy. Kiedy po chwili rozmiary porażki zmniejszył ponownie Robert Zając, wydawało się, że popisy strzeleckie w końcu się zakończą. Gospodarze przekonali nas, że to nic bardziej mylnego i w ostatni kwadrans zdobyli aż 9 bramek. Za wszystkie trafienia Karmelickiej odpowiadał kwartet: Bartek Chyliński, Karol Trzciński, Witek Jasiński i Marcin Białkowski. Mecz zakończył się wynikiem 15:3, a gospodarze wygrali drugą połowę aż 12:2. Dzięki zwycięstwu, na półmetku rundy jesiennej Karmelicka FC przesunęła się na czwarte miejsce, tracąc do podium zaledwie jeden punkt.

Warszawska Ferajna w meczu 5 kolejki była przez nas uznawana za faworyta najbliższego starcia. Szukająca nowych rozwiązań Joga Bonito zaskoczyła wszystkich. Na pozycji bramkarza nieoczekiwanie pojawił się Kamil Sala. Od pierwszych minut byliśmy świadkami strzelaniny na Białołęce – już w 3' minucie wynik otworzył Kacper Domański. Po chwili Joga Bonito mogła wyrównać, jednak strzał gości świetnie wybronił Michał Kaleta. Jednak już w 9' minucie bramkarz gospodarzy musiał skapitulować – gola na 1:1 strzelił Sebastian Kluczek. W tym momencie otworzył się worek z bramkami, gdyż już po chwili było 2:2. Na listę strzelców najpierw wpisał się Kacper Michaluk, a mecz wyrównał dotychczasowy bramkarz Jogi Bonito – Paweł Jadczak. W ciągu ostatnich minut pierwszej połowy byliśmy świadkami kolejnej kanonady, która zakończyła się wynikiem 3:4. Druga odsłona rozpoczęła się od wyrównania – już w 27' minucie Kacper Domański skompletował hattricka. Po chwili był także bliski zdobycia kolejnej bramki z rzutu wolnego. Z czasem jednak zaczęła się zarysowywać coraz większa przewaga zawodników w szarych koszulkach. Najpierw Sebastian Kluczek zdobył gola na 4:5, a później Mateusz Bubrzyk dał gościom komfortowe, dwubramkowe prowadzenie. Ostatnie minuty stały pod znakiem ataków Warszawskiej Ferajny. Zawodnicy gospodarzy ostatecznie doprowadzili do wyrównania, zdobywając bramki w 43' i 45' minucie meczu. Po końcowym gwizdku obie drużyny mogły czuć się niepocieszone. Gospodarze niespodziewanie stracili punkty z niżej notowanym przeciwnikiem, natomiast Joga Bonito nie dowiozła dwubramkowej przewagi, którą miała jeszcze 8 minut przed końcem regulaminowego czasu gry.

Tak jak zapowiadaliśmy starcie FC Melange z Wiernym Służewcem miało to być meczem na „przełamanie" dla doświadczonej ekipy z Bielan.. Drużyny ze środka tabeli dotychczas zanotowały takie same wyniki: 2 zwycięstwa i 2 porażki. Od początku spotkania gospodarze przejęli kontrolę na grą, co przełożyło się na groźne sytuacje i wreszcie padł gol na 1:0 po dwójkowej akcji Kamila Marciniaka z Adrianem Zegarem. Jak się później okazało, to rozwiązało worek z bramkami, mimo dość chaotycznych fragmentów po obydwu stronach boiska. Bramkę wyrównującą strzelił Hubert Wolak, który przytomnie zachował się w polu karnym Bartosza Jakubiela. Przed przerwą byliśmy świadkami prawdziwej wymiany ciosów, FC Melange ponownie wyszedł na prowadzenie, by je utracić na rzecz gości. Bramkę na 2:3 zdobył Hubert Wolak. Gospodarze nawet na chwilę nie zwątpili w swoje umiejętności i jeszcze przed gwizdkiem sędziego wyrównali, by w ostatniej akcji pierwszej połowy zdobyć gola na 4:3. Strzał głową Łukasza Słowika był prawdziwą ozdobą tej części gry. Po zmianie stron obie zespołu nie miały za bardzo pomysłu na konstruowanie akcji. Wierny Służewiec ponownie powinien strzelić gola na remis, jednak napastnik gości skiksował przed pustą bramką. Goście bardzo mocno zepchnęli do defensywy FC Melange, jednak to nie przełożyło się na gole. Przy kontrataku gospodarzy faul na środku boiska popełnił golkiper Kamil Ceran, który co prawda uchronił swój zespół przed utratą bramki, ale wyleciał z boiska z żółtą kartką. Była to końcówka spotkania i grając w przewadze na 5:3 trafił Łukasz Słowik, strzelec trzech bramek w tym spotkaniu.

Na arenie Picassa Saska Kępa podejmowała Mocny Melodramat, który nie odniósł w tym sezonie jeszcze porażki. To właśnie goście byli typowani na faworytów tego spotkaniu. Obie ekipy po pierwszym gwizdku miały wiele sytuacji. Wynik spotkania otworzył Mocny Melodramat, a dokładniej Piotr Parol po podaniu Bartosza Figata. Goście postanowili pójść za ciosem i po chwili było już 0:3. Z taką drużyną wynik ciężki do nadrobienia, ale wtedy w szeregach gospodarzy nastąpiło przebudzenie Karola Mroczkowskiego. Na początku asystował przy trafieniu Marcina Jaskowca . Następnie sam cieszył się z bramki, a Saska Kępa złapała kontakt z przeciwnikiem. Tuż przed przerwą do remisu doprowadził Sebastian Borkowski i mecz zaczął się od nowa. Jak widać i z wyniku 0:3 można się wykaraskać. Jako że wynik był na styku na drugą część spotkania obie drużyny wyszły mocno zmotywowane. Mocny Melodramat na prowadzenie wyprowadził ponowie Bartosz Figat po podaniu Maćka Maciejewskiego. Następnie minuty to ponowne show Karola Mroczkowskiego. Najpierw po jego mocnym strzale piłka przeleciała pod ręką bramkarza rywali doprowadzając do remisu. Potem po asystach Sebastiana i Łukasza Borkowskich podwyższył wynik na 5:4 by ostatecznie ustalić wynik spotkania na 6:4 dla Saskiej Kępy. Mocny Melodramat poniósł pierwszą porażkę w sezonie, a Chłopcy z Bródna zdołali im odskoczyć na 3 punkty. Saska Kępa po słabszym początku zwyżkuje i pokazała że będzie się liczyć w walce o najwyższe cele.

LIGA 2B

O spotkaniu Złączonych z Deportivo la Chickeno wspomnieliśmy już po krótce w Plusach i Minusach. Zaczęło się dość zaskakująco, bo zespół z Grodziska oddał w pierwszych minutach trzy strzały i wszystkie trafiły do siatki. Później skuteczność była nieco niższa, co miało też swoje konsekwencje. Na 3-1 strzelił Dmitri Podgorny, ale w pierwszej części był to tylko przerywnik w trafieniach gospodarzy. Ci dołożyli jeszcze 2 bramki i od stanu 5-1 mecz się już wyrównał, ale było to na rękę Złączonym, którzy mieli dość bezpieczną przewagę. Do gwizdka oznajmiającego koniec pierwszej części nikt już nie trafił i z takim wynikiem drużyny udały się na odpoczynek. Ta lepiej zadziałała na Czikeny. Tuż po rozpoczęciu drugiej części Konrad Szkopiński strzelił na 5-2, później jeszcze zmniejszył prowadzenie rywali trafiając na 5-3. Zaczynało robić się coraz ciekawiej, ale strata w środku boiska zawodnika Deportivo zamieniła się na bramkę dla Złączonych. Obie drużyny strzeliły jeszcze po razie, a bramka Michała Olejnika na 7-4 zakończyła strzelanie Złączonych w tym meczu. Inicjatywę przejęli goście i zaczęli stopniowo pomniejszać przewagę gospodarzy. Najpierw Sebastian Kosek przejął piłkę po złym podaniu obrońcy rywala i pewnie wykorzystał sytuację sam na sam. Później Konrad Szkopiński przebiegł pół boiska i mocnym uderzeniem posłał piłkę w okienko bramki. Bramkę na remis 7-7 ponownie zdobył Sebastian Kosek, precyzyjnym strzałem z dystansu, a następnie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Deportivo postawiło jeszcze kropkę nad i strzelając na 7-9. Bardzo dobry powrót Czikenów po słabej pierwszej części nasuwa pytanie czy to goście zagrali znacznie lepiej, czy też Złączeni z niewiadomych przyczyn zacięli się w drugiej połowie? Ciężko stwierdzić, ale faktem jest, że za tak skuteczną pogoń za wynikiem należą się duże brawa.

W kolejnym meczu już w pierwszych minutach spotkania można było zauważyć, dlaczego drużyna Truskawki na Torcie była faworytem do zdobycia trzech oczek w rywalizacji z Riversami. Dwie bramki z dystansu autorstwa Tomasza Cymermana sprawiły, że prawie cała pierwsza połowa przebiegała pod dyktando gospodarzy. Spokojna przewaga została jednak zachwiana, gdy kontuzji kostki doznał kapitan Truskawki czyli wspomniany wcześniej, Tomasz Cymerman. FC Rivers wykorzystał uraz czołowego zawodnika drużyny przeciwnej i zaczął konstruować coraz bardziej niebezpieczne ataki. Nie udało im się jednak pokonać Michała Mikołajczuka i do przerwy utrzymał się wynik 2:0. Po zmianie stron strzelanie dla FC Rivers rozpoczął Marcin Zając, który potężnym strzałem z najbliższej odległości w końcu pokonał bramkarza gospodarzy. Zawodnicy w zielonych strojach tworzyli swoje akcje głównie poprzez wrzutki na długi słupek bramki przeciwnika. Z takimi piłkami nie radził sobie najlepiej Michał Mikołajczuk o czym przekonaliśmy się ponownie już w 36' minucie, kiedy Andrzej Milewski wykorzystał daleki wyrzut z autu autorstwa Sebastiana Groszyka i skierował głową piłkę do bramki. Przy wyniku 2:2 do ataku ponownie przeszli zawodnicy Truskawki, co zaowocowało bramką Karola Gorczycy. Ostatnie 5 minut spotkania należało jednak do zawodników FC Rivers, którzy próbowali zaskoczyć po raz trzeci Michała Mikołajczuka. Sztuka ta udała się dopiero Andrzejowi Milewskiemu, który zdobył upragnionego gola dla zawodników gości. Mecz zakończył się wynikiem 3:3, a zawodnicy Truskawki na Torcie słusznie byli niezadowoleni z tego wyniku – gdyby nie kontuzja Tomasza Cymermana oraz więcej skupienia w drugiej połowie, byliby obecnie liderami ligi 2B.

Dotychczasowe spotkania nie toczyły się po myśli Diabła Trzeci Róg i Lujwaffe Tarchomin, które miały w planach walkę o podium ligi 2B. Świetnym podsumowaniem sezonu dla gospodarzy i gości były pierwsze minuty meczu – najpierw Lujwaffe straciło bramkę samobójczą, na 0:1, a już w piątej minucie, przy wyniku 1:1 kontuzji barku doznał Piotr Kruszyński, który pełnił rolę bramkarza na początku spotkania. Uraz zawodnika Diabła Trzeci Róg i przerwa z tym związana ostudziła obie drużyny i na kolejne bramki musieliśmy czekać aż do 23' minuty. Wtedy też byliśmy świadkami kolejnej kanonady – w 120 sekund ujrzeliśmy aż 4 trafienia, którymi po równo podzieliły się zespoły. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:3 i nie było widać faworyta do końcowego zwycięstwa. W drugiej odsłonie Diabła Trzeci Róg oraz Lujwaffe Tarchomin dalej prowadziły walkę cios za cios. Najpierw byliśmy świadkami wyniku 3:4, aby w ciągu 5 minut ujrzeć dwie bramki gospodarzy. Przełomowa okazała się być kara dla czerwono-czarnych Diabłów, którą dostał w 40' minucie Piotr Kruszyński. Zawodnicy Lujwaffe w czasie trwania gry w przewadze wyrównali na 5:5... po czym stracili kolejną bramkę. Kiedy w 43' minucie gracze Diabła Trzeci Róg znów musieli grać w osłabieniu po kartce dla Macieja Biernackiego, ku osłupieniu wszystkich Diabły zdobyły w tym czasie kolejnego gola. Podsumowując, 6 minut gry w osłabieniu Diabły wygrały 2:1, odskakując przeciwnikom na bezpieczny wynik 7:5. W ostatnich minutach Lujwaffe nawiązało jeszcze kontakt, ale w 48' minucie strzelanie zakończył Patryk Marciniak. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 8:6.

Aleja Seksu i Biznesu i Young Guns to drużyny z dołu tabeli, którym rywalizacja w obecnych rozgrywkach sprawia niemałe problemy. Z piekła do nieba, tak można określić sytuację boiskową Young Guns. Od pierwszej minuty większą inicjatywę przejawiali gospodarze, którzy wyszli na prowadzenie za sprawą Arka Kazimierczaka. Od tej chwili konfrontacja zmieniła się o 180 stopni. Skonsolidowane ataki drużyny Young Guns zostały zamienione w skuteczne akcje ofensywne. Ładne akcje indywidualne wykończyli kolejno Emil Traczyk oraz Kamil Marek na 1:2. Dominacja gości była aż nadto widoczna, zawodnicy gospodarzy sprawiali wrażenie nieco zdziwionych tym, co się wydarzyło w odstępie kilku minut. Do przerwy przegrywali już 1:4 i wydawało się, że wynik spotkania jest przesądzony. Po zmianie stron widać było pojedyncze zrywy zawodników gospodarzy, jednak na nic się to zdało. W boiskowej walce lepiej reagowali Young Guns, którzy mając pozytywny wynik grali z dużo większym boiskowym luzem, co przerodziło się na kilka kolejnych stu procentowych okazji. Świetne zawody rozegrali wszyscy zawodnicy Young Guns, którzy konsekwentnie dzielili się piłką. Najwięcej goli w tym meczu zdobył Emil Traczyk – cztery, a mecz zakończył się wynikiem wygraną gości 1:9.

Pojedynek ALPANa i Walking Dead rozpoczął się od nieskutecznych ataków gospodarzy. Remis utrzymywał się przez pierwsze kilkanaście minut. Dopiero dwie szybkie bramki autorstwa Krzyśka Gołosa oraz Kacpra Stępnia sprawiły, że Paweł Okrasa musiał skapitulować. Drużyna Walking Dead ruszyła wtedy do ataku, starając się zmniejszyć stratę jeszcze przed przerwą. Bramkę na 2:1 zdobył Dominik Ludwiczek, który w iście krzynówkowym stylu pokonał bramkarza gospodarzy – piłka po uderzeniu Dominika odbiła się od słupka, od pleców bramkarza i wpadła do siatki. Zawodnicy gości poszli za ciosem i po chwili ALPAN przegrywał 2:3, po dwóch pięknych akcjach Krzysztofa Kulibskiego i Igora Petlyaka. W ten sposób Trupy schodziły na przerwę z jednobramkową przewagą. Po zmianie stron ALPAN ponownie prezentował się lepiej niż przeciwnik. Bramki Artura Miszkiewicza oraz Piotra Krawczyka pozwoliły gospodarzom wyjść na prowadzenie 4:3. Podrażnieni goście dążyli do wyrównania, jednak w bramce gospodarzy świetnie spisywał się Sebastian Figlewicz, który swoimi robinsonadami bronił prowadzenia swojej drużyny. Jednak drogę do bramki znów znalazł Krzysztof Kulibski, strzelając na 4:4 z ostrego kąta. Aż do końca spotkania byliśmy świadkami wymiany ciosów – zespoły na zmianę zdobywały kolejne gole. ALPAN był jednak cały czas krok przed Walking Dead, w czym duża zasługa była Sebastiana Figlewicza. Na nieszczęście dla gospodarzy, w ostatniej akcji spotkania bramkę na 6:6 zdobył Krzysztof Kulibski. Dzięki punktowi zdobytemu rzutem na taśmę, Walking Dead dalej zajmuje pozycję lidera w lidze 2B.

LIGA 3A

W pierwszym meczu ligi 3A Green Lantern, zajmujące pozycję lidera, podejmowało nieźle radzące sobie Orzeły Stolicy. Lepiej w mecz weszła drużyna gości. Po podaniu Damiana Długosza trafienie zanotował Kamil Kurkus i wyprowadził drużynę na prowadzenie 0:1.Na drużynie gospodarzy nie zrobiło to większego wrażenia i po chwili na 1:1 trafił po asyście Kuby Kublika, Adrian Rzepecki. Mecz stał się bardzo wyrównany, obie ekipy nie rezygnowały z próby strzelenia bramki, dzięki czemu oglądaliśmy wymianę ciosów i akcję za akcję. Jako pierwsi okazję wykorzystali zawodnicy Orłów i ponownie ta ekipa wyszła na prowadzenie 1:2 po trafieniu Pawła Miłkowskiego. Green Lantern nacierało, ale brakowało ostatniego podania, by wypracować klarowną sytuację. Udało im się wywalczyć rzut wolny, który po finezyjnym, niskim strzale, na gola zamienił Patryk Podgórski. Jeszcze przed przerwą ten zawodnik ponownie miał świetną okazję, ale trafił tylko w słupek. Druga połowa zapowiadała się dosyć ciekawie, ale niestety, niektórzy zawodnicy z drużyny Green Lantern umiejętności piłkarskie zamienili na ostre wyrażanie opinii odnośnie sposobu sędziowania meczu przez arbitra. Przełożyło się to na kary indywidualne i osłabienie drużyny. Zaistniałą sytuację wykorzystały Orzeły Stolicy, ponownie wychodząc na prowadzenie za sprawą Macieja Kiełpisza. Wkradająca się nerwowość i brak skupienia na meczu u zawodników gospodarzy, okazał się dla nich zgubny. Orzeły coraz bardziej oddalały się wynikiem od rywala po bramkach Kamila Kurkusa, Pawła Miłkowskiego oraz Jan Wnorowskiego. Zachowanie zimnej głowy i skupienie się na grze, a nie na dyskusjach, okazało się kluczowe dla sukcesu Orłów którzy wygrywają spotkanie aż 2:6

Dla Mikstury spotkanie z Old Eagles Koło miało być szansą na pierwszą wygraną w sezonie. Z drugiej strony Orzełki rozpoczęły zmagania w lidze od trzech zwycięstw i ich passę przerwano dopiero tydzień temu więc mecz zapowiadał się ciekawie. Spodziewaliśmy się wyrównanego spotkania i takie ono było, ale tylko w pierwszej połowie. Mikstura już w 2 minucie wychodzi na prowadzenie, po mocnym strzale Damiana Patoki. Etatowy snajper gospodarzy chwilę później podwyższa na 2:0, ale Orzełki nie składają broni i odpowiadają trafieniem Piotra Parola. Dalszy przebieg pierwszej połowy można zamknąć w słowach - Old Eagles próbują atakować, a Mikstura strzela gole. W 15 minucie poprzeczkę bramki Czarka Kubalskiego obija Marcin Żuk, ale była to jedyna klarowna okazja na zdobycie bramki. Za to w drużynie Mikstury na listę strzelców wpisali się Filip Junowicz i ponownie Damian Patoka, więc mimo starań gości na tablicy wyników mamy 4:1 dla gospodarzy. Po przerwie obraz gry nie zmienił się ani trochę. Old Eagles próbowali, ale tego dnia nic nie chciało wpaść do siatki Czarka Kubalskiego. Z drugiej strony Jan Drabik harował jak szalony ratując co i rusz swoją drużynę, ale i on nie był w stanie zatrzymać świetnej dyspozycji gospodarzy, którzy dołożyli jeszcze 5 trafień. Końcowy wynik 9:1 wydaje się być trochę niesprawiedliwy dla graczy z Koła, którzy naprawdę mocno starali się w tym spotkaniu, ale jak nie idzie, to nie idzie. Mikstura wskoczyła w końcu na wyżyny swoich możliwości i oby taka forma utrzymała się jak najdłużej.

Gang z Kabat czekało prawdziwe wyzwanie, ponieważ naprzeciwko stanęła ekipa KS Iglica Warszawa. Gospodarze mimo zaciętego spotkania w poprzedniej kolejce nie zdobyli nawet punktu, więc pewnie liczyli na lepszy wynik w tym starciu. Początek spotkania był optymistyczny, ponieważ mimo zaciętej walki, zdołali wyjść na prowadzenie za sprawą akcji Jakuba Rudnickiego, którego podanie wspaniale wykończył Andrii Lysenko. Mimo dużego zaangażowania gości w próby zdobycia bramki, gdzie było wiele twardych pojedynków i sytuacji podbramkowych, bramkarz Gangu Jan Stokłosa pozostawał niepokonany. Przełamanie nastąpiło jeszcze przed przerwą, po akcji Radosława Sówki, którego podanie wykorzystał Daniel Szmańda. To trafienie wprowadziło to kolegów w strefie zmian w istną euforię. Do przerwy był remis 1-1, choć można było odnieść wrażenie, że KS Iglica Warszawa na fali strzelonej bramki jeszcze przed przerwą pójdzie za ciosem. Spotkanie bardzo się zaostrzyło, doszło nawet do starcia dwóch zawodników, które szybko żółtym kartonikiem wyjaśnił arbiter tego spotkania, hamując zapędy obu z nich. Na prowadzenie gości 1:2 wyprowadził Robert Kędzierski, który trzeba przyznać, stał się kluczową postacią spotkania. Od tego momentu niemal wszystko wychodziło drużynie gości: strzały z pola karnego czy też z dystansu, jak również gol główką po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, nie stanowiły problemu dla ekipy Iglicy. A na domiar złego, groźne akcje Gangu z Kabat były udaremniane przez Bartosza Kowalczyka, który bronił bramki gości w drugiej połowie. Gospodarze nie potrafili się przebić i ponieśli bolesną porażkę 1:8.

Mecz Bękartów Warszawy z Elitarnymi Gocław był pierwszym w historii spotkaniem tych drużyn. Na bramki na szczęście nie musieliśmy długo czekać, gdyż gospodarze nie tracąc czasu na zapoznawanie się z przeciwnikiem, szybko wysunęli się na prowadzenie 1:0. Autorem trafienia był Mateusz Budzich, po podaniu Maksyma Frantisova. W kolejnych minutach zawodnicy w ciemnych strojach szli za ciosem. Ich determinacja została nagrodzona w 11' minucie, kiedy drugą już bramkę wypracował duet Mateusz Budzich – Maksym Frantisov. Patrząc po przebiegu gry oraz dominacji graczy gospodarzy, zaskoczeniem była bramka kontaktowa, którą w ostatnich minutach pierwszej połowy zdobył Wojciech Sekulak. Wynik 2:1 do przerwy z pewnością nie satysfakcjonował gospodarzy, którzy powinni prowadzić o wiele wyżej.Jednak zamiast spodziewanego wyniku 3:1 już po kilku minutach drugiej odsłony na tablicy widniał wynik 2:2. Bramkę zdobył Marcin Branowski, po podaniu Łukasza Girjotasa. W kolejnych minutach byliśmy świadkami otwartego spotkania i obie drużyny były bliskie zdobycia kolejnych bramek. Na prowadzenie ponownie wysunęli się gospodarze, dzięki trafieniu Aleksandra Bendkowskiego. Wynik 3:2 był niebezpieczny dla gospodarzy, którzy pomimo przewagi w posiadaniu piłki nie mogli się dekoncentrować. Nieskuteczną wymianę ciosów zakończył dopiero w 44' minucie Maksym Frantisov, który pozwolił gospodarzom odskoczyć na bezpieczny wynik 4:2. W ostatniej akcji meczu, podłamanych gości dobił Marcin Górkiewicz, ustalając wynik spotkania na 5:2. Dzięki tej wygranej gospodarze wskakują na najniższy stopień podium, ale chętnych na pudło za plecami Bękartów nie brakuje więc trzeba być w 100% gotowym na każde spotkanie.

Przy korzystnych rezultatach w innych meczach drużyna Zakonu Bonifratów mogła pokusić się, przy zwycięstwie z APD Wolska Ferajna, o zdobycie fotela lidera. Spotkanie od pierwszej minuty rozgrywane było na wysokiej intensywności, groźne sytuacje były przeprowadzane raz pod jedną, raz pod drugą bramką. Wynik spotkania otworzył zawodnik gospodarzy. Bombę z kilkunastu metrów skierował do bramki Marcin Stachacz, nie dając szans golkiperowi ADP. Wolska Ferajna konstruowała ataki pozycyjne od bramkarza, jednak nie potrafiła przebić się przez szyki obronne Zakonników. Mniejszy z tym problem mieli rywale i na 2:0 wynik podwyższył Krzysztof Kurowicki, a dwie minuty później bramkę strzelił Kuba Kutyła. Goście wywierali presje na rywalu i to się w końcu opłaciło. Na 3:1 gola zdobył Czarek Majewski i taki wynik utrzymał się do końca połowy. Zawodnicy ADP dążyli do strzelenia bramki kontaktowej, a gospodarze do powiększenia przewagi, jednak dobrą asekuracją popisywali się defensorzy obu zespołów. Warto również zauważyć, że zarówno gospodarze, jak i goście byli dobrze przygotowani wytrzymałościowo do tych zawodów. Mimo upływu minut, nie było widać zmniejszenia tempa gry. Wolska Ferajna po żółtej kartce w szeregach rywali próbowała zamknąć Bonifratrów w hokejowym zamku, jednak chaotyczne ataki nie doprowadziły do strzelenia goli. Te jednak padały w drugiej części, a końcowy wynik spotkania 5:2 był z przebiegu meczu całkowicie zasłużony.

LIGA 3B

Rywalizację w lidze III B zaczęliśmy od pojedynku drużyn, które jak do tej pory nie zdobyły choćby punktu. Pierwszą groźną akcję spotkania przeprowadzili zawodnicy Cuba Libre, jednak piłka po uderzeniu Huberta Woźniaka o centymetry minęła bramkę gości. O tym, że niewykorzystane sytuacje się mszczą, po kilku minutach przypomniał wszystkim Mateusz Bulik, który dał prowadzenie drużynie FC Jordanek. Jednak to, co nie udało Hubertowi Woźniakowi się na początku, udało się nieco później i już po chwili było 1:1 po golu jego autorstwa. W następnych minutach byliśmy świadkami wymiany ciosów – Michał Szeniawski strzelił na 1:2, jednak po chwili ponownie wyrównali zawodnicy gospodarzy. Dopiero pod koniec pierwszej połowy wynik uległ zmianie. Tomasz Kowalczyk w ciągu 3 minut zdobył dwie bramki, dzięki czemu FC Cuba Libre schodziła na przerwę z dwubramkową przewagą i po 25 minutach gry mieliśmy 4:2. Drugą odsłonę rozpoczął Mateusz Bulik od świetnego uderzenia z rzutu wolnego, zmniejszając stratę gości do zaledwie jednej bramki (4:3). Niestety, całą drugą połowę można nazwać nieudanym pościgiem w wykonaniu zawodników FC Jordanek, ponieważ za każdym razem Cuba Libre na straconą bramkę odpowiadało własnym trafieniem, dzięki czemu gospodarze cały czas utrzymywali przewagę. Po kolejnej bramce Huberta Woźniaka i golu Mariusza Grzybowskiego na tablicy widniał wynik 5:4. W powietrzu jednak wisiał kolejny gol dla Cuba Libre – najlepszą sytuację miał zdecydowanie Hubert Woźniak, którego piękny strzał przewrotką trafił w spojenie bramki strzeżonej przez Daniela Melanowicza. Ostateczny wynik meczu ustalił w 48' minucie Tomasz Kowalczyk, kompletując przy tym hattricka. FC Cuba Libre wygrało z FC Jordanek 6:4, zdobywając pierwsze punkty w sezonie.

W kolejnym meczu w ramach 5 kolejki FC Nova Group podejmowała NAF Genduś. Co warto odnotować cały mecz przebiegał w przyjacielskiej atmosferze. Wynik spotkania otworzył po dograniu Łukasza Wirskiego niezawodny Daniel Makus. Nie udało im się jednak odskoczyć z rezultatem i do remisu doprowadził Krzysiek Niewierkiewicz. Wtedy do gry na dobre wkroczył Łukasz Wirski, który zagrał fenomenalne zawody. Po akcjach z jego udziałem udało się wykreować sporo sytuacji, które zamieniono na przewagę sześciu bramek. W międzyczasie NAF miał okazję na zdobycie gola, ale piłka obiła tylko poprzeczkę i wróciła do gry. Po jednostronnej pierwszej połowie gracze FC Nova Group nie zamierzali ograniczać się do obrony wyniku. Sygnał do podwyższania wyniku dał kolegom Łukasz Wirski trafiając na 8:1. Na 9:2 piłkę do siatki wpakował Michał Ochocki po podaniu od Adama Królaka, ale to zdecydowanie nie było popołudnie Gendusia. Następne akcje gospodarzy przynosiły im kolejne trafienia. Dwa razy Daniel Makus i raz Andrzej Miłoński wykańczali akcję, powiększając przewagę do stanu 12:2. Gościom udało się skierować piłkę do bramki ponownie za pośrednictwem Michała Ochockiego, które lekko zmniejszyło i tak ogromną przewagę gospodarzy. NAF Genduś nie poddał się do końca, ale tego dnia na rywala to było za mało. Tempo gry spadło, ale nadal padała bramka za bramkę. Obie drużyny były już pewne wyniku spotkania przez co spadła motywacja. W końcówce drużynie NAF Genduś udało się strzelić jeszcze dwa gole i ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 16:6.

Starcie Narodowego Śródmieścia, lidera ligi 3B, z ekipą FC Albatros miało zdecydowanego faworyta. Widać, że w obecnej kampanii Marek Szklennik ma jeden cel – awans i mistrzostwo ligi jednocześnie. Potencjał tej drużyny jest olbrzymi i na każdej pozycji ten team ma zawodników, którzy dają gwarancję odpowiedniego poziomu piłkarskiego. Już początek spotkania pokazał, że trio ofensywne Biegaj – Kalicki – Skwierczyński świetnie ze sobą współpracuje i na efekty nie trzeba było długo czekać. Adam Biegaj otwiera wynik spotkania dokładając nogę do świetnie wyłożonej piłki i mamy 1-0 Albatrosy starają się stwarzać swoje okazje do strzelenia bramek, ale mimo, że w kilku sytuacjach wydawało się że będzie gol, to na przeszkodzie stawał świetnie dysponowany tego dnia Marek Reszczyński , bramkarz gospodarzy. Do przerwy mamy 3:0 dla faworytów. Po zmianie stron zaczynają się mnożyć błędy w obronie gości, co skrzętnie wykorzystują przeciwnicy i zdobywają kolejne gole. Trzeba przyznać, że bramkarz Marcin Letki kilkakrotnie zachowuje się kapitalnie, ale wobec naporu Narodowego Śródmieścia nie jest w stanie wszystkiego wybronić. Kapitalnie w końcówce gra Kamil Skwierczyński ,który strzela, asystuje i jest wszędzie tam, gdzie być powinien. Strzelanie kończy Grzegorz Grabowski ustalając wynik na 10:0. Narodowe Śródmieście pozostaje liderem ,a Albatrosy, niestety na przeciwnym biegunie tabeli, jeszcze bez punktu w obecnym sezonie.

Przed tym spotkaniem drużyna Sparty i FC Po Nalewce zgromadziły taką samą ilość punktów. W tym meczu ciężko było wskazać konkretnego faworyta, bo naprzeciwko siebie stanęły dwie równorzędne drużyny. Pewnej w mecz weszła drużyna gospodarzy, częściej tworząc okazje na objęcie prowadzenia. W myśl przysłowia „co się odwlecze to nie uciecze" pierwszy gol padł dla Sparty, a autorem premierowego trafienia był Krzysztof Kowalski, którego dobrze wypatrzył Jacek Rakowski. Kolejne minuty przyniosły świetne okazje Sparcie, po których raz piłka obiła słupek rywali. Z biegiem czasu ekipa gospodarzy zwolniła tempo, a do głosu zaczęli dochodzić zawodnicy Fc Po Nalewce. Do remisu po dograniu Łukasza Gaby doprowadził Michał Wypniewski. Gdyby nie interwencje bramkarza Sparty, drużyna gości mogła szybko wyjść na prowadzenie. W końcu golkiper Sparty musiał po raz kolejny skapitulować, kiedy to Michał Pikusa wypatrzył Łukasza Gabę, który podcinką skierował piłkę do siatki rywali, dając gościom upragnione prowadzenie. Kolejne minuty przyniosły jeszcze FC Po Nalewce strzał, po którym zadrżała poprzeczka. Tuż przed przerwą, po słabszej chwili gości, podanie Konrada Ostaszewskiego wykończył Krzysztof Kowalski i mieliśmy remis 2-2. W drugiej części siadło nieco tempo gry, ale zobaczyliśmy jeszcze po bramce z obu stron. Najpierw Lukę w obronie wypatrzył Krzysztof Kowalski i podał do Jacka Rakowskiego.Sparcie znowu udało się wyjść na prowadzenie, ale dosłownie na kilka sekund. Po wznowieniu gry od środka Sławek Ogorzelski zagrał piłkę do Łukasza Gaby, który ze swojej połowy oddał silny, finezyjny strzał, zaskakując tym samym bramkarza Sparty. Do końca spotkania obie drużyny stwarzały sobie okazje, ale żadna z nich nie umiała ich wykorzystać. Mecz kończy się podziałem punktów i chyba sprawiedliwym remisem 3:3.

Do spotkania Awantury Warszawa z Niedzielnymi gospodarze przystąpili w dość okrojonym składzie. Szybko zemściło się to na Awanturnikach, bo już w 2 minucie po ładnej akcji gola dla Niedzielnych zdobywa Mateusz Nejman. Gracze Marcina Aksamitowskiego poczuli, że mogą dość szybko dobić przeciwnika, ale popełnili kilka błędów w obronie i po 10 minutach zrobiło się 2:1 dla Awantury. Dla obu ekip stało się jasne, że w tym meczu może zdarzyć się wszystko. Niedzielni zmobilizowali się w ataku i po bramkach Jana Wójcika i Łukasza Ostrowskiego wyszli na prowadzenie. Do końca pierwszej połowy oba zespoły atakowały bramki przeciwnika, w wyniku czego dołożyły do wyniku po jednym golu i na tablicy widnieje 3:4. Początek drugiej połowy to bardzo nieszczęśliwy wypadek Macieja Piątka, który doznał na tyle poważnej kontuzji, że mecz musiał zostać przerwany, a Maciej zabrany karetką do szpitala. Po wznowieniu gry inicjatywę przejęli NieDzielni i nie oddali jej już do końca meczu. Trio Wójcik-Nejman-Ostrowski dołożyli do wyniku 3 gole, a Awantura była w stanie odpowiedzieć tylko trafieniem Marcina Janczurewicza. Ostateczny wynik to 4:7. Dla Niedzielnych to bardzo ważne zwycięstwo, po którym wskakują na 3 miejsce w tabeli, a dla Awantury to wyraźny znak, że mogą powalczyć z każdym pod warunkiem, że uda się zebrać solidny skład.

LIGA 4A

Mecz Landtechu z Przypadkowymi Grajkami rozpoczął się z małym poślizgiem, z powodu akcji prowadzonej na trasie przez policję, czego efektem było spóźnienie się arbitrów, na szczęście w granicach studenckiego kwadransa. Jak już rozbrzmiał pierwszy gwizdek obie ekipy zaczęły grać z animuszem i widać było, że każdej zależy na tym, by koniecznie wygrać to spotkanie. Wynik spotkania otworzył Ferenc Markolt ,który silnym strzałem z za pola karnego pokonał bramkarza gości. Szybko jednak na wyższe obroty weszła ekipa Czarka Klimkowskiego ,a w sposób szczególny wyróżniali się Kuba Matacz i Maciek Krupiński. To co widzieliśmy w wykonaniu Przypadkowych Grajków od stanu 1:0 pokazało, że nazwa drużyny nie ma nic wspólnego z umiejętnościami zawodników.. Cztery gole do przerwy spowodowały, że gospodarze musieli gonić niekorzystny wynik w drugiej odsłonie. Po zmianie stron szybko zdobyta druga bramka na 2:4 dawała nadzieję Landtechowi, że jeszcze można zawalczyć o dobry rezultat. Goście jednak w tym dniu byli na tyle mocni, że nie pozwalali rywalowi na zbliżenie się choćby do remisu. Ostatecznie Przypadkowe Grajki wygrywają 3:6, a jedyną osłodą dla Landtechu był gol Aleksandra Kuśmierza, który przedryblował całe boisko mijając trzech zawodników jak tyczki i nie dając szans bramkarzowi na skuteczną interwencję.Grajki mają mecz zaległy do rozegrania i jeśli go wygrają, będą w czubie ligowej tabeli. Gospodarze ponoszą trzecią porażkę w sezonie ,ale nic to jeszcze nie oznacza, bo w tej lidze każdy może wygrać z każdym i ta strata punktowa jest jeszcze do odrobienia.

Liga IV A powinna grać z rana, bo na boisku obok nie gorsze widowisko dały ekipy Graczy Gorszego Sortu i ADP Wolskiej Ferajny II. Wynik otworzył niezawodny Łukasz Kulesza, ale niedłużny został Daniel Guba, który doprowadził do wyrównania. Akcje toczyły się i z jednej, i z drugiej strony, GGS najgroźniejszy był wtedy, gdy przejmował piłki od rywali i szedł z kontrami. Gospodarzom udało się wyjść na ponowne prowadzenie, ale nie zdołali go utrzymać, bowiem dwukrotnie do siatki trafił Adam Szczygielski i wtedy to ADP II prowadziło 2-3, ostatecznie jednak na przerwę obie ekipy schodziły przy remisie 3-3. Po zmianie stron ponownie świetne wejście miał Kulesza, który chwile po rozpoczęciu drugiej części strzelił na 4-3. Właściwie GGS miał od tego momentu kilka sytuacji, głównie przez straty w obronie Wolskiej Ferajny, ale żadnej z nich nie wykorzystał, a był to moment, w którym mogli znacząco odskoczyć z wynikiem. Mogło to się zemścić, bo szansę na wyrównanie miał Daniel Guba, ale strzelił obok bramki. Lepszą skuteczność miał Łukasz Kulesza, który podwyższył wynik na 5-3 kompletując hat-tricka. To w końcu obudziło ADP i z rzutu wolnego strzelił Paweł Rogulski, a następnie wyrównał Mateusz Nejman. Swojego dnia nie mieli obrońcy ADP, bo podanie w środek boiska wprost pod nogi przeciwnika zazwyczaj nie kończy się dobrze i tak było tym razem. Ponownie GGS jest na prowadzeniu, ale duet Nejman – Guba się nie poddaje i ponownie mamy remis. Takim rozstrzygnięciem kończy się mecz, a obie ekipy zdążyły jeszcze strzelić po bramce z główki. Najpierw GGS, gdzie napastnik gospodarzy kompletnie nie był pilnowany w polu karnym i spokojnie przymierza, a wynik meczu na 7-7 ustala Daniel Guba również po uderzeniu głową, choć z trudniejszej pozycji. Naszym zdaniem sprawiedliwy remis, choć to GGS ma prawo być bardziej niezadowolony.

Nieco mniej zacięte spotkanie zobaczyliśmy w starciu BRD Young Warriors z Munją. Z początku obie ekipy nie mogły znaleźć drogi do siatki rywala i koniec końców pierwsza bramka padła po trafieniu... samobójczym zawodnika Munji. Jednak nawet to trafienie nie zmieniło obrazu gry i ani z jednej, ani z drugiej strony nie zobaczyliśmy przez dłuższy czas klarownych sytuacji. Gra toczyła się głównie w środku boiska, ciężko było przedostać się obu drużynom w pole karne przeciwnika. W związku z tym widzieliśmy próby strzałów z dystansu, ale obaj bramkarze spokojnie radzili sobie z tego typu uderzeniami. W Munji lekkiej kontuzji doznał chyba Michał Sztajerwald, który miał małe problemy w grze, przez co potencjał ofensywny drużyny był osłabiony. Za strzelanie wziął się w takim wypadku Michał Konopka, który przejął piłkę w środku pola i pokonał bramkarza strzałem przy słupku. W odpowiedzi BRD trafiło w poprzeczkę i był to sygnał ostrzegawczy, bowiem w końcu ponownie wyszli na prowadzenie. Przed przerwą udało się jeszcze podwyższyć na 3-1, co dało dość komfortową sytuację gospodarzom. Po zmianie stron przewaga była po stronie BRD. Najpierw podwyższyli na 4-1, a potem na 5-1 świetnie rozklepali obronę Munji kilkoma podaniami, tak że ręce same składały się do oklasków. Wszystko zrobione w tempie, szybko, bardzo dokładnie, tak że obrońcy gościnie mieli zbyt dużo do powiedzenia. Do końca meczu padły jeszcze dwa gole, po jednym z każdej strony, i mecz kończy się zwycięstwem BRD 6-2. Munja wciąż bez zwycięstwa utkwiła w dolnych rejonach tabeli.

Mecz LTM II z drugą ekipą Awantury Warszawa nie zapowiadał się zbyt dobrze dla gości. Podstawowi gracze ekipy Alberta Zimocha nie mogli stawić się na Estadio de Grenady, a przeciwnik, mimo iż tabela tego nie odzwierciedlała, należał do wyjątkowo wymagających. Spodziewaliśmy się raczej mało wyrównanego spotkania, ale o tym, że będzie to mecz jednego zawodnika nie pomyślałby nikt. Krzysztof Kulibski już nie raz udowadniał nam, że na tym poziomie rozgrywkowym nie ma sobie równych, ale w ostatnią niedzielę przeszedł sam siebie. Dość napisać, że miał on bezpośredni lub pośredni udział w pierwszych trzynastu bramkach swojego zespołu, a ostatecznie zakończył mecz z wynikiem 13 goli i 4 asysty. Co ciekawe nie był jedynym graczem LTMu II który rozstrzelał się tego dnia, bo zarówno Artur Jędrych jak i Przemek Grochowski i Paweł Markiewicz dołożyli swoje cegiełki do wyniku. W Drużynie Awantury dobry mecz zagrał Maciek Zarod, który ustrzelił 5 bramek i zaliczył jedną asystę. Ostateczny wynik 20:7 całkiem dobrze opisuje charakter tego spotkania, które momentami bardziej przypominało trening przed sezonem niż spotkanie w ramach ligi. Radosny futbol z obu stron pozwolił na podciągnięcie się zawodnikom w klasyfikacjach indywidualnych z wyjątkiem pewnie niepocieszonych bramkarzy. O ile LTM może być zadowolony po tym meczu, o tyle Awantura II jest w sporym kryzysie od początku sezonu i nie widać nawet planu naprawczego, który mógłby poprawić choć trochę wyniki drużyny.

Spotkanie Furduncio Brasil z OKSem Nowy Raków było prawdziwym hitem kolejki tego poziomu rozgrywkowego. Od wyniku tego meczu mogą zależeć pozycje w tabeli nie tylko na koniec rundy jesiennej, ale i całego sezonu. Zmagania lepiej rozpoczęli zawodnicy z Brazylii, którzy od pierwszego gwizdka sędziego próbowali pokonać bramkarza drużyny gości. Około 10' minuty, golkiper OKS-u musiał skapitulować po raz pierwszy. Bramkę strzelił Vincenty Docent, który przelobował Artura Macka. Zawodnicy Nowego Rakowa jeszcze się nie otrząsnęli z szoku, a już przegrywali 2:0. W 12' minucie spotkania uderzeniem niespotykanej urody popisał się Luciano Sant'Ana. Brazylijczyk uderzył nie do obrony, z połowy boiska, piłkę wrzuconą mu z autu przez Vincentego Docenta. Piłkarze OKSu, nie mając nic do stracenia, postanowili grać bardziej stanowczo – zaczęli bronić wyżej, a także angażować większą ilość zawodników w ataku. W wyniku tego, jeszcze przed przerwą goście nawiązali kontakt z przeciwnikiem – bramkę z rzutu karnego zdobył Piotr Czaja. Po pierwszych 25' minutach na tablicy widniał wynik 2:1. Gwizdek rozpoczynający drugą połowę okazał się być sygnałem do kolejnych ataków Furduncio. Jednak tym razem Artur Macek nie dał się zaskoczyć, pomimo licznych prób ze strony zawodników gospodarzy. Z czasem do głosu coraz częściej dochodzili goście. W 42' minucie Łukasz Półchłopek centrostrzałem z połowy boiska przelobował zaskoczonego Adama Czerwińskiego. W kolejnych minutach obie drużyny na zmianę próbowały zdobyć decydującą bramkę. Decydujące trafienie należało do Piotra Czai, który wykorzystał przechwyt Łukasza Peszuka. Mecz zakończył się wynikiem 2:3 dla zawodników gości. Dzięki zwycięstwu OKS Nowy Raków przewodzi w tabeli ligi 4A. Na półmetku jesiennych zmagań za plecami lidera utworzyła się grupa pościgowa, w której są Gracze Gorszego Sortu, BRD Young Warriors, Furduncio oraz Przypadkowe Grajki.

LIGA 4B

W starciu niepokonanego jak do tej pory lidera ligi 4B Phoenix Warsaw FC szukaliśmy niespodzianki i jak się okazało mieliśmy nosa. Ich rywalem był CompatibL, który już w poprzedniej kolejce dawał sygnał, że forma tej ekipy rośnie. I to właśnie goście objęli prowadzenie w meczu. Piłkę w obronie przejął Yauheni Volin i długą górną piłką przed pół boiska uruchomił Antona Klymaka, który wykorzystał nadarzającą się okazję i strzelił bramkę. Na 0-2 podwyższył wcześniejszy asystent. Znów przejął piłkę na swojej połowie, ruszył do przodu, podał do Andria Hryndy, ten odegrał mu futbolówkę i Yauheni bez problemu trafił do siatki. W pierwszej części przewagę mieli goście, stworzyli sobie więcej okazji, ale paroma interwencjami popisał się broniący w pierwszej części Kamil Borkowski, w tym raz musiał się naprawdę postarać, by zatrzymać strzał rywala. Dzięki temu do przerwy było tylko 0-2. Z boku boiska co i rusz pokrzykiwał na kolegów jeden z zawodników Phoenix, ale raczej nie przynosiło to oczekiwanego skutku, a wręcz mamy wrażenie, że efekt był odwrotny od zamierzonego i gra wcale się od jego głośnych uwag nie poprawiała. W drugiej części, chwilę po rozpoczęciu, na 0-3 podwyższył Volodymyr Bindas i przed gospodarzami było ciężkie zadanie, bo grający w obronie bracia Volin uprzykrzali jak mogli życie napastnikom rywali. W końcu udało się zdobyć bramkę na 1-3 autorstwa Krystiana Miszkurka. Phoenix mieli jeszcze szansę na zdobycie gola kontaktowego, ale trafili w poprzeczkę. Nie pomylił się za to Anton Klymak, który strzelił swoją drugą bramkę i ustalił wynik meczu na 1-4. To był dobry mecz CompatibL, zagrali dobrze w obronie i skutecznie w ataku, i to wystarczyło, by ograć lidera.

„Chociaż macie Mikrostrzelby nie wygracie z OldBoys Derby!" – taki okrzyk skandowały trybuny pełne jak zwykle żywiołowych kibiców drużyny gości. OldBoys, niesieni dopingiem już w 10' minucie prowadzili aż 0:2, po bramkach Wojciecha Nowaka oraz Karola Daniela. Pomimo tego, mecz nie był spacerkiem dla zawodników w zielonych strojach. Jeszcze przed przerwą bramkę kontaktową dla walczących Mikrostrzelb zdobył w 17' minucie Patryk Gutenplan. Po pierwszej odsłonie mieliśmy wynik 1:2, co w dużej mierze było zasługą świetnie grających obrońców drużyny gości. Druga połowa stała pod znakiem solidnej defensywy Oldboysów aż do 37' minuty spotkania, kiedy to Michała Piątkowskiego w końcu pokonał Mariusz Kopacz po podaniu Mateusza Świderka. W kolejnych minutach zarysowała się wyraźna przewaga zawodników gospodarzy, której ukoronowaniem była druga bramka Karola Gutenplana. Po tym golu doszło do spięcia pomiędzy napastnikiem, a obrońcą w konsekwencji czego arbiter musiał rozdać po „żółtku". Bardziej dotknęło to gospodarzy, bowiem Karol otrzymał drugą żółtą kartkę w tym spotkaniu, w konsekwencji czego zakończył swój udział w meczu. Gorąca krew snajpera Mikrostrzelb okazała się być bardzo kosztowna – w 48' minucie Damian Jelonek wyrównał wynik spotkania na 3:3. W ostatnich minutach goście mogli nawet wygrać, ale zawodnicy w zielonych koszulkach nie potrafili wykorzystać akcji w przewadze 3v2. Zgodnie z okrzykami kibiców zawodnicy gospodarzy nie ograli OldBoys Derby, a po rozgranych meczach obie drużyny zajmują miejsce w środku tabeli swojej ligi.

Starcie Mobilisu z Warsaw Raccoons było spotkaniem drużyn, którym niezbyt dobrze idzie w tym sezonie. O ile obie drużyny znajdują się w strefie spadkowej, o tyle na boisku przewaga Mobilisu zarysowała się już bardzo wcześnie. Już w pierwszej minucie trafia Damian Benderz, 4 minuty później bramkę dokłada Mariusz Dziedzic, po chwili na 3:0 wyprowadza gospodarzy Szymon Januła. Taki stan meczu powinien podrażnić gości do zdobywania bramek, ale efekt był zupełnie inny, a mianowicie zagranie wślizgiem w polu karnym. „Jedenastkę" w 14 minucie pewnie na bramkę zamienia Mariusz Dziedzic. Przez całe zawody gospodarze nie dawali swoim przeciwnikom zbyt dużo okazji do strzałów na bramkę i nie oddali inicjatywy już do samego końca spotkania. Świetna dyspozycja Mariusza Dziedzica (6 bramek, 3 asysty) i Szymona Januły (4 bramki i 3 asysty) oraz solidna postawa pozostałych członków drużyny nie pozostawiła złudzeń, kto wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku. Ostateczny wynik 14:3 świetnie oddaje wydarzenia na boisku. Szopom możemy pogratulować hat-tricka w wykonaniu Michała Szydłowskiego, ale poza tym sytuacja drużyny Mateusza Gordona nie napawa optymizmem i Raccoons zdecydowanie muszą poszukać lepszej formy. Mobilis po tym zwycięstwie być może nabierze wiatru w żagle i nazbiera jeszcze punktów w tym sezonie.

Zgodnie z zapowiedziami zespół KP Jastrząb w meczu z FC Tartak musiał liczyć się z tym, że będzie to bardzo wymagające starcie. Różnicę odzwierciedlała tabela ligi 4B i tym razem miała ona również przełożenie na murawie. Zespół gości od pierwszej kolejki cechuje stabilna forma. Ma świetne początki spotkań jednak potem wkrada się w drużynę rozluźnienie, więc pojawiła się szansa na wykorzystanie tego faktu przez gospodarzy. Trzeba było tylko z początku dobrze zagrać w obronie i czekać na odpowiedni moment. Niestety dla Jastrzębi FC Tartak szybko strzelił dwie bramki, czym ustawił sobie, jak się później okazało, całe spotkanie. Przewaga w posiadaniu piłki przekładała się na liczbę wykreowanych sytuacji pod bramką rywali. Kontrola nad przebiegiem zawodów przez graczy gości oraz pomysł na grę był mocno zauważalny. FC Tartak już w pierwszej połowie pozbawił złudzeń KS Jastrząb, że będą w stanie wyrwać choćby punkt, i do przerwy mieliśmy wysoki wynik, aż 0:8. Wśród gości po zmianie stron wkradło się rozluźnienie, co z resztą odbyło się zgodnie z naszymi przewidywaniami. Zaprocentowało to skutecznymi akcjami w szeregach gospodarzy – zdobyli dwie bramki. Na boisku pojawiło się więcej luk, dzięki temu jednym podaniem można było osiągnąć dużą przewagę. Przy stanie 2:8 wynik był raczej niezagrożony, chociaż jak wiemy, futbol pisze różne scenariusze. Tartak nie pozwolił już sobie na chwile słabości i punktował rywala. Ostatecznie goście głównie za sprawą Karola Grudniewskiego i Łukasza Łukasiewicza, którzy zdobyli po pięć bramek, pewnie sięgnęli po zwycięstwo. Mecz zakończył się wynikiem 4:15 i odzwierciedlał boiskowe poczynania.

Przed tym spotkaniem Green Team był w strefie spadkowej, a FC Alfa w strefie promowanej awansem. Dwie różne sytuacje, ale jeden cel: wygrać mecz. Pierwszą okazję z rzutu wolnego wykorzystał Krzysiek Porębski i Alfa prowadziła 0:1. Rywal nie zamierzał się poddać i kolejne akcje przyniosły Green Team więcej pewności siebie. W pierwszych minutach spotkania jeden zawodników Zielonych wychodząc sam na sam z bramkarzem tuż przed polem karnym został ściągnięty przez obrońcę Alfy, który po tym przewinieniu obejrzał czerwony kartonik w konsekwencji czego goście grali przez kolejne 10 minut w osłabieniu. Kilka sekund później kolejny gracz Alfy przewinił, ale tym razem obejrzał żółtą kartkę. Przez 3 minuty zawodnicy Alfy musieli poradzić sobie w podwójnym osłabieniu. Udało się im utrzymać wynik, pomimo wielu ataków Green Team. Bramkę stracili nieco później. Przed przerwą do remisu doprowadził Daniel Kurowski po strzale na raty i fenomenalnym przerzucie od Radka Martyniuka. Na początku drugiej połowy FC Alfa wykorzystała grę w przewadze i ponownie wyszła na prowadzenie. Kilka sekund później po podaniu Grzegorza Komisarczyka piłkę do bramki skierował Adam Zylicz i znów mieliśmy remis 2-2.Wraz z kolejnymi upływającymi minutami rosła przewaga drużyny gospodarzy. Jeden z zawodników Green Team popisał się znakomitą akcją indywidualną, przebiegając prawie całe boisko z piłką, mijając przy tym trzech przeciwników oraz oddając strzał, który skończył się trafieniem w słupek. To co nie udało się w tej akcji, powiodło się Danielowi Kurowskiemu, który strzelił bramkę na 3-2 ustalając wynik meczu i zapewniając swojej drużynie zwycięstwo. Dzięki tej wygranej Green Team opuścił strefę spadkową, zrównał się punktami z Alfą i ma tylko 3 pkt straty do lidera, tak więc w tej lidze wszystko jest jeszcze możliwe.

LIGA 5A

Zarówno drużyna Szukamy Sponsora jak i A.D.S. Scorpions przed tym spotkaniem znajdowały się w połowie tabeli i ciężko było przewidzieć, która z tych ekip wyjdzie zwycięsko z tego meczu. Warunki fizyczne zdecydowanie przeważały po stronie gospodarzy i to właśnie drużyna Poszukiwaczy lepiej weszła w mecz. W szybkim czasie udało im się objąć prowadzenie trzema bramkami. Przy pierwszej pomogli nieco rywale, bowiem Łukasz Figura skierował piłkę do siatki po błędzie bramkarza gości. Na 2-0 podwyższył Marcin Sojczyński, któremu dogrywał Krzysztof Westenholz. Ten sam zawodnik ponownie asystował przy kolejnej bramce, ale tym razem akcję kończył Łukasz Figura. Od wyniku 3-0, ciągu kolejnych minut intensywność gry spadała. Jeszcze przed przerwą, po przejęciu piłki, bramę strzelił Paweł Poniatowski i po pierwszej połowie było już tylko 3:1. Poszukiwacze wyraźnie nie chcieli oddać punktów w tym spotkaniu i na początku drugiej połowy na 4:1 po sytuacyjnym strzale podwyższył Piotr Maciuk. Kolejne minuty przyniosły gospodarzom okazję w postaci poprzeczki po silnym strzale z dystansu. Wszystko szło po myśli gospodarzy, ale niestety, niektórzy zawodnicy Szukamy Sponsora osłabili swój zespół łapiąc kary indywidualne i to jeszcze po dyskusjach. Grającej w przewadze drużynie Scorpion's udało się zmniejszyć straty na 4:3 po bramkach Pawła Poniatowskiego i Jacka Kałuskiego. Niestety dla drużyny gości, zabrakło im czasu na kolejne bramki. Mecz zakończył się zwycięstwem Szukamy Sponsora choć przez niepotrzebne zachowanie te cenne punkty mogły zostać stracone.

Borowiki do ostatniego meczu podchodziły z chęcią zdobycia kolejnych punktów. Natomiast International FC w tym sezonie jeszcze nie wywalczyli żadnego punktu i chcieli tą złą passę zakończyć. Niestety drużyna gości rozegrała ten mecz bez nominalnego bramkarza, a na bramce zmieniali się co gola. Pierwszą okazję z rzutu wolnego na bramkę zamienił Michał Koc po strzale zewnętrzną stroną stopy, wyprowadzając Borowiki na prowadzenie. Niedługo potem do remisu doprowadził Stanley Kenny po dograniu Shady Ragab'a. Zmotywowana tym drużyna gości stworzyła kolejną okazję, gdzie tym razem Stanley Kenny podawał piłkę do Andre Oliviera, który nie pomylił się i wyprowadził drużynę na prowadzenie 1:2. Podrażnione wynikiem Borowiki ruszyły do ataku. Na początku do remisu doprowadził Michał Koc. Potem tuż przed przerwą na 3:2 strzelił Tomasz Kacprzak, któremu asystował Maciej Otrocki. Druga część meczu zaczęła się po myśli dla Borowików, którzy powiększyli przewagę po trafieniu Sebastiana Giery. International FC ani myślało pozwolić uciec rywalom i po kilku minutach na 4:3 piłkę do siatki skierował Stanley Kenny. Od tego momentu mecz się jeszcze bardziej wyrównał, a stykowy wynik powodował że każdy mógł przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Wtedy do kornera podszedł Sebastian Giera i bezpośrednio z rzutu rożnego zapakował piłkę do siatki, dając drużynie oddech. Nie zrobiło to jednak wrażenia na ekipie gości, która coraz częściej stwarzała sytuacje pod bramką rywali. W ten oto sposób na 5:4 udało trafić się Shady Ragab'owi i wynik spotkania znów nie był pewny dla żadnej z drużyn. Ostatecznie Andre Olivierze udało się wypatrzeć Łukasza Mikule, którego bramka dała pierwszy punkt w tym sezonie jego drużynie. Remis 5:5 wydaje się sprawiedliwy, choć pewnie nie satysfakcjonujący dla żadnej z ekip.

W debiutanckim meczu w Lidze Fanów zespołowi FC Vietnam United przyszło zmierzyć się z Pogromcami Poprzeczek. Goście zamierzali wejść do gry bez żadnych kompleksów. Szczególnie wyróżniała ich szybkość podejmowania decyzji oraz przyzwoita technika. Nie musieli również długo czekać na historycznego pierwszego gola w lidze. Autorstwo debiutanckiego trafienia przypadło Rafałowi Podemniakowi po podaniu Dawida Mac'a. Chwilę potem na 0:2 okazję po ponownym dograniu Dawida Mac'a zamienił na bramkę Michał Ninh. Jedna i druga drużyna nie zamierzała zwolnić tempa gry. Na poprzeczkę gości Pogromcy również odpowiedzieli poprzeczką. Następnie pewnym strzałem na 1:2 popisał się Mateusz Niewiadomy łapiąc kontakt. Jednak FC Vietnam zareagował dobrze i po stracie bramki podwyższył prowadzenie po trafieniach Thiena Nguyen'a oraz Dawida Mac'a i do przerwy schodził z wynikiem 1:4. W czasie przerwy w szeregach Pogromców nastąpiła motywacja, dzięki czemu pewnie weszli w drugą część spotkania. Niestety goście lekko zlekceważyli rywali mając korzystny dla siebie rezultat. Szybko dwukrotnie do siatki trafił Daniel Karpiński. Niedługo potem, przy niepewnej grze rywali, do remisu doprowadził Mateusz Niewiadomy. Przy wyniku 4:4 gospodarze jakby się obudzili i wrócili do walki o punkty. W kolejnych minutach Bartłomiej Rafał wypatrzył Mateusza Niewiadomego, który zapewnił po raz pierwszy w tym meczu prowadzenie Pogromcom. Zadowolenie gospodarzy stonował Rafał Podemniak dając wyrównanie w spotkaniu. W ostatnich minutach obie drużyny próbowały wyjść na prowadzenie. Ta sztuka udała się Pogromcom po trafieniu Daniela Karpińskiego na 6:5. Dzięki temu golowi Pogromcy po raz drugi w sezonie zgarniają komplet punktów, co jest dla niech historycznym rezultatem.

Ekipa Remontowa po czterech kolejkach była liderem ligi 5A i w spotkaniu z Polskim Drewnem była absolutnym faworytem. Zespół gospodarzy nie przestraszył się ciążącej na nim presji i szybko wyszedł na prowadzenie po bramce Tomasza Aleksiejuka. Na kolejne trafienia musieliśmy jednak czekać aż do 15' minuty, kiedy otworzył się worek z bramkami dla zawodników obu drużyn. Po drugim trafieniu Tomasza, Ekipę Remontową ogarnęło rozluźnienie, które szybko wykorzystali zawodnicy Polskiego Drewna. Po golach Karola Urbańczyka i Krzyśka Gajosa mieliśmy wynik 2:2, którego nikt się nie spodziewał. Wątpliwości rozwiał jednak Mikołaj Szczurowski, który jeszcze w pierwszej części zanotował dwa trafienia i na przerwę gospodarze schodzili przy spokojnym prowadzeniu 4:2.W drugiej odsłonie Ekipa Remontowa włączyła piąty bieg i już po 10 minutach drugiej połowy na tablicy widniał wynik 9:2. Duża w tym zasługa Tomasza Aleksiejuka oraz Norberta Bilskiego, którzy seryjnie zdobywali bramki. Kolejne minuty przynosiły następne trafienia dla gospodarzy, a do ataków zaczął podpinać się Darek Pocztowski, który z pozycji bramkarza zanotował aż 4 asysty. Spotkanie bez większego zaskoczenia zakończyło się wynikiem 13:3. Ekipa Remontowa umocniła się na pozycji lidera i na półmetku rundy jesiennej ma na koncie komplet punktów i fantastyczny bilans bramkowy – 39:12. Dla Polskiego Drewna była to pierwsza porażka w tym sezonie, a na półmetku zajmują 4. miejsce.

Polskie Drewno po sromotnej porażce z Ekipą, musiało w niedługim czasie wyjść ponownie na murawę. Dla FC Vietnam United było to dopiero drugie spotkanie w lidze i również drugie w ciągu dnia. Spokojnie możemy napisać o gościach, że bez żadnych kompleksów weszli w ligę. Na pewno pamiętali jakie błędy popełnili w pierwszym spotkaniu z Pogromcami Poprzeczek i tym razem chcieli się ich ustrzec. Drużyna FC Vietnam United ponownie rozpoczęła mecz tak jak chciała. Szybkość i nienaganna technika sprawiła, że prowadzili po pierwszych minutach już 0:2. Najpierw z rzutu wolnego finezyjnym strzałem popisał się Dawid Mac, a następnie podanie Dung Vu wykorzystał Duy Vu. Polskiemu Drewnu udało się złapać kontakt po bramce Oskara Orzełowskiego, który przejął piłkę i oddał precyzyjny strzał. Przed końcem pierwszej połowy wynik zdołał podwyższyć Toni Dang po asyście Dawida Mac'a. Do przerwy 1:3.Ekipa FC Vietnam nie zamierzała odpuszczać. Po wznowieniu gry ponownie asystował Dawid Mac, a wynik podwyższył Bartek Hoang. Po tej bramce w drużynie gości zaczęły pojawiać się proste błędy i straty. Pierwsze z nich wykorzystał Oskar Orzełowski, zmniejszając tym samym straty do rezultatu 2:4. Następnie po jego podaniu z bramki z gola mógł cieszyć się Karol Urbańczyk. Kolejne minuty spotkania stawały się nerwowe. Polskie Drewno dążyło do wyrównania, a FC Vietnam United broniło się za wszelką cenę. W końcu Karol Urbańczyk wypatrzył Mateusza Kozłowskiego, który z zimną krwią skierował futbolówkę do bramki, doprowadzając tym samym do remisu 4:4 i ustalając wynik spotkania. Tym razem podział punktów i pierwsze oczko FC Vietnam United.

Faworytem ostatniego spotkania w lidze 5A zdecydowanie była drużyna FC Albatros, która w pierwszych kolejkach pokazała, że mierzy w awans do wyższej ligi, a 5 liga jest jedynie przystankiem w drodze na szczyt. Pogrom Orłów Zabraniecka, bo inaczej nie można tego opisać, rozpoczął Michał Karaś. Kolejne trafienie po podaniu Michała Kowalczyka dołożył Kacper Kędra. Po chwili asystent zamienił się w strzelca i mieliśmy podwyższenie na 3:0 a piłkę podawał w tej sytuacji Michał Karaś. Ewidentnie trzecia bramka podcięła Orłom skrzydła. Większość gry przebiegała na połowie gości, którzy cofnęli się do głębokiej defensywy. Taka taktyka nie zdała się na wiele, ponieważ dwie kolejne bramki dołożył Cezary Małecki, za pierwszym razem po podaniu Michała Kowalczyka, a za drugim Michała Rzeczkowskiego. Warto odnotować że pierwszy z Michałów zanotował świetną pierwszą połowę i to jego bramka podwyższyła wynik spotkania na 6:0, a na przerwę FC Albatros schodził już z przewagą aż siedmiu bramek. Druga część gry nie zaskoczyła niczym specjalnym. Znów częściej do głosu dochodziła drużyna gospodarzy, która w pełni kontrolowała to spotkanie. Kluczowymi graczami FC Albatros w tym spotkaniu okazał się duet Kowalczyk – Małecki. Pierwszy z nich w drugiej połowie podwyższył na 8:0 i doprowadził do dwucyfrowego wyniku, natomiast drugi trafił z rzutu wolnego na 9:0 i asystował przy 11-stej i 12-stej bramce swojego zespołu. Wynik 12:0 nie pozostawia złudzeń, kto był lepszy w tym pojedynku.

 

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
2 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 1

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 2A

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
1 0

LIGA 2B

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 3A

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 3B

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 4A

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
3 0

LIGA 4B

Kolejka 8
Wybierz kolejkę:
4 0

LIGA 5A

Kolejka 8

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi