Wczytuję...

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA…

Masz Telefon, Tablet i aktywne konto Google ? Sprawdź jak łatwo skonfigurować powiadomienia dla materiałów Video z kanału Liga Fanów TV.

ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE

Nie masz zespołu? Chciałbyś zagrać w Lidze Fanów? Uwielbiasz piłkę nożną? Wychodzimy naprzeciw waszym oczekiwaniom i proponujemy komfortowe rozwiązanie!

LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIEE

Masz Instagram? Obserwuj nas i bądź na bieżąco! Zobacz co tam znajdziesz z życia Ligi Fanów.

ZMIANY NA FACEBOOKU!

Na facebooku doszło do dużych zmian. Jedną z ich konsekwencji może być to, że przestaniecie widzieć nasze posty. Sprawdźcie jak się do tego przygotować, aby być z LIGĄ FANÓW na bieżąco!…

LIGA FANÓW TV - POWIADOMIENIA NA YOUTUBE
ZGŁOSZENIE INDYWIDUALNE
LIGA FANÓW NA INSTAGRAMIEE
ZMIANY NA FACEBOOKU!

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 2.

03
Paź

Ostre strzelanie urządzili sobie w minionym tygodniu gracze Green Team i Phoenix Warsaw FC, a ich spotkanie zakończyło się zwycięstwem tych drugich w stosunku 6:13. Sporo emocji było również w Ekstraklasie i 2 Lidze. Różnicą jednego gola Moczymordy wygrały z Tylko Zwycięstwo , podobnie jak FC Melange z Junakiem. Z pierwszego zwycięstwa w sezonie cieszyli się gracze KP Jastrząb, którzy pokonali aż 10:0 Warsaw Raccoons. A co działo się w pozostałych spotkaniach przeczytacie w naszych cotygodniowych relacjach meczowych na które serdecznie zapraszamy.

RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 2.

 

EKSTRAKLASA

Mecz Tylko Zwycięstwo z Moczymordami rozpoczął się pod dyktando drużyny gości. Praktycznie od pierwszego gwizdka zawodnicy w białych koszulkach szukali sposobu na zaskoczenie Kuby Karasińskiego. W ataku Moczymord wyróżniał się duet Piotr Szurmiński – Łukasz Widelski, który odpowiadał za większość strzałów zawodników gości. Z czasem drużyna gospodarzy również zaczęła stwarzać sytuacje bramkowe, z których najniebezpieczniejsze było uderzenie głową Andrzeja Morawskiego. Pomimo starań, żadna ze stron nie była w stanie zaskoczyć przeciwnika i na przerwę drużyny schodziły przy bezbramkowym remisie. Początek drugiej połowy przypominał pojedynek wytrawnych bokserów. Uderzenia zatrzymywały się jednak na rękawicach bramkarzy. Na pierwszy punktowany cios musieliśmy czekać aż do 39' minuty spotkania. O powodzeniu akcji Moczymord zadecydował przebłysk geniuszu Zbigniewa Obłuskiego, który minął obrońcę, zszedł do środka i strzałem po ziemi pokonał bramkarza gospodarzy. Jednak już po chwili Tylko Zwycięstwo doprowadziło do wyrównania. Adam Rozwadowski skierował głową piłkę do siatki gości, wykorzystując wrzutkę z autu. Ostatni cios tego pojedynku należał jednak do Zbigniewa Obłuskiego, który atomowym uderzeniem pod poprzeczkę zamienił rzut wolny na bramkę dla Moczymord. Wynik 1:2 nie uległ zmianie aż do końca spotkania. Tylko Zwycięstwo dalej musi czekać na zdobycz punktową w najwyższej klasie rozgrywkowej, natomiast Moczymordy po dwóch kolejkach mają komplet punktów.

W zapowiedziach pisaliśmy, że nie wiemy czego się spodziewać po debiutującym w Lidze Fanów Chemiku Bemowo i musimy przyznać, że takiego scenariusza, a przede wszystkim takiego wyniku w starciu z East Windem, nie przewidywaliśmy. Chyba nikt z ludzi ,którzy śledzą amatorskie rozgrywki w Warszawie, nie byłby w stanie przepowiedzieć takiego obrotu sprawy. Początek spotkania nie rysował jeszcze takich czarnych scenariuszy, ale z każdą upływającą minutą obraz gry wskazywał, że gospodarze tego dnia będą nie do zatrzymania. Goście mieli kilka okazji, ale świetnie bronił Damian Kaczmarczyk, a jego koledzy w każdej formacji trzymali wysoki poziom ,który powodował, że Chemik nie miał za wiele atutów, którymi mógłby zaskoczyć rywala. Do przerwy mamy 5:0. Po zmianie stron trwał napór graczy w czarnych trykotach. Zieloni próbowali strzelić choćby gola honorowego, ale brakowało wykończenia i nic tego dnia nie chciało wpaść do sieci. East Wind kontratakował i aplikował kolejne trafienia. Po końcowym gwizdku mamy 13:0. Pokaz mocy i siły drużyny Sebastiana Dąbrowskiego. Chemik na premierowe trafienie musi poczekać przynajmniej tydzień , a na pocieszenie przypominamy fakt z jednego z sezonów, gdzie Tiki Taka w podobnym stylu przegrała pierwszy mecz, by na koniec sezonu cieszyć się z vice mistrzostwa. Niemniej jednak tak utytułowana ekipa na takie wpadki w kolejnych meczach pozwolić sobie nie może.

Ciekawiej było w starciu FC Kebavity z Turem Ochota. Gospodarze nadal bez pierwszego golkipera Piotra Kalbarczyka, którego tym razem zastąpił Willie Oviedo. W ekipie gości powrócił między słupki Paweł Wysocki oraz Maciek Baranowski którego zabrakło w pierwszej kolejce. Pierwsza połowa to dominacja ekipy z Ochoty. Drużyna Buraka Goncuoglu jak zawsze w starciach z drużynami z topu nie może znaleźć sposobu, żeby dobrze wejść w mecz. Czegoś zawsze brakuje, co nie pozwala na korzystne wyniki. Tym razem było podobnie i po 25 minutach rywalizacji było 0:2. Druga połowa to dużo lepsza gra Kebavity. Bardzo dobrze w defensywie spisuje się Azamat Qutpiddinov ,a w ofensywie dużo problemów obrońcom Tura sprawia nowy zawodnik Christian Namani. Szkoda że najlepszy gracz gospodarzy Baris Kazkondu nie jest w pełni sił i od dwóch tygodni gra z kontuzją, bo widać było że ból nie pozwala mu zagrać na swoim poziomie. Około 40 minuty mamy mecz na styku i w ekipie mistrzów robi się nerwowo. Kebavita stawia wszystko na jedną kartę, by uratować choćby remis. Niestety się nie udaje ,bo w końcówce Kapitan Tura zamyka spotkanie i trzy punkty wędrują na Ochotę. Gospodarze w dwóch kolejkach nie zdobyli choćby punktu ,ale trzeba przyznać, że kalendarz gier ich nie rozpieszcza. Dlatego trzeba szybko zapunktować, by nie stracić kontaktu z czołówką. Tur z kompletem z każdą kolejką na pewno będzie się rozkręcał.

Ciekawy i zacięty mecz oglądaliśmy w wykonaniu Wawalions i Anonymmous. Gospodarze bardzo dobrze zaprezentowali się w starciu z Moczymordami i teraz chcieli zawalczyć o pierwsze punkty w Ekstraklasie. Anonimowi przełożyli pierwsze spotkanie i dla nich była to inauguracja sezonu. Od samego początku mecz był toczony w szybkim tempie i każda z drużyn miała swoje okazje. Młody zespół z Ukrainy od razu narzucił swój styl gry, a ponieważ tak szaleńcze tempo z pierwszych minut mogłoby spowodować, że ekipie Maćka Miękiny zabrakłoby sił na całe spotkanie, to starali się dłużej utrzymywać przy piłce. Pierwsi trafili gospodarze ,ale goście szybko doprowadzili do wyrównania. I tak do przerwy trwała wymiana, gdzie obie drużyny nie pozostawały sobie dłużne. 3:3 po pierwszej połowie. Po zmianie stron Volodymyr Humeniuk, najlepszy tego dnia na boisku, daje prowadzenie, ale Anonimowi nie poddają się. Głębocki i Stoch, ofensywny duet gości, stara się jak może, aby wyrównać, gdy im się to udaje, obraz gry nie zmienia się, zarówno jedni jak i drudzy mają jeden cel – nie przegrać. I z perspektywy całego meczu wynik 5:5 jest jak najbardziej sprawiedliwy i nie krzywdzący żadnej z drużyn. Widać że Wawalions z każdym meczem będą coraz groźniejsi i nie jednemu faworytowi mogą zabrać punkty. Anonimowi to dla nas zagadka. Wszystko zależy kogo Maciek Miękina sprowadzi na mecze, bo w obecnym składzie środek tabeli to chyba maksimum możliwość tej drużyny.

LIGA 1

Starcie starych znajomych Bulbezu Bemowo i FC Górki według nas miało, wobec problemów kadrowych zielonych, jednego faworyta. Ale z pewniakami często jest tak, że zawodzą. Mecz rozpoczynamy z deficytem jednego zawodnika po stronie ekipy Michała Rychlika. W trakcie zawodów dojeżdżają pozostali gracze, a ten okres przewagi na boisku pozostaje niewykorzystany przez ekipę z Tarchomina. Jak to często bywa, takie sytuacje potrafią odwrócić bieg spotkania i Bulbez w komplecie zaczął strzelać gole. Po tym cofnął się do obrony i szukał szans w kontratakach. Górka starała się odpowiedzieć na trzy bramki gospodarzy, ale obrona zespołu z Bemowa, a szczególnie bramkarz, Michał Staniszewski, bronił kapitalnie. Do przerwy mamy 3:1. Po zmianie stron ekipa Konrada Litwiniuka szybko zdobywa bramkę kontaktową. Jednak Bulbez kontrolował bezpieczny dla siebie wynik, utrzymując dwubramkową przewagę. Górka w końcówce strzela gola na 5:4 ,ale zaraz potem popełnia prosty błąd i Rafał Szewczyk ustala wynik spotkania. Górka mimo wielu okazji, przez własną niemoc strzelecką przegrywa z Bulbezem. Zespół z Bemowa natomiast tego dnia miał w swoich szeregach Michała Głębockiego, który w dużej mierze przyczynił się do sukcesu gospodarzy.

Mecz Mixamatora z LTMem wobec znakomitej formy obu drużyn zapowiadał się emocjonująco. Chłopaki znają się bardzo dobrze i był to swoisty mecz przyjaźni ,ale na boisku nikt nie zamierzał odpuszczać i każda z ekip chciała zgarnąć pełną pulę. Pierwsza faza meczu to fantastyczna gra Miksów i zasłużone prowadzenie. LTM stopniowo łapał rytm gry i po nie najlepszym starcie zaczął odrabiać straty. Agresywny odbiór piłki po stronie zawodników Michała Fijołka z pierwszych minut nie funkcjonował już tak dobrze w dalszej części meczu i w konsekwencji na przerwę gospodarze prowadzili już tylko różnicą jednego gola. Drugie 25 minut to przebudzenie ofensywy gości i duet Dryński – Kuczewski, autorzy 4 bramek, powodują, że LTM mógł się cieszyć z końcowego sukcesu. Jednak największy wkład w zwycięstwo miał Łukasz Szala. To za jego sprawą świetnie funkcjonowała defensywa. Wygrywał wszystkie pojedynki z napastnikami i w drugiej połowie praktycznie ofensywa gospodarzy nie miała klarownych okazji do zdobywania bramek. Ostatecznie po końcowym gwizdku mamy wynik 4:6. LTM widać że jest bardzo mocny i zapewne będzie walczył o medale. Miksy po raz pierwszy miały słabszą połowę w spotkaniu i to zaważyło na końcowym wyniku ,ale widać że ta drużyna robi progres i będzie się liczyła w walce o czołowe lokaty.

O ile LTM radzi sobie świetnie, to Niezłomni mają słaby początek w pierwszej lidze. Ich rywal Papadensy na razie spisują się znakomicie i w pojedynku z ekipą Mikołaja Melnyka byli zdecydowanie lepsi. Pierwsza połowa nie zapowiadała takiego wysokiego wyniku. Co prawda na początku gospodarze objęli prowadzenie i mieli optyczną przewagę ,ale goście nie zamierzali odpuszczać i dotrzymywali kroku rywalom. Gdy Taras Kobliuk strzelił gola na 3:2 mieliśmy nadzieję, że ten mecz będzie nas trzymał w napięciu do ostatniego gwizdka. Jednak po przerwie na boisku istniała już tylko jedna ekipa. Świetnie grał Maciek Kurpias, a że jego koledzy dorównywali mu poziomem, to szybko było po meczu. Niezłomni jakby podłamani szybko straconymi golami, zaczęli grać indywidualnie, bez pomysłu nadziewając się na kontry Papadensów. Kilka prostych błędów bramkarza powodowało, że napastnicy gospodarzy mogli poprawić sobie statystyki. Mecz kończy się wynikiem 9:2. W następnych kolejkach jesteśmy ciekawi, jak z silniejszymi rywalami poradzi sobie ekipa Marcina Białorudzkiego. Niezłomni wciąż niestety bez kilku kluczowym graczy, którzy są na wakacjach, bądź nie wrócili jeszcze z Ukrainy, mają kłopot by nawiązać walkę na poziomie pierwszej ligi.

Patrząc na protokoły meczowe Hazardu 86 i Tiki Taki można by było powiedzieć, że szykuje się hitowy mecz. Sęk w tym, że po stronie Radka Małeckiego nikogo z zawodników, których pamiętamy z gry w Ekstraklasie, na Grenady nie zobaczyliśmy. To wobec piekielnie mocnego składu gospodarzy, nie wróżyło niczego dobrego dla gości. Szybko ekipa Michała Malińskiego zdobyła bezpieczną przewagę, choć to Tiki Taka pierwsza strzeliła gola za sprawą Oskara Góreckiego. Stopniowo dominacja Hazardu zwiększała się i nie podlegała dyskusji. W bramce robił co mógł golkiper Tikitakerów ,ale wobec czystych, klarownych sytuacji, nie miał szans na skuteczne interwencje. Do przerwy mamy 4:1. Po zmianie stron obraz gry lustrzanie podobny do pierwszych 25 minut. Hazard miał grę pod kontrolą i spokojnie dążył do zdobywania kolejnych bramek. Tiki Taka zdjęła bramkarza, aby mieć przewagę w polu, ale większego efektu to nie przyniosło. W końcówce, gdy losy meczu były już rozstrzygnięte, gościom udało się zmniejszyć rozmiary porażki. Hazard z kompletem punktów powoli się rozkręca. Na pewno kolejne mecze zweryfikują możliwości tej ekipy. Tiki Taka musi czekać na powrót swoich kluczowych zawodników, a wtedy na pewno wyniki będą lepsze.

W ostatnim meczu I ligi obejrzeliśmy dobre, emocjonujące spotkanie pomiędzy Drunk Teamem a Hiszpania Club de Futbol. Lepiej zaczęli mecz Drunkersi, którzy objęli prowadzenie po mocnym podaniu z boku boiska Michała Janowskiego i precyzyjnym wykończeniu Łukasza Walo. Hiszpanie próbowali szybko odpowiedzieć, ale strzały z dystansu bardzo dobrze parował Marek Łukaszewicz lub też pomagała mu nieco konstrukcja bramki, kiedy to jeden z Hiszpanów mocno uderzył w spojenie. Znacznie lepiej ze strzelaniem radzili sobie gospodarze, bo na 2-0 podwyższył Tomasz Redas, a następnie na raty strzelił ponownie Walo, gdzie piłka długo nie chciała wpaść do bramki, ale ostatecznie znalazła się za linią. Bramkarz Drunk Teamu mimo dobrej postawy musiał w końcu skapitulować, kiedy to piłka uderzona z dystansu jeszcze po drodze odbiła się od jednego z zawodników i po małym rykoszecie wpadła do siatki. Tuż przed przerwą Hiszpanom udaje się odrobić jeszcze jedną bramkę i skrócić dystans do stanu 3-2. Po zmianie stron goście zaczęli od mocnego uderzenia, gdzie Drunk Team przed utratą bramki uratował słupek. Remis stał się faktem po golu na 3-3 Germana Gila, jednak ta bramka jakby obudziła na nowo Drunk Team, bo dość szybko znów odskoczyli na jednobramkowe prowadzenie. Do końca ważyły się losy tego spotkania, ale kropkę nad i postawił świetnym uderzeniem z dystansu Adam Pochwała i wywalczenie 3 punktów przez jego drużynę z aktualnym mistrzem stała się faktem. Widzieliśmy dobry, zacięty mecz, pełen walki i stykowych sytuacji, gdzie wynik przez dłuższy czas był sprawą otwartą. Hiszpanie w trakcie spotkania nie byli zadowoleni z pracy sędziego, wystawiając mu najniższą notę.

LIGA 2A

Po bardzo nieudanym początku sezonu, w którym FC Melange poniosło dotkliwą porażkę, przyszedł czas na mecz ze starym, dobrym znajomym, czyli Junakiem. Ekipa Kamila Marciniaka nie wyciągnęła chyba wniosków po porażce, bo na mecz stawili się w 6-cio osobowym składzie i to tylko dlatego, że sięgnęli po głęboką rezerwę, więc nie zapowiadało się na bardzo dynamiczny mecz. Od pierwszych minut tempo dyktowali goście i wyglądało to trochę jak obrona Częstochowy. Wiele razy z opresji zespół gospodarzy ratował bramkarz, Bartek Jakubiel i tylko dzięki niemu długo utrzymywał się wynik bezbramkowy. Impas przełamał jednak Maciek Radziszewski, który po indywidualnej akcji zdobyła gola na 0:1. "Melanżownicy" podjęli jednak rękawice jeszcze w pierwszej części, gdy po golu Łukasza Słowika oba zespoły schodziły na przerwę przy stanie 1:1.Po zmianie stron znów o sobie dał znać Maciek Radziszewski, ponownie dając prowadzenie Junakowi. W tym momencie cierpliwość stracił golkiper FCM i postanowił pokazać kolegom z ataku jak się gra w piłkę. Poszarżował z własnej bramki i tuż po przekroczeniu połowy posłał taką bombę w okienko, że bramkarz rywali nawet nie drgnął. W kolejnej akcji wcielił się w rolę asystenta, kiedy dokładnym podaniem obsłużył "Słowinho", a ten zdobył drugą bramkę tego dnia, wyprowadzając Melanż na prowadzenie 3:2. Mimo, że gospodarze oddychali rękawami, trzymali się nieźle, czego potwierdzeniem była piękna bramka Kamila Pietrzykowskiego, który po podaniu Daniela Kowalskiego posłał piłkę na długi słupek, a ta po rykoszecie wpadła do bramki. Junak odpowiedział ładną akcją kombinacyjną, po której rozmontował defensywę rywali, a gola kontaktowego strzelił Krzysiek Krzewiński, ale nie starczyło już czasu na dogonienie wyniku i mecz zakończył się wygraną gospodarzy 4:3.

Zarówno Wierny Służewiec jak i FC Karmelicka nie przystąpili do rywalizacji w optymalnych składach, w których zabrakło kilku wyróżniających się nazwisk. Mimo wszystko od początku przewidywaliśmy, że to goście są faworytem tego spotkania, choć jak zauważył jeden z zawodników gości, zawsze są faworytem, ale na boisku wychodzi zupełnie inaczej. Pierwsza połowa to w głównie obrona Wiernego i liczenie, że z przodku może uda się coś strzelić z kontrataku. Jednak w dużej mierze to Karmelicka prowadziła grę, próbując przedostać się pod pole karne rywala. Brakowało jednak klarownych sytuacji i skuteczności w wykorzystaniu już wykreowanych okazji. Przez dłuższy czas utrzymywał się wynik 0-0 i Karmelicka nie miała zbytnio pomysłu na rozmontowanie obrony Wiernego. Ten z kolei nie bardzo miał kim straszyć z przodu i przed długie minuty trwaliśmy w tym pacie. Jeszcze przed przerwą Karmelicka objęła prowadzenie i z wynikiem 0-1 obie ekipy schodziły na przerwę. Wierny raczej nie planował zmieniać taktyki, w końcu prezentowali się o wiele lepiej niż sądziliśmy przed meczem, jednak cały plan poszedł na marne już na początku drugiej części, kiedy to Karol Trzciński podwyższył na 0-2. Zawodnicy ze Służewca nie mieli już za bardzo czego bronić, więc trzeba było się otworzyć, co bardzo pasowało ekipie Karmelickiej, która miała więcej miejsca i mogła punktować rywala. Po czwartej bramce z gospodarzy chyba zeszło już powietrze, bo wiedzieli, że nie uda się już nic ugrać w tym meczu. Ostatecznie skończyło się zasłużonym i pewnym 0-5 dla Karmelickiej, choć długimi fragmentami Wierny prezentował się lepiej niż przypuszczaliśmy.

Jesteśmy przyzwyczajeni do świetnych meczów na poziomie Ekstraklasy czy pierwszej ligi , ale i na niższych szczeblach zdarzają się spotkania ,które na długo zapadną nam w pamięci. Mocny Melodramat i Chłopcy z Bródna zadbali, aby Ci, którzy przyszli w deszczowe popołudnie na Grenady, nie żałowali swojej decyzji. Od pierwszego gwizdka widać było, że obie ekipy naładowane są energią do walki o każdy centymetr boiska. Pierwsi na prowadzenie wyszli zawodnicy Sebastiana Ulewicza. Długo utrzymywali prowadzenie ,aż do momentu, w którym genialnym podaniem popisał się Sebastian Cuch i Michał Kielak wyrównuje. Przed przerwą ekipa z Woli wychodzi na prowadzenie i mamy pierwszy zwrot akcji w tym meczu. Po zmianie stron to Bródno goni wynik i cały czas mamy wynik na styku. Udaje się wyrównać, ale za to mnożą się faule ,jednak wszystko mieści się w granicach męskiej, sportowej walki. Gdy wydaje się, że będzie remis, na minutę przed końcem bramkarz gości zagrywa piłkę na głowę Damiana Łukasika, który lobuje golkipera rywali i mamy 3:4.Właściwie tylko kataklizm mógł wtedy odebrać gościom komplet punktów. Większość z obecnych była przekonana, że już nic się złego ekipie z Bródna nie może się stać i nic nie wydrze im zwycięstwa. Wszystkich tak myślących z błędu wyprowadził Mocny Melodramat, który zaczyna od środka boiska i po 40 sekundach wyrównuje. Gwizdek sędziego i mamy remis. Emocje do ostatniej sekundy i kawał dobrego futbolu w wykonaniu obu drużyn.

W niemal pełnym składzie stawili się zawodnicy Joga Bonito do starcia z Saską Kępą. Goście niezbyt wesoło wspominają mecz inaugurujący ich poczynania w tym sezonie, ale trzeba przyznać, że brakowało kilku kluczowych zawodników. Tym razem, Ci wielcy nieobecni stawili się i w ogromnej mierze mieli wpływ na losy spotkania. To co rzuciło się w oczy to przede wszystkim styl gry chłopaków z Południa Warszawy. O ile tydzień temu z jakiegoś powodu ich główną strategią były indywidualne próby przebicia się przez defensywę rywali, o tyle tym razem oglądaliśmy bardzo odpowiedzialne dystrybuowanie piłki, łącznie z zaangażowaniem linii defensywnej do rozgrywania piłki. Pierwsza połowa była niesamowicie wyrównana i zakończyła się wynikiem 2:3. W drużynie Joga Bonito dobrze prezentowali się Sebastian Jary oraz Grzesiek Szostak, którzy wzajemnie współpracowali przy dwóch golach, zamieniając się rolami asystenta i strzelca. W ekipie Saskiej Kępy, szczególnie dobrze radzili sobie Mateusz Kryczka oraz Karol Mroczkowski. I to właśnie Ci dwaj Panowie stanowili o sile swojego zespołu. Druga połowa w ich wykonaniu to istny koncert. "Mroczek" był praktycznie w każdym sektorze boiska i widać było, że świetnie przygotował się fizycznie do sezonu. Natomiast Łukasz podjął się roli kreatora sytuacji dla swojego kolegi, dzięki czemu aż pięciokrotnie jego nazwisko zostało odnotowane w rubryce z asystami. Zawodnikiem meczu został jednogłośnie Karol Mroczkowski, a jego pięć trafień i dwie asysty to wynik godny miana MVP spotkania. Wynik końcowy 3:9, a więc dominacja zespołu Kornela Troszczyńskiego była niepodważalna.

Po fantastycznym rozpoczęciu sezonu przez Warszawską Ferajnę, przyszedł czas na potyczkę z dobrze znanym rywalem, którego nigdy zawodnicy ekipy Kacpra Domańskiego jeszcze nie pokonali, czyli Virtualne Ń. Początek spotkania wymarzony dla gospodarzy. Świetne podanie Konrada Pietrzaka dochodzi do kapitana Ferajny, a ten pewnie umieszcza piłkę w siatce, otwierając wynik spotkania. Odpowiedź gości jednak przychodzi bardzo szybko w postaci akcji Michała Płotnickiego, który asystuje przy bramce Szymona Kolasy. Tempo meczu bardzo wysokie, a obie ekipy nie oszczędzają swoich kończyn, tworząc dość męskie widowisko. O tym, że futbol to przede wszystkim gra piłką, a nie polowanie na kończyny rywali, przypomniał Franciszek Pogłód, który pięknym rogalem zza pola karnego pokonał bramkarza "Virtualnych". Jeszcze przed przerwą Ferajnie udaje się zdobyć bramkę i zakończyć pierwsze 25 minut wynikiem 3:1. Po zmianie stron goście zaczynają pogoń i to skutecznie. Po raz kolejny świetna współpraca duetu Szymon Kolasa / Michał Płotnicki, którzy tym razem zamienili się rolami i mamy tylko 3:2. Niestety od tego momentu coraz mocniej zarysowywała się przewaga "Ferajniarzy". Świetna gra w ataku Kacpra Domańskiego i Łukasza Niedźwiedzia, którzy brali udział przy kolejnych trzech bramkach sprawia, że różnica między zespołami staje się znacząca (6:2). Zwłaszcza Łukasz Niedźwiedź rozegrał w tym czasie kilkanaście świetnych minut, dwukrotnie wpisując się na listę strzelców i raz kreując okazję kolegom. Do końca spotkania gospodarze już raczej kontrolują przebieg meczu, nie pozwalając przeciwnikom się zbliżyć. Bramki dla grających na zielono gości zdobyli jeszcze wcześniej wspomniani Michał Płotnicki i Szymon Kolasa, jednak było to jedynie na otarcie łez, gdyż wynik końcowy 8:4 jasno pokazuje, kto tego dnia był w lepszej formie.

LIGA 2B

Rywalizację w lidze 2B zaczęliśmy od spotkania Lujwaffe Tarchomin ze Złączonymi. Mecz lepiej rozpoczęli zawodnicy gospodarzy, po tym jak wynik otworzył Marcin Konopka, pewnie wykonując rzut karny. Później jednak mecz zdominował duet Piotr Gipsiak / Kuba Domrzalski, którzy dwukrotnie rozmontowali obronę rywali. Wynik przed przerwą zdążył jeszcze podwyższyć Łukasz Wasiak, który pięknie przyjął podanie Kuby Marchwińskiego, obrócił się i umieścił piłkę w bramce strzałem z linii pola karnego. Gospodarze po gwizdku oznajmiającym rozpoczęcie drugiej części, znów byli skuteczniejsi niż zawodnicy Złączonych. Michał Święs zainaugurował kontratak swojej drużyny i już po chwili znalazł się na linii pola karnego zespołu gości. Zamiast uderzyć bezpośrednio na bramkę Grzegorza Starbały, odegrał piłkę do biegnącego za nim Piotra Dobrzenieckiego. Akcja luźno inspirowana siatkarską krótką okazała się być skuteczna, a gracze Lujwaffe zdobyli w ten sposób bramkę na 2:3. Historia jednak lubi się powtarzać, o czym przekonała nas powtórka z pierwszej połowy – gracze Złączonych i tym razem odpowiedzieli dwukrotnie. Najpierw świetnym uderzeniem na listę strzelców wpisał się Kuba Marchwiński, natomiast na 5:2 wynik podwyższył Piotr Gipsiak atomowym uderzeniem.W ostatnich minutach meczu gospodarze dwoili się i troili, aby odrobić straty. Zawodnikom Lujwaffe starczyło czasu na dwie bramki, jednakże lob z własnej połowy autorstwa Wojciecha Chajdysa był jednym z najładniejszych uderzeń kolejki. Mecz zakończył się wynikiem 4:5, natomiast zawodnikom obu drużyn zostaje życzyć, by ich kolejne mecze obfitowały w równie piękne bramki!

Równie wyrównany pojedynek zobaczyliśmy w starciu Deportivo la Chickeno z Aleją Seksu i Biznesu. Goście musieli się otrząsnąć po wysokiej porażce ze Złączonymi i chyba im się to udało, bo byli równorzędnym rywalem dla swojego oponenta. Po kilku minutach zaciętej walki prowadzenie objęli Czikeny po golu Łukasza Gumuli. Na 2-0 podwyższył Królak i wydawało się, że Deportivo będzie spokojnie prowadziło to spotkanie, punktując rywala. Cała praca w pierwszej połowie poszła na marne w przeciągu dosłownie paru minut gry, kiedy najpierw tuż przed przerwą wyrównał Arek Kazimierczak, a tuż po rozpoczęciu drugiej części wyrównał Grzegorz Roman. To nie był koniec kłopotów gospodarzy, ponieważ po pewnym czasie przegrywali już 2-3, kiedy to zawodnik Albatrosów przejął piłkę, popędził na bramkę i wykorzystał pewnie sytuację sam na sam. Sprawy przyjęły niekorzystny obrót i odpowiedzialność za wynik wziął na swoje barki Ernest Woźniak. Najpierw sam przejął piłkę na połowie rywala i doprowadził do remisu, potem jego podanie z rzutu wolnego wykorzystał Dmitri Podgorny strzelając na 4-3, a następnie sam wykorzystał rzut karny wywalczony przez Łukasza Gumułę. Aleja nie składała jednak broni i udało się jej jeszcze zmniejszyć stratę do stanu 5-4, ale zabrakło już czasu, by powalczyć o choćby punkt. Deportivo zgarnia kolejne 3 punkty, natomiast Aleja po przedsezonowych zawirowaniach chyba wraca na właściwe tory, ale z ostatecznymi wyrokami jeszcze się wstrzymamy.

O małe opóźnienie w rozpoczęciu kolejnego meczu musieliśmy poprosić kapitana Truskawski na Torcie, gdyż część zawodników ALPAN-a miała problemy z dojazdem na obiekt przy Grenady, a na czas stawiło się jedynie 5 zawodników. Ostatecznie na miejsce dotarł jedynie bramkarz, więc goście musieli rozegrać cały mecz bez zmian. Jeszcze w pierwszej połowie, dopóki mieli wiele sił, wyglądało to naprawdę dobrze. ALPAN miał znacznie więcej sytuacji bramkowych, ale dobrze między słupkami spisywał się Michał Mikołajczuk. Jednak przy trafieniach przeciwników był bez szans. Najpierw dobrze odbił do boku strzał z dystansu, ale przy dobitce nie miał zbyt dużo do powiedzenia, podobnie jak przy bramce na 0-2 kiedy to po świetnym podaniu Sebastiana Milewskiego akcję wykończył Armand Ręczyn. Jednak najwięcej problemów graczom Truskawki przysparzał Paweł Drewniak. Grał właściwie wszędzie. W obronie dobrze rozbijał ataki rywala, samemu inicjując kolejne ataki swojej drużyny. Potrafił dużą część boiska przejść samemu, mijając rywala z dużą swobodą. Nie oznacza to, że ekipa Tomka Cymermana była tylko tłem dla rywala. Mieli swoje okazje, ale większość strzałów odbijał stojący w bramce rywala Sebastian Figlewicz. Tak naprawdę gol dla gospodarzy wisiał w powietrzu. W drugiej części przez pewien czas wciąż utrzymywał się niekorzystny wynik dla Truskawki, ale zawodnikom ALPANa coraz bardziej dawał się we znaki ubytek sił. Gospodarze osiągali coraz większą przewagę, a sygnał do ataku dał kapitan Tomek Cymerman. To on dał kontaktowego gola, a w całym meczu brał udział przy trzech trafieniach. Na 2-2 wyrównał Gorczyca, a o wyniku przesądzili, wbijając w końcowej fazie meczu 2 bramki, wspomniany wcześniej Cymerman i Ashot Galstyan. Był to dobry mecz dwóch równorzędnych rywali, w którym o końcowym zwycięstwie przesądził, w dużej mierze, brak zmian w zespole ALPANa.

Łukasz Mietz i jego Walking Dead przybyło na starcie z ekipą Diabła Trzeci Róg w wyjątkowo mocnym składzie. Goście również stawili się w nienajgorszym zestawieniu, jednak nie był to chyba ich optymalny skład. Pierwszych kilka minut to napór "Trupów" i bardzo efektowne otwarcie wyniku w postaci pięknego uderzenia pod poprzeczkę Dominika Ludwiczka. Chwilę później na 2:0, po podaniu Michała Dryńskiego podwyższa Krzysiek Kulibski. Gracze "Diabłów" mogą mówić o ogromnym pechu, gdyż zwarli nieco swoje szyki i zaczęli nieźle kreować akcje w ofensywie, jednak razili nieskutecznością marnując dwie 100% sytuacje, po których byłby remis. Niewykorzystane sytuacje oczywiście się mszczą i to z nawiązką. Defensywa gości praktycznie zapomniała o komunikacji, a skrzętnie wykorzystał to popularny "Kula", który jeszcze przed przerwą aż trzykrotnie pokonywał Mikołaja Grzelaka. Złość golkipera DTR była ogromna, ale nie można się dziwić, gdyż przegrywali już 5:0. W przerwie, zawodnicy obu zespołów najedli się chyba niezmielonych ziaren kawy, bo drugą odsłonę rozpoczęli jak lokomotywy. W ciągu zaledwie paru minut oglądamy ładną akcję Piotrka Kruszyńskiego, który asystuje przy bramce Maćka Biernackiego, a potem wymianę ciosów trwającą kilkanaście sekund, po której widnieje wynik 6:2. Diabły zdają się powoli zbierać w sobie i w efekcie zmuszają zespół WD do błędów. Wyprowadzają dwie ładne kontry, po których bramki zdobywają Patryk Marciniak oraz Piotrek Kruszyński i deficyt dwóch bramek (6:4) przy takiej pogoni nie wydaje się aż tak wielki. Zapał w walce o choćby punkt studzi jednak świetny tego dnia Krzysiek Kulibski, który po podaniu Igora Petlyaka ustala wynik spotkania na 7:4, a Walkind Dead może cieszyć się z cennej wygranej.

Pojedynek Riversów z Young Guns był dla nas wielką niewiadomą. Obie drużyny przegrały swoje pierwsze mecze i teraz punkty na pewno przydałyby się obu ekipom. Goście obecnie są w przebudowie i pewnie minie trochę czasu, aż zespół złapie właściwy rytm. U Riversów stabilny skład grający od lat na boiskach Ligi Fanów. Pierwsza połowa na remis. Z obu stron mieliśmy kilka ciekawych akcji i widać było, że gra po obydwu stronach jest dużo lepsza niż w inauguracyjnych meczach. Wszystko rozstrzygnęło się w drugiej odsłonie, gdzie świetnie prezentował się nowy gracz gospodarzy Mikołaj Pekowski. To on dał powiew świeżej krwi i jego kilka akcji naprawdę pokazało, że ma duży potencjał. Dobre zawody zagrał kapitan Leszek Parzniewski i to pozwoliło przechylić szale na stronę Riversów. Młode Strzelby nie były już tak skuteczne jak w pierwszej części spotkania i mimo trzech bramek Marka Saneckiego goście po raz drugi w tym sezonie przegrywają. Potrzeba trochę czasu, aby nowi zawodnicy wkomponowali się lepiej w drużynę i na pewno kwestią niedalekiej przyszłości jest powrót tej ekipy na zwycięskie tory. Gospodarze, gdy powróci do gry Michał Ściborowski na pewno będą jeszcze mocniejsi i w kolejnych meczach na pewno to udowodnią.

LIGA 3A

2 kolejkę w Lidze 3A otworzyła rywalizacja Mikstury z Orzełami Stolicy. Mecz świetnie rozpoczęła drużyna gości – już po kilku minutach prowadzili po bramce Maxa Mahora. Ozdobą pierwszej połowy z pewnością była bramka Macieja Kiełpsza na 0-2. Zawodnik Orzełów pokonał Cezarego Kubalskiego potężnym uderzeniem w samo okienko. Gospodarze przebudzili się dopiero przy stanie 0-3, kiedy Maciej Dylewski wziął sprawy w swoje ręce i zdobył bramkę na 1-3, jednak marzenia na korzystny wynik Mikstury w pierwszych 25 minutach rozwiał Mikołaj Kiełpsz podwyższając wynik na 1-4. Przed przerwą dystans do Orzełów zmniejszył brazilianą Damian Patoka, jednak nawet tak przepiękny gol nie poprawił zbytnio sytuacji gospodarzy, którzy na przerwę schodzili z dwubramkowym deficytem. Po zmianie stron nadal wyraźna była przewaga zawodników w granatowych koszulkach. Drugą połowę otworzyła akcja braci Kiełpsz – Maciej kolejny raz wpisał się na listę strzelców, dobijając strzał Mikołaja. Nadzieję Mikstury ponownie rozbudził Patoka, umieszczając drugi raz w tym spotkaniu piłkę w siatce, jednak po nim do protokołu trafiali już tylko zawodnicy Orzełów Stolicy. Bramkę na 3-6 wypracował niezawodny Maciej Kiełpsz. As gości wyłożył piłkę Pawłowi Miłkowskiemu w taki sposób, że podwyższenie wyniku było tylko formalnością. Wynik ustalił Arkadiusz Ciołek po asyście MVP spotkania, Piotra Barańskiego. Bramkarz Orzełów Stolicy nie dość, że bronił pewnie, to dokładnymi podaniami inicjował ataki swoich kolegów, dwukrotnie odnotowując asystę.

Old Eagles Koło po zwycięstwie w pierwszym meczu chciało iść za ciosem. Iglica Warszawa po porażce chciała jak najszybciej zdobyć punkty. Doświadczenie kontra młodość, to krótka charakterystyka obu drużyn, które w obfitym deszczu mierzyły się w niedzielne popołudnie na Grenady. Mecz walki od samego początku, gdzie każdy walczył na całego i nie było straconych piłek dla zawodników obu drużyn. Na trafienie kapitana Orzełków Jana Drabika odpowiedział Robert Kędzierski i pierwsza połowa na remis, mimo że obie drużyny miały kilka wybornych okazji. W drugiej części Kamil Lubański szybko strzela bramkę ,ale przed nami blisko 20 minut meczu. Iglica dąży do wyrównania ,ale nadziewa się na kontry Koła, które nie potrafi wykorzystać żadnej z dogodnych sytuacji. Co najmniej dwa razy wystarczyło dostawić nogę i wpakować piłkę do pustej bramki. Tak się jednak nie stało ,a że goście też nie potrafili pokonać Sebastiana Nowakowskiego to mecz zakończył się wynikiem 2:1. Sześć punktów dla Orzełków to nie sen. Już dawno nie zaliczyła ekipa z Koła takiego startu i może to być ich sezon. Iglica natomiast musi szukać punktów w kolejnych meczach ,bo gra nie wygląda źle, ale wiadomo, że lepiej brzydko wygrać niż pięknie przegrywać.

Spotkanie ADP Wolskiej Ferajny z Elitarnymi Gocław było zdecydowanie najciekawszym na III-ligowych boiskach. Nie brakowało dramaturgii, zwrotów akcji, a także kontrowersji. Wszystko zaczęło się po myśli gości, kiedy po podaniu Mateusza Zalewskiego celnym strzałem popisał się Łukasz Girjotas. Chwilę później, ładne dogranie Adama Długołęckiego otworzyło drogę do bramki Łukaszowi Eljasiakowi i mieliśmy 0:2. Wyraźnie podrażniło to ambicje chłopaków z Woli, a szczególnie Czarka Majewskiego, który zaczął sypać bombami na bramkę strzeżoną przez Marcina Głębockiego. Na efekty nie czekaliśmy długo i jeszcze w pierwszej połowie "Czarny" dwukrotnie zmusił golkipera rywali do kapitulacji. Po zmianie stron jego zapał nie zmalał i po podaniu Kuby De Stefano po raz kolejny mocno i celnie uderzył, kompletując hat-tricka oraz wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 3:2. Elitarni jednak nie zamierzali tanio skóry sprzedać. Świetnie zachował się bramkarz ekipy z Gocławia, który podał piłkę do "Jotiego", a ten po raz kolejny trafił do siatki. Chwilę później, dośrodkowanie Adama Długołęckiego wykorzystał Łukasz Eljasiak i prowadzenie znów było w rękach gości. Odpowiedzią był piękny strzał Czarka Majewskiego, po którym piłka obiła oba słupki i zatrzepotała w siatce. Obie drużyny zadały sobie jeszcze po jednym ciosie (5:5) i wszystko wskazywało na podział punktów, jednak w ostatniej minucie pięknym strzałem głową popisał się Wojtek Sekulak i ku radości Elitarnych zapewnił swojemu zespołowi upragnione zwycięstwo 5:6.

Meczem kończącym zmagania na Grenady był pojedynek Zakonu Bonifratrów z Gangiem z Kabat. Początek na konto Zakonu, który objął dość szybko prowadzenie w meczu za sprawą Krzysztofa Kurowickiego po asyście... bramkarza. Stracona bramka mocno podrażniła zawodników z Kabat, którzy dość licznie stawili się na meczu. Ruszyli do ataku wymuszając błędy na rywalu z 1-0 zrobiło się 1-3! Gang był w dobrej sytuacji, ale nie udało im się kontynuować strzelania, a co więcej, nie udało się nawet utrzymać prowadzenia do przerwy, bo najpierw Zakon zmniejsza straty do stanu 2-3, a przed przerwą po kontrze wyrównuje Jerzy Kurowicki. Druga część nie była dobra dla Gangu. Najpierw strata bramki po golu samobójczym, a na 10 minut przed końcem trafienie Zakonu na 5-3 sprawiło, że choćby jeden punkt coraz bardziej się oddalał. Pomocną dłoń dla rywala wyciągnęli Zakonnicy, bo aż dwukrotnie grali w osłabieniu po ukaraniu żółtymi kartonikami. Jednak Gang nie potrafił wykorzystać przewagi, a co więcej, groźnie kontrowali zdekompletowani gospodarze i o mały włos nie podwyższyli jeszcze wyniku. Ostatecznie skończyło się na 5-3 dla Bonifratrów, choć zespół z Kabat na pewno może żałować niewykorzystanych sytuacji, których miał nawet sporo, jak i nieumiejętności wykorzystania gry w przewadze.

Na zakończenie dnia zmagań na Arenie Picassa Bękarty Warszawy podejmowały Green Lantern. Te dwie ekipy dobrze się znają z poprzedniej rundy, kiedy to mierzyły się ze sobą dwukrotnie i dwukrotnie górą byli zawodnicy w zielonych koszulkach. Gospodarze byli zmotywowani, by odegrać się za porażki z poprzedniego sezonu, więc liczyliśmy na zacięte spotkanie. I nie zawiedliśmy się, cały mecz miał szybkie tempo gry i byliśmy świadkami wymiany ciosów niczym podczas gali bokserskiej. Pierwszy sierpowy należał do ekipy Green Lantern, a dokładniej do Jana Wysockiego, który wykończył podanie Kuby Kublika. Ta stracona bramka podziałała na ekipę Bękartów jak czerwona płachta na byka. Nie zamierzali oni po raz kolejny ulec rywalowi i drużyna Bękartów doprowadziła szybko do remisu, po trafieniu Adama Józefowskiego, a następnie po trafieniu Maksyma Frantisova wyszła na prowadzenie. Kolejne minuty przynosiły świetne okazje drużynie Bękartów, ale fenomenalne interwencje Michała Dąbrowskiego utrzymywały ekipę gości w grze. Po podaniu Józefowskiego i strzale Frantisova bramkarz Green Lantern musiał jednak skapitulować. Sygnał do ponownego ataku drużynie gości dał Kublik strzelając gola na 3:2. Więcej goli już nie zobaczyliśmy gdyż w końcówce spotkania to bramkarze obu drużyn grali główne role, każda kolejna interwencja była lepsza od poprzedniej. Jednak po końcowym gwizdku cieszyć się mogła tylko jedna z drużyn i były to Bękarty Warszawa zdobywając tym samym pierwsze 3 punkty w sezonie.

LIGA 3B

Zarówno NAF Genduś jak i Sparta wygrały mecze w pierwszej kolejce i ciekawi byliśmy, jaki rezultat padnie w bezpośredniej konfrontacji. Już na samym początku było widać, że obrońcy gości szczelnie ustawili krycie Michała Ochockiego ,który jak ma trochę miejsca, to potrafi seryjnie strzelać bramki. I mimo że napastnik gospodarzy nie miał łatwego życia, to dwa razy udało mu się pokonać bramkarza Sparty. Ekipa z Pragi potrafiła jednak rozmontować obronę Gendusia i ze skromnym prowadzeniem schodziła na przerwę. W drugiej połowie goście jeszcze bardziej pilnowali rosłego napastnika, a szczególnie w wyłączenie Michała zaangażował się Grzegorz Bołdak. W ofensywie prym wiedli Krystian Szularz i Artur Markiewicz i to dało efekty w postaci kolejnych goli. Gospodarze gaśli z każdą minutą, a był to efekt tego, że rywale po prostu nie dawali już tyle miejsca do rozgrywania akcji co w pierwszej połowie. Ciągły pressing powodował liczne straty czego konsekwencją było pięć straconych goli. Ostatecznie Sparta zasłużenie wygrywa 2:8 i widać, że to jeden z głównych kandydatów do mistrzostwa tej ligi. Genduś walczył do końca i na pewno z taką grą w kolejnych meczach ma szanse na punkty.

Mecz Jordanka z Narodowym Śródmieściem należał do wyjątkowo wyrównanych spotkań. Faworyzowani w zapowiedziach zawodnicy Marka Szklennika już od pierwszych minut szturmowali bramkę przeciwnika, ale dzięki świetnej postawie obrońców, a szczególnie bramkarza Łukasza Gawrysia, nie byli w stanie znaleźć drogi do siatki. Paradoksalnie to gracze Jordanka przełamują bramkową niemoc – w 24 minucie po podaniu Adriana Kościeszy piłka trafia pod nogi Dominika Michałowskiego, a ten pewnym strzałem pokonuje bramkarza ekipy ze Śródmieścia. Początek drugiej połowy to niemalże kalka tego, co widzieliśmy w pierwszych minutach – Śródmieście atakuje, Jordanek broni się i próbuje strzelać z kontry. Skromne prowadzenie utrzymywało się przez 10 minut, ale chwila nieuwagi w obronie skutkuje golem Oskara Kalickiego i mamy remis. Obie ekipy oddają cios za ciosem. Najpierw na 1:2 podwyższa Paweł Orzechowski, Jordanek odpowiada drugim trafieniem Dominika Michałowskiego. Mecz nabiera tempa, Narodowe Śródmieście jeszcze bardziej przyciska w ataku, ale tego dnia wspomniany wcześniej bramkarz Jordanka dokonywał cudów. Gracze Mariusza Grzybowskiego mieli jeszcze jedną okazję podczas zamieszania pod bramką Marka Jarczewskiego, ale nie byli w stanie skierować piłki do siatki. I gdy wydawało się, że wynik remisowy utrzyma się już do końca meczu Damian Talarek popisuje się przepięknym strzałem, którego golkiper gospodarzy po prostu nie był w stanie obronić. Jordanek przegrywa po zaciętej walce, ale powiedzmy sobie szczerze – obroną meczów się nie wygrywa. Gdyby nie świetna postawa Łukasza Gawrysia wynik końcowy byłby na pewno dużo gorszy dla ekipy FC Jordanek, która musi trochę popracować nad skutecznością z przodu. Za to obecna forma Narodowego Śródmieścia daje realne nadzieje na wysokie lokaty w tabeli ligi 3B.

Dość jednostronny jeżeli chodzi o wynik był pojedynek pomiędzy FC Albatros, a FC Nova Group. Był to w dużej mierze mecz walki, żadna z drużyn nie zamierzała odpuszczać i byliśmy świadkami wielu pojedynków pomiędzy zawodnikami, ale co najważniejsze, mimo że sędzia częściej niż w innych spotkaniach sięgał po gwizdek, to obyło się bez złośliwych fauli. Pierwsza część to przede wszystkim skuteczność Daniela Makusa. To on otworzył wynik meczu, potem po długim podaniu od bramkarza podwyższył prowadzenie swojej drużyny, a następnie przed przerwą skompletował hat-trika. Jako że rywalom nie udało się ani razu znaleźć drogi do siatki „Nowych" do przerwy mieliśmy wynik 0-3. Po zmianie stron Albatrosom udało się zdobyć kontaktową bramkę za sprawą Yaroslava Lunieva , ale było to jedyne trafienie tej drużyny w całym spotkaniu. Na 1-4 podwyższył po indywidualnej akcji Michał Tomaszczyk, a dzieło rozpoczęte przez Daniela Makusa dokończył... Kamil Makus. To właśnie ten zawodnik strzelił kolejne 2 bramki, które ustaliły wynik meczu na 1-6. Albatrosy próbowały zmniejszyć rozmiary porażki, ale nawet jeśli udawało im się przedostać pod bramkę rywala, nie potrafili wykorzystać wypracowanych sytuacji. Nova Group natomiast punktowali rywali utrzymując, a nawet powiększając, bezpieczną przewagę od początku spotkania.

Zawodnicy FC Cuba Libre jak najszybciej chcieliby zapomnieć swój debiut w Lidze Fanów i wkroczyć na zwycięską ścieżkę. Okazja ku temu była w starciu pierwszym zespołem Awantury Warszawa. Zaczęło się zgodnie z planem - świetną okazję strzelecką wykreował Piotrek Szabat, a sytuacji nie zmarnował kapitan gospodarzy, Tomek Kowalczyk. W tym momencie, na nieszczęście "Kubańczyków", objawia się talent ofensywny Grześka Himkowskiego. Przy kolejnych czterech bramkach oglądamy tego Pana , z czego dwukrotnie w roli egzekutora, oraz tyle samo razy jako kreatora sytuacji bramkowej i do przerwy to Awanturnicy wyraźnie prowadzą, bo aż 1:4. Po zmianie stron Cuba Libre zabiera się za odrabianie strat. Sygnał do pogoni za rezultatem daje znowu Tomek Kowalczyk, dostrzega dobrze ustawionego Hubera Woźniaka, a ten skraca dystans do 2:4. Przez kilka minut jesteśmy świadkami niezłego meczu ze sporą ilością kontr oraz wymianą ciosów. Popularny "Himko" popisuje się ładną asystą do Mateusza Rozkresa, a w odpowiedzi gola na 3:5 zdobywa wcześniej wspomniany Hubert Woźniak. Końcówka spotkania należała jednak do Awantury. Najpierw po indywidualnej akcji prowadzenie podwyższył Jakub Radzikowski, a na kilka chwil przed końcowym gwizdkiem, wynik na 3:7 ustalił Mateusz Rozkres. Z bardzo dobrej strony pokazał się Ashref Abubaker i czekamy, aż w kolejnych meczach swój talent podeprze bramką lub asystą !

W kolejnym spotkaniu naprzeciw siebie stanęły FC Po Nalewce i Niedzielni. Obie ekipy do tego spotkania podchodziły w zupełnie różnych nastrojach. Pierwsi podrażnieni minimalną porażką w pierwszej kolejce, drudzy natomiast przystępowali do tego spotkania z kompletem punktów. Już w 2 minucie obronę gospodarzy, która „nie dojechała" jeszcze na mecz, sforsował Mateusz Nejman. Podziałało to jak zimny prysznic, bo przebudzenie drużyny Fc Po Nalewce nastąpiło właśnie po stracie bramki. Zaledwie po 2 minutach do remisu doprowadził Michał Wypniewski po podaniu Sławka Ogorzelskiego. Kolejne minuty meczu przyniosły nam 2 trafienia gospodarzy: Marcina Króla i Krystiana Piaseckiego. W 23 minucie spotkania po podaniu Przemysława Jaroszka, wcześniej wspomniany Ogorzelski najpierw minął bramkarza, aby potem skierować piłkę do pustej bramki. Pomimo wyniku 4:1 NieDzielni nie składali broni i już po chwili mogło być 4:2, lecz obrońca gospodarzy wybił piłkę z linii bramkowej. W drugą połowę lepiej weszli NieDzielni i już tuż po wznowieniu cieszyli się z bramki Bartosza Komarczewskiego na 4:2. Na ziemię sprowadził ich w 30 minucie Król po podaniu Wojteckiego. Kilka sekund potem na listę strzelców ponownie wpisał się Komarczewski pokazując chęć walki. Po 34 minucie spotkania plac gry należał do dwóch piłkarzy FC Po Nalewce: Krystiana Piaseckiego oraz Michała Pikusa. W ciągu 16 minut Piasecki zdołał pokonać bramkarza rywala 4-krotnie, a natomiast Pikus 4-krotnie asystował przy kolejnych trafieniach. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 12:3 dla gospodarzy.

LIGA 4A

Po meczu Munji z Graczami Gorszego Sortu możemy już być pewni, że nazwa drużyny gości to tylko zasłona dymna. W całym spotkaniu chłopaki zaprezentowali się jak drużyna, która z powodzeniem mogłaby grać w lidze wyżej i spodziewamy się, że GGS w tym sezonie będzie walczył o górną część tabeli. Samo spotkanie z Munją wyglądało ciekawie już od pierwszego gwizdka. Dużo szybkiej gry, wymian piłek w środkowej części boiska i częstych strzałów to na jedną, to na drugą bramkę. Oba zespoły grały podobnie i pojedynek wydawał się wyrównany, ale Munja grała koszmarnie nieskutecznie. Tam gdzie powinny padać bramki dla zespołu Michała Konopki brakowało wykończenia, za to GGS wykorzystywał niemalże każdą okazję. Strzelecki festiwal rozpoczął się od trafienia Igora Matusiaka, chwilę później strzela Jakub Mydłowiecki. Kolejny gol GGSu to trafienie z kontrataku – szybkie wyrzucenie piłki przez bramkarza Eryka Saniewskiego i Łukasz Kulesza wpisuje się na listę strzelców. Na koniec pierwszej połowy ponownie trafia Igor Matusiak i Gorszy Sort schodzi na przerwę z solidnym wynikiem 0:4. W drugiej połowie GGS utrzymywał wypracowaną przez siebie przewagę i dołożył jeszcze trafienie Łukasza Kuleszy. Nieco zrezygnowani gracze Munji budzą się do walki dzięki Michałowi Sztajerwaldowi, który najpierw strzela bramkę, a następnie asystuje przy golu Roberta Zająca. Wprawdzie chłopakom z Munji udaje się odrobić nieco straty, ale napastnicy GGSu nie spuszczają z tonu i zarówno Igor Matusiak jak i Łukasz Kulesza kompletują hat-tricka. Ostatnia akcja meczu to faul w polu karnym GGSu, który na swoją trzecią bramkę zamienia Michał Sztajerwald i ustala końcowy wynik na 4:8

Pierwsze minuty spotkania BRD Young Warriors z Furduncio Brasil FC przebiegały pod dyktando drużyny w żółtych strojach. Wynik spotkania otworzył w 13' minucie Rafael Andrade, który wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem gospodarzy. W kolejnych minutach zawodnicy FURDUNCIO Brasil nieskutecznie próbowali podwyższyć wynik, a jak wiadomo niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Zgodnie ze starym piłkarskim powiedzeniem w 20' minucie byliśmy świadkami wyrównania po świetnej akcji przeprowadzonej przez Arkadiusza Bieńka, który najpierw podał piętką do kolegi z zespołu, po czym znalazł się w idealnym miejscu, dobijając strzał zablokowany przez obrońców gości. Bramka na 1:1 nie wybiła Brazylijczyków z rytmu, którzy po trzech minutach ponownie wyszli na prowadzenie. Autorem gola ponownie był Rafael Andrade, który przyjął rzut z autu, przełożył piłkę i umieścił piłkę w siatce po rękawicach Adriana Kłoskowskiego. W drugiej połowie drużyny walczyły cios za cios, jednak do 34 minuty nie ujrzeliśmy zmian na tablicy wyników. Dopiero wtedy, niezawodny tego dnia Arkadiusz Bieniek efektownym wolejem ponownie pokonał Adama Czerwińskiego. Przy wyniku 2:2 coraz śmielej zaczęli grać zawodnicy BRD, szukając sposobu na zdobycie bramki dającej prowadzenie. Niestety, gospodarze musieli zapłacić za niefrasobliwość oraz brak pomysłu. Bramka po kontrataku, którą zdobył w 41' minucie Adiego Caballero okazała się być kluczowa dla końcowego zwycięstwa FURDUNCIO Brasil F.C. Mecz zakończył się wynikiem 2:3 a gospodarze zapłacili wyjątkowo drogie frycowe – gdyby nie dwie głupio stracone bramki to prawdopodobnie utarliby nosa faworytom.

Jeszcze żadna z drużyn, zarówno Awantury Warszawa II jak i OKSu Nowy Raków przed tym meczem nie zaznała smaku zwycięstwa w nowym sezonie. Jak się okazało, w drużynie gości doszło też do sporego osłabienia, gdyż w międzyczasie Cezary Dudek, jeden z kluczowych piłkarzy OKS, doznał kontuzji , która wyklucza go z gry na dłuższy okres czasu. Jako prawdziwy lider i dobry duch zespołu, pomimo, że nie mógł pomóc kolegom na boisku, to wspierał ich oraz motywował przy linii bocznej. Ci z kolei zagrali jakby dla niego, bo mecz przez większość czasu był jednostronny, o czym może świadczyć wynik 0-6 dla OKS. Strzelaninę rozpoczął duet Włodarski – Czaja. Kolejne minuty przynosiły drużynie gości następne okazje na podwyższenie wyniku. W pierwszej części wykorzystali jeszcze jedną z nich. Po podaniu Szechlickiego trafił Czaja i w ten sposób do przerwy było 0-2. W drugiej części meczu do głosu zaczęła dochodzić drużyna Awantury, ale pewnie interwencje bramkarza OKS skutecznie wybijały z głowy przeciwnikom nadzieję na korzystny wynik. Na 0:3 podwyższył Czaja. Po chwili mogło być już 0:4, ale piłka po rzucie wolnym uderzyła tylko w słupek. Z każdą minutą defensywa gospodarzy cofała się coraz bardziej we własne pole karne, co było wodą na młyn dla drużyny OKS-u Nowy Raków, która zaczęła jeszcze bardziej nacierać. Przyniosło im to m.in. rzut z autu blisko pola karnego. Świetnym rzutem popisał się przy nim Borucki, a wykończył go główką Polberg i było już 0:4. Następnie indywidualną akcją popisał się Włodarski, a wynik spotkania ustalił Piotr Czaja w ostatniej akcji meczu kompletując tym samym hat-tricka. Największe uznanie w oczach rywala zyskał jednak bramkarz OKS-u Artur Macek za kilka kapitalnych interwencji i zachowanie czystego konta.

Dokąd zmierza ADP Wolska Ferajna II ? Takie pytanie zadaliśmy zawodnikom tuż przed meczem, słysząc w odpowiedzi „Do ligi wyżej". Ambitna postawa bardzo się ceni, a plany te w niedzielny wieczór postanowili zweryfikować zawodnicy LandTechu, którzy fatalnie rozpoczęli nowy sezon, doznając sromotnej porażki. Mimo nieobecności swoich czołowych zawodników mecz układa się pod ich dyktando, aczkolwiek tempo, jakie fundują gracze z Woli jest niesłychanie wysokie. Wynik spotkania otwiera Andrzej Załucki, który skutecznie wykorzystuje podanie Oskara Zakrzewskiego. Ten ostatni przez całe spotkanie prezentował bardzo wysoką formę i był ostoją zespołu, kreując sporo okazji strzeleckich. Również bardzo dobrze sobie poczynał Aleksander Kuśmierz, którego śmiało można okrzyknąć wojownikiem "Techów" za bardzo waleczną postawę i bitwę o każdą piłkę. Z drugiej strony oglądaliśmy bardzo ładne podanie Artura Baradzieja-Szczęśniaka do etatowego strzelca ADP II - Mateusza Nejmana - który pokonując bramkarza doprowadził do remisu 1:1. Pozostała część pierwszej połowy to już jednak inicjatywa gości, którzy po bramkach Oskara Zakrzewskiego i Dawida Mally wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Jeszcze przed przerwą, sytuację nieco zmienił kolejny gol Mateusza Nejmana i pierwsza odsłona skończyła się wynikiem 2:3. W drugiej części meczu gra toczyła się już do jednej bramki. Kolejne gole zdobywali : Ferenc Markolt, Jakub Korpysz oraz pod raz drugi tego wieczoru Dawid Mally. Zawodnicy ADP nie mieli za bardzo pomysłu jak sforsować dobrze poukładaną linię defensywną LandTechu i nie powiększyli już swojego konta bramek. Mecz zakończył się zwycięstwem gości 2:6 i oby to był zwiastun wysokiej formy, jaką prezentowali na wiosnę zeszłego sezonu.

LIGA 4B

Zawodnicy KP Jastrzębia bez wątpienia wyciągnęli wnioski ze spotkania sprzed tygodnia. Kapitan drużyny Michał Dyderski poukładał grę swoich podopiecznych i już od pierwszych minut budowali oni przewagę na boisku. Świetna gra w obronie, dużo podań, mało strat i przede wszystkim groźne strzały z dystansu wywierały psychiczne ciśnienie na graczach Warsaw Raccoons, pod którym zaczęli się szybko uginać. Pierwszy na listę strzelców wpisał się Tomasz Syczyński, chwilę później piłka po jego strzale trafia w spojenie. Kolejne bramki dokładają Mariusz Tarnowski, Piotr Mordel oraz Paweł Hulewski i wynik do przerwy to 4:0. O grze Szopów zbyt dużo napisać nie możemy. Chłopaki zagrali zupełnie bezbarwnie i sprawiali wrażenie jakby nie zdążyli się jeszcze obudzić. Jedyne dwie groźne akcje, jakie byli w stanie przeprowadzić, skończyły się trafieniami w boczną siatkę bramki Arka Hildebrandta. Druga połowa to już zupełna bezradność ze strony Raccoons. Kolejne bramki dla Jastrzębia sypią się jak z rękawa, a obrona ekipy Michała Dyderskiego pracuje bez wytchnienia i co najważniejsze bez błędu. Warto wspomnieć o doskonałej grze defensywnej Adama Kruszeńskiego, który walczył o każdą piłkę i zapisał się asystą przy bramce Piotra Mordela. Bramkarz Jastrzębia nie napracował się zbytnio w tym spotkaniu, ale miał swój moment chwały, kiedy pod koniec meczu w sytuacji 1 na 1 wyjął piłkę spod nóg napastnika Szopów. Świetne spotkanie rozegrali Tomasz Syczyński i Mariusz Tarnowski, którzy byli tego dnia nie do zatrzymania. Obaj skompletowali hat-tricka, dodatkowo Mariusz asystował aż 4 razy. Ostateczny wynik - 10:0 dla Jastrzębia doskonale podsumowuje to, co działo się na boisku.

Od pierwszego gwizdka sędziego, show podczas rywalizacji z Oldboys Derby, skradł Anton Klymak z CompatibL. Zawodnik gości grał jak z nut, zdobywając 3 gole w pierwszych minutach spotkania. Zawodnicy gospodarzy, pomimo niesamowitego dopingu z trybun, nie potrafili znaleźć sposobu na utalentowanego Białorusina. Kiedy na listę strzelców zaczęli się wpisywać pozostali zawodnicy w białych koszulkach, wynik spotkania był przesądzony. Należy pochwalić jednak zawodników gospodarzy, że przez cały mecz nie odpuszczali i starali się gonić skuteczniejszego rywala. Gol na 1:6 dla Oldboys Derby, autorstwa Valentyna Boiko doprowadził do euforii na trybunach! Przy tym wyniku obie drużyny zeszły na przerwę, ponieważ na kolejne bramki dla gospodarzy nie pozwolił dobrze dysponowany bramkarz gości – Edvard Radkevich. Drugą połowę ponownie rozpoczęły bramki Klymaka, który podwyższył prowadzenie CompatibL aż do stanu 8:1. Wtedy też kolejną bramkę dla gospodarzy strzelił Karol Daniel. Do końca spotkania trwała wymiana cios za cios, jednak kontrataki CompatibL były o wiele szybciej wyprowadzane, przez co zawodnicy gości o wiele częściej dochodzili do sytuacji sam na sam. Po kolejnych bramkach dla obu stron mecz zakończył się wynikiem 3:11. Z tego meczu zostanie zapamiętana przede wszystkim świetna atmosfera na trybunach oraz ogromne serce do gry drużyny gospodarzy. Oldboys Derby, pomimo niekorzystnego wyniku, niedzielnym spotkaniem z pewnością zyskało wielu nowych fanów.

W kolejnym meczu spotkali się starzy znajomi z poprzedniego sezonu czyli Mikrostrzelby i Mobilis. Pierwszą część można zapisać na konto gospodarzy, ale jedynie pod względem wyniku. Prowadzenie objęli po golu Mariusza Kopacza, ale tak naprawdę trudno było po samej grze wskazać drużynę, która znacznie przeważała w pierwszej części. I z jednej i z drugiej strony mieliśmy kilka akcji, ale jak już wspomnieliśmy, nieco lepiej z wykończeniem poradzili sobie zawodnicy Mikrostrzelb i na odpoczynek zespoły schodziły przy stanie 1-0. Po zmianie stron wyrównanie dał Kamil Ślusarski, który mocnym strzałem pokonał golkipera gospodarzy, któremu w interwencji na pewno przeszkodził lekki rykoszet. Po tej bramce Mikrostrzelby przeważały, stworzyły sobie kilka sytuacji, ale nie były to sytuacje klarowne, a strzały jakie oddawały mijały bramkę. Jak to czasem bywa w takich przypadkach, Mikrostrzelby przeważały, a to Mobilis strzelił bramkę. Pięknym golem popisał się Daniel Morawin i to jego drużyna teraz przejęła inicjatywę. Stworzyła sobie 2-3 sytuacje, ale również nie potrafili skierować piłki w światło bramki. Gdy wydawało się, że 3 punkty czy tak czy tak powędrują do gości, w samej końcówce wyrównuje Przemek Duda i obie ekipy muszą pogodzić się z podziałem punktów, który patrząc na przebieg meczu jest raczej sprawiedliwym wynikiem.

Gdy zapadł zmrok i jupitery zapaliły się na Grenady był to znak, że czas na wyjście Drwali na boisko i zmierzenie się z FC Alfą. Tym meczem kończyliśmy część zmagań na Woli, w drugiej kolejce Ligi Fanów. Jak zawsze mogliśmy liczyć na emocje, ale patrząc na historię pojedynków różnie to bywało. W czasie pierwszej połowy grę raczej kontrolował Tartak, najpierw wychodząc na prowadzenie, a potem podwyższając jeszcze rezultat na 2-0. Broniący w pierwszej części w bramce Tartaku Maciek Nuszkiewicz mógł być zadowolony z siebie, siadając na ławce przy zachowaniu czystego konta. Dużo więcej pracy i pretensji do swoich defensorów miał Konrad Dudek. Więcej emocji mieliśmy w drugiej części głównie dzięki przebudzeniu FC Alfy, która zaczęła gonić wynik. Głównym motorem napędowym był Krzysiek Wędroch który w całym meczu ustrzelił dla Alfy 2 bramki, w tym jedną z rzutu wolnego pięknej urody i w ekipie Lucu Kończala wdarł się mały niepokój. Nie pomógł też Aleksander Peszko który został ukarany żółtym kartonikiem i Tartak musiał grać w osłabieniu. Ale gdy ma się takiego zawodnika jak Łukasz Łukasiewicz, to o zdobycze punktowe można być spokojnym. To właśnie ten zawodnik ustalił wynik meczu na 5-3 dla Drwali, a w całym spotkaniu trafił dwukrotnie i tyle samo razy wykładał piłkę kolegom. To on był w głównej mierze architektem tego zwycięstwa i paka Lucu Kończala mogła cieszyć się z 3 punktów. Alfa zagrała dużo słabiej niż przed tygodniem, szczególnie, w naszej ocenie, pierwsza przespana połowa zaważyła na końcowym wyniku.

Zarówno Green Team jak i Phoenix Warsaw F.C. rozpoczęły sezon od wygranej. Jak zwykle w drużynie gości dopisała bardzo dobra frekwencja. Widać że w tej drużynie panuje świetna atmosfera i każdy ma do siebie szacunek. Drużyna Phoenix mając tylu zawodników na zmianę, zaczęła mecz bardzo ofensywnie. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo taka gra poskutkowała dwiema szybkimi trafieniami Tomasza Klimczaka. Następnie fantastycznym podaniem prostopadłym popisał się Marek Rakowski dogrywając piłkę do Klimczaka, który szybko skompletował hat-tricka. Pewna i ofensywna gra dała kolejne dwa trafienia i było już 0-5. Po wielu natarciach drużyna Phoenix zwolniła tempo. Pozwoliło to dojść do głosu Green Teamowi. Po składnej akcji bramkę na 1-5 zdobył Marcin Walczak. Po chwili po groźnej akcji na prawym skrzydle i dograniu piłki w pole karne padł gol na 2-5. Michał Lewandowski skierował piłkę do własnej bramki niczym Wieteska w meczu z Jagiellonią w poprzednim sezonie. Ostatnie słowo należało jednak do gości, którzy jeszcze przed przerwą podwyższyli wynik na 2-6 po strzale Roberta Sygi i podaniu Daniela Karskiego. Druga połowa przebiegiem przypominała pierwszą. Przewaga i zmasowany atak na bramkę gospodarzy zawodnicy Phoenix zamienili na 4 bramki. Chwila przestoju i ponownie okazję wykorzystał Green Team zdobywając cztery bramki. Ostatecznie zawody kończą się wynikiem 6-13. Ofensywa Phoenix robi ogromne wrażenie, ale muszą popracować jeszcze nad defensywą. Na pewno po tym spotkaniu na pochwałę zasługuje dwóch zawodników Phoenix Warsaw FC: Marek Rakowski, który zaliczył 6 asyst oraz Tomasz Klimczak zdobywca 4 bramek.

LIGA 5A

Borowiki w pierwszej kolejce pokazały się z bardzo dobrej strony i liczyliśmy na ciekawe widowisko w starciu z FC Albatros. Goście co prawda przegrali debiutancki mecz, lecz zapewnili widzom świetne widowisko. To co jednak niepokoiło to fakt, że skład gospodarzy zdawał się być mocno osłabiony. Na konsekwencje nie czekaliśmy długo. Pierwsza bramka dla Albatrosów pada już w czwartej minucie, a jej autorem jest Kacper Kędra. Inicjatywa jest totalnie po stronie gości, a na kolejne bramki nie trzeba czekać długo. Świetnie w pierwszej części radzili sobie szczególnie wspomniany wcześniej Kacper Kędra oraz Damian Kurasiewicz, którzy brali udział aż przy sześciu bramkach. O tym, jak nierówny było to pojedynek niechaj świadczy fakt, że "Grzybki" ocknęły się dopiero przy stanie 0:8, a honorowego w pierwszej odsłonie gola zdobył Andrii Stafiniak, na minutę przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę. W drugiej części spotkania pojedynek był nieco bardziej wyrównany, jednak nie było niestety mowy o nawiązaniu walki o punkty. Kolejne bramki zdobywał Damian Kurasiewicz , a w całym spotkaniu ustrzelił hat-tricka oraz dorzucił trzy asysty i chyba tym właśnie zapracował sobie na miano MVP spotkania. Również potrójną zdobyczą bramkową mógł się pochwalić Czarek Małecki. Dla gospodarzy w drugiej odsłownie po jednym trafieniu dorzucili Piotrek Ulasiuk i Mateusz Krzysiak, ale przy dwucyfrowej zdobyczy rywali było to znacznie za mało. Wynik końcowy 3:13.

Wysoką formą w pierwszej kolejce zaskoczyli wszystkich zawodnicy Polskiego Drewna i to oni podchodzili do meczu z ADS Scorpions w roli faworyta, zwłaszcza, że ich rywale tydzień temu musieli uznać wyższość swoich oponentów. Nie spodziewaliśmy się jednak, że będziemy świadkami istnego, piłkarskiego rollercoastera pełnego dramaturgii i zwrotów akcji. Pierwsze minuty meczu to, ku zaskoczeniu obserwatorów, przewaga gości, chociaż nie zwieńczona od razu celnym trafieniem. W ósmej minucie objawia się talent Kacpra Kałuskiego, który najpierw pięknie podaje do Pawła Poniatowskiego, który strzela wyrównująca bramkę, a dosłownie minutę później sam wciela się w rolę egzekutora. "Drewniaki" zabierają się za odrabianie strat i po solowej akcji Michała Kiljana mamy kontakt (1:2). Kolejnych kilkanaście minut to spory chaos w środkowej części boiska, sporadycznie przerywany rajdami Karola Urbańczyka pod bramkę "Skorpionów". Ostatnie słowo w pierwszej odsłownie należy jednak do gości. Do wykonania rzutu wolnego podszedł Paweł Poniatowski, który pewnie i celnie uderzył po ziemi, ustalając wynik pierwszej połowy na 1:3. O tym jak roztrwonić przewagę, mogliby napisać esej gracze ADS na podstawie pierwszego kwadransa drugiej połowy. Z dwubramkowej przewagi "udało" im się wpaść w taki sam deficyt. Przyznajemy, że spora w tym zasługa wspomnianego Karola Urbańczyka, który dwukrotnie trafiał i raz asystował, ale przede wszystkich odpowiedzialność za taki stan rzeczy trzeba przypisać defensywie "Skorpionów". Czym jednak jest spoczęcie na laurach ? O tym z kolei opowiedzą nam zawodnicy Drewna. Otóż w ciągu zaledwie ośmiu minut pozwolili swoim rywalom czterokrotnie pokonać swojego bramkarza ! I tak oto ze stanu 6:3, zrobiło się 6:7 na minutę przed końcem meczu ! Świetnie w tym okresie prezentowali się dwaj Kacprowie: Kałuski oraz Sińczyk, a także bohater jednej ze wcześniejszych akcji - Paweł Poniatkowski - którzy wpisywali się na listę strzelców. Dramaturgię spotkania dopełnił w ostatniej minucie Marcin Suwała, który ładnie uderzył z rzutu wolnego ustalając wynik spotkania na 7:7. Podział punktów w tym meczu jest definicją sprawiedliwości..

Na to spotkanie czekali kibice. Dwa najniżej notowane zespoły, z najniższej ligi, czyli Pogromcy Poprzeczek, którzy podejmowali Orły Zabraniecka. Biorąc pod uwagę przeszłość zespołów, mogliśmy spodziewać się gradu bramek z obu stron. Tego dnia, wszystko potoczyło się jednak zupełnie inaczej. Pierwsze kilkanaście minut to dość mozolna walka o pozycję do strzału i tu trzeba przyznać, że obie formacje defensywne, jak i bramkarze, radzili sobie nieźle.Trwało to niemal 20 minut, gdy po jednej z akcji, z rzutu rożnego wykonywanego przez Pogromców, piłkę do własnej siatki skierował jeden z orlich defensorów. Wynikiem 1:0 zakończyła się pierwsza połowa, więc spodziewanego gradu bramek oczekiwaliśmy w drugiej. Nic bardziej mylnego. Po raz kolejny oglądaliśmy sporo walki w środku pola oraz nieskuteczne próby skierowania piłki do bramki rywali. Przełom nastąpił w ostatnich dziesięciu minutach spotkania. Najpierw, w ciągu 3 minut dwie bramki zdobył Mateusz Niewiadomy, a przy obu asystował Patryk Rejmiś. Orły robiły co w ich mocy, aby pokonać golkipera rywali, jednak albo na drodze stawała noga jednego z Pogromców, albo strzały były na tyle niewymagające, że bramkarz przeciwników nie miał problemów z ich obroną. Gola zwieńczającego wyścig gospodarzy po komplet punktów zdobył Aleksander Sulej, a Pogromcy po końcowym gwizdku mogli po raz pierwszy w historii cieszyć się ze zwycięstwa bez straty bramki !

Do tego spotkania Ekipa Remontowa podchodziła w dobrych nastrojach po pewnym zwycięstwie w pierwszej kolejce nad drużyną FC Albatros, natomiast dla drużyny FC International, która występowała w roli formalnego gospodarza, był to premierowy mecz w nowym sezonie, gdyż to właśnie im przypadło pauzować mecz już w pierwszej kolejce.Goście od pierwszego gwizdka emanowali pewnością siebie w swojej grze i to oni wyszli na prowadzenie. Już w 7 minucie meczu, po mocnym strzale Bilskiego ze środka boiska, który przeszedł pod ręka bramkarza przy prawym słupku, Ekipa wygrywała 0-1. Kolejne minuty przyniosły nam sporo składnych akcji. Jednak na kolejne trafienie musieliśmy poczekać do 19 minuty, gdy podanie od Mrówki wykończył Barchwic. Zaledwie 3 minuty później Aleksiejuk obsłużył Jochemskiego, po którego uderzeniu w krótszy róg piłka odbiła się jeszcze od słupka i wpadła do bramki. Rozmontowana defensywa rywali pozostawiła wolną przestrzeń przed polem karnym, którą wypatrzył Konrad Mrówka wystawiając piłkę Aleksiejukowi, który na swoje konto do asysty dopisał bramkę. Gdy już zawodnicy Ekipy prowadząc 0-4 myśleli już o przerwie Ragab po wysokim podaniu przelobował głową wychodzącego bramkarza i podał do Tolpy, który zdobył pierwszą bramkę w historii dla Internationalu po strzale z woleja. Do przerwy mamy wynik 1-4. Po przerwie dużą ilość okazji miał Mateusz Jochemski, ale niestety zabrakło szybciej podejmowanych decyzji o oddaniu strzału. Na 1-5 podwyższył Jakub Plata po silnym strzale pod poprzeczkę. W 43 minucie meczu błąd Bilskiego wykorzystał Ragab i po akcji 1 vs 1 pokonał bramkarza. Ostatnie minuty meczu przyniosły dwa trafienia: jedno Bilskiego, który chwilę po nim dostał żółtą kartkę i zakończył mecz wcześniej oraz Andre Oliviera, którego bramka ustawiła wynik spotkania na 3-6 dla Ekipy Remontowej.

Po meczu Munji z Graczami Gorszego Sortu  możemy już być pewni, że nazwa drużyny gości to tylko zasłona dymna. W całym spotkaniu chłopaki zaprezentowali się jak drużyna, która z powodzeniem mogłaby grać w lidze wyżej i spodziewamy się, że GGS w tym sezonie będzie walczył o górną część tabeli. Samo spotkanie z Munją wyglądało ciekawie już od pierwszego gwizdka. Dużo szybkiej gry, wymian piłek w środkowej części boiska i częstych strzałów to na jedną, to na drugą bramkę. Oba zespoły grały podobnie i pojedynek wydawał się wyrównany, ale Munja grała koszmarnie nieskutecznie. Tam gdzie powinny padać bramki dla zespołu Michała Konopki brakowało wykończenia, za to GGS wykorzystywał niemalże każdą okazję. Strzelecki festiwal rozpoczął się od trafienia Igora Matusiaka, chwilę później strzela Jakub Mydłowiecki. Kolejny gol GGSu to trafienie z kontrataku – szybkie wyrzucenie piłki przez  bramkarza Eryka Saniewskiego i Łukasz Kulesza wpisuje się na listę strzelców. Na koniec pierwszej połowy ponownie trafia Igor Matusiak i Gorszy Sort schodzi na przerwę z solidnym wynikiem 0:4. W drugiej połowie GGS utrzymywał wypracowaną przez siebie przewagę i dołożył jeszcze trafienie Łukasza Kuleszy. Nieco zrezygnowani gracze Munji budzą się do walki dzięki Michałowi Sztajerwaldowi, który najpierw strzela bramkę, a następnie asystuje przy golu Roberta Zająca. Wprawdzie chłopakom z Munji udaje się odrobić nieco straty, ale napastnicy GGSu nie spuszczają z tonu i zarówno Igor Matusiak jak i Łukasz Kulesza kompletują hat-tricka. Ostatnia akcja meczu to faul w polu karnym GGSu, który na swoją trzecią bramkę zamienia Michał Sztajerwald i ustala końcowy wynik na 4:8

Pierwsze minuty spotkania BRD Young Warriors z Furduncio Brasil FC  przebiegały pod dyktando drużyny w żółtych strojach. Wynik spotkania otworzył w 13’ minucie Rafael Andrade, który wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem gospodarzy. W kolejnych minutach zawodnicy FURDUNCIO Brasil nieskutecznie próbowali podwyższyć wynik, a jak wiadomo niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Zgodnie ze starym piłkarskim powiedzeniem w 20’ minucie byliśmy świadkami wyrównania po świetnej akcji przeprowadzonej przez Arkadiusza Bieńka, który najpierw podał piętką do kolegi z zespołu, po czym znalazł się w idealnym miejscu, dobijając strzał zablokowany przez obrońców gości. Bramka na 1:1 nie wybiła Brazylijczyków z rytmu, którzy po trzech minutach ponownie wyszli na prowadzenie. Autorem gola ponownie był Rafael Andrade, który przyjął rzut z autu, przełożył piłkę i umieścił piłkę w siatce po rękawicach Adriana Kłoskowskiego. W drugiej połowie drużyny walczyły cios za cios, jednak do 34 minuty nie ujrzeliśmy zmian na tablicy wyników. Dopiero wtedy, niezawodny tego dnia Arkadiusz Bieniek efektownym wolejem ponownie pokonał Adama Czerwińskiego. Przy wyniku 2:2 coraz śmielej zaczęli grać zawodnicy BRD, szukając sposobu na zdobycie bramki dającej prowadzenie. Niestety, gospodarze musieli zapłacić za niefrasobliwość oraz brak pomysłu. Bramka po kontrataku, którą zdobył w 41’ minucie Adiego Caballero okazała się być kluczowa dla końcowego zwycięstwa FURDUNCIO Brasil F.C. Mecz zakończył się wynikiem 2:3 a gospodarze zapłacili wyjątkowo drogie frycowe – gdyby nie dwie głupio stracone bramki to prawdopodobnie utarliby nosa faworytom.

Jeszcze żadna z drużyn, zarówno Awantury Warszawa II jak i OKSu Nowy Raków przed tym meczem nie zaznała smaku zwycięstwa w nowym sezonie. Jak się okazało, w drużynie gości doszło też do sporego osłabienia, gdyż w międzyczasie Cezary Dudek, jeden z kluczowych piłkarzy OKS, doznał kontuzji , która wyklucza go z gry na dłuższy okres czasu. Jako prawdziwy lider i dobry duch zespołu, pomimo, że nie mógł pomóc kolegom na boisku, to wspierał ich oraz motywował przy linii bocznej. Ci z kolei zagrali jakby dla niego, bo mecz przez większość czasu był jednostronny, o czym może świadczyć wynik 0-6 dla OKS. Strzelaninę rozpoczął duet Włodarski – Czaja. Kolejne minuty przynosiły drużynie gości następne okazje na podwyższenie wyniku. W pierwszej części wykorzystali jeszcze jedną z nich. Po podaniu Szechlickiego trafił  Czaja i w ten sposób do przerwy było 0-2. W drugiej części meczu do głosu zaczęła dochodzić drużyna Awantury, ale pewnie interwencje bramkarza OKS skutecznie wybijały z głowy przeciwnikom  nadzieję na korzystny wynik. Na 0:3 podwyższył Czaja. Po chwili mogło być już 0:4, ale piłka po rzucie wolnym uderzyła tylko w słupek. Z każdą minutą defensywa gospodarzy cofała się coraz bardziej we własne pole karne, co było wodą na młyn dla drużyny  OKS-u Nowy Raków, która zaczęła jeszcze bardziej nacierać.  Przyniosło im to m.in. rzut z autu blisko pola karnego. Świetnym rzutem popisał się przy nim Borucki, a wykończył go główką Polberg i było już 0:4. Następnie indywidualną akcją popisał się Włodarski, a wynik spotkania ustalił Piotr Czaja w ostatniej akcji meczu kompletując tym samym hat-tricka. Największe uznanie w oczach rywala zyskał jednak bramkarz OKS-u Artur Macek za kilka kapitalnych interwencji i zachowanie czystego konta.

Dokąd zmierza ADP Wolska Ferajna II ? Takie pytanie zadaliśmy zawodnikom tuż przed meczem, słysząc w odpowiedzi „Do ligi wyżej". Ambitna postawa bardzo się ceni, a plany te w niedzielny wieczór postanowili zweryfikować zawodnicy LandTechu, którzy fatalnie rozpoczęli nowy sezon, doznając sromotnej porażki. Mimo nieobecności swoich czołowych zawodników mecz układa się pod ich dyktando, aczkolwiek tempo, jakie fundują gracze z Woli jest niesłychanie wysokie. Wynik spotkania otwiera Andrzej Załucki, który skutecznie wykorzystuje podanie Oskara Zakrzewskiego. Ten ostatni przez całe spotkanie prezentował bardzo wysoką formę i był ostoją zespołu, kreując sporo okazji strzeleckich. Również bardzo dobrze sobie poczynał Aleksander Kuśmierz, którego śmiało można okrzyknąć wojownikiem "Techów" za bardzo waleczną postawę i bitwę o każdą piłkę. Z drugiej strony oglądaliśmy bardzo ładne podanie Artura Baradzieja-Szczęśniaka do etatowego strzelca ADP II - Mateusza Nejmana - który pokonując bramkarza doprowadził do remisu 1:1. Pozostała część pierwszej połowy to już jednak inicjatywa gości, którzy po bramkach Oskara Zakrzewskiego i Dawida Mally wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Jeszcze przed przerwą, sytuację nieco zmienił kolejny gol Mateusza Nejmana i pierwsza odsłona skończyła się wynikiem 2:3. W drugiej części meczu gra toczyła się już do jednej bramki. Kolejne gole zdobywali : Ferenc Markolt, Jakub Korpysz oraz pod raz drugi tego wieczoru Dawid Mally. Zawodnicy ADP nie mieli za bardzo pomysłu jak sforsować dobrze poukładaną linię defensywną LandTechu i nie powiększyli już swojego konta bramek. Mecz zakończył się zwycięstwem gości 2:6 i oby to był zwiastun wysokiej formy, jaką prezentowali na wiosnę zeszłego sezonu.

dodaj komentarz

 
Wybierz kolejkę:
0 0

EKSTRAKLASA

Kolejka 4
Wybierz kolejkę:
2 0

LIGA 1

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
0 0

LIGA 2A

Kolejka 4
Wybierz kolejkę:
6 2

LIGA 2B

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
0 0

LIGA 3A

Kolejka 4
Wybierz kolejkę:
4 1

LIGA 3B

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
1 0

LIGA 4A

Kolejka 4
Wybierz kolejkę:
1 0

LIGA 4B

Kolejka 3
Wybierz kolejkę:
1 0

LIGA 5A

Kolejka 4

Statystyki kolejki

     

    Ankieta

    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Czy według Ciebie Reorganizacja Rozgrywek była dobrym pomysłem?
    Aby zagłosować musisz wybrać jedną z odpowiedzi